Cześć - wróciłem właśnie z Karkonoszy, szukałem szczęścia w śniegu przez prawie 6 godzin ... pogoda nam łaskawie dopisała, było akuratnie: słońce życzliwie rozświetliło białość, która rozpanoszyła się w górach, śnieg był przyjaźnie chrupiący i nawet nie za głęboki /do czasu/, wiaterek czasem ledwie gdzie dmuchnął, a temperatura uprzejmie oscylowała w okolicy 5 stopni powyżej zera.
Zgodnie z założeniem razem z Małgosią i dwoma naszymi znajomymi tuż po 8-mej rano ruszyliśmy z zamglonej i przesiąkniętej wredną wilgocią Jeleniej Góry do Przesieki, gdzie białym już szlakiem przeszliśmy na Przełęcz Karkonoską. W trakcie dojścia zgubiła się inwersyjna wilgoć i mgła, niebo z białego zrobiło się niebieskie, a tuz później zagościło na nim słoneczko ... Zmiany nastąpiły niepostrzeżnie, lecz gdy wszystkie te ładności skumulowały się, nie sposób było nie dostrzec jak piękny dzionek zgotował nam siwobrody Karkonosz ...
Po dojściu na przełęcz postanowiliśmy sprawdzić możliwość dotarcia do Czarciego Jaru /Certovy Dul/ więc obok Voseckiej i Josefovej Boudy skierowaliśmy się zimową drogą w stronę Spindlerovego Młyna i niezadługo przekonaliśmy się, że szlak prowadzący w interesujące mnie miejsce jest po prostu za .../- /sypany śniegiem na głębokość - no na głęboko, bo jak wlazłem to wbiłem się powyżej połowy ud, nic to pomyślałem, lecz gdy zobaczyłem miny moich kompanów /Małgosi nie, bo ona mądra kobieta widząc moje zadowolenie nie przejęła się, bo widziała również przerażenie w oczach naszych znajomych i wiedziała, że dam sobie spokój z trekiem po kopnym śniegu ... cholera, szkoda mi tego szlaku ... / odstąpiłem, odkładając odwiedziny w diabelskim miejscu do następnej okazji ...
Z uwagi na to, że nie dane nam było dojść tam gdzie planowałem, poszliśmy jeszcze kawałek w stronę Spindlerovego Młyna, po czym napatrzywszy się na śliczności karkonoskiego świata wróciliśmy po swoich śladach na przełęcz, po zejściu w osłonięte od wiatru i nasłonecznione miejsce zjedliśmy w przyjaznej zaspie pyszności z worów - tym razem zupka i gołąbki

/lubię wędrówki z Małgosią bo zabieramy wtedy z sobą normalny obiad/ po czym wróciliśmy do cywilizacji gdzie czekała na nas inwersja

i grzane korzenne piwo i placki ziemniaczane w cieple kominka zaprzyjaźnionego lokalu.
Pozdrawiam, a teraz zdjęcia

ps. specjalne pozdrowienia dla Stasia
