09-09-2007, 07:36 PM
Tak już mam, że przed planowaną górską imprezą /czyt. sobotnim wyjazdem w Bieszczady/ mimowolnie przestaję być obecny w miejscu pobytu ciała, po prostu myśli uciekają mi z głowy w przyszłość i nie ma na to rady ...
Wyjątkiem od tego rozdzielenia okazują się inne góry, co potwierdziłem w trakcie ostatniej wycieczki.
Dzień był zimny, mokry, pochmurny i nic nie zapowiadało zmianę aury, lecz ja nie szukałem słońca, chciałem po prostu się przewietrzyć...
Spoko kiedyś napisał, że we wszystkich moich relacjach w Karkonoszach "wieje"
to prawda, tak było w przeszłości, tak było - bo tak miało być i tym razem. Na dole w Karpaczu może spokojniej, za to wilgotno z opadem mżawki, lecz im wyżej tym zimniej i mniej deszczowo, ale za to coraz wietrzniej i chmurniej. Poszedłem tym razem sam, chciałem się rozerwać, chciałem pobyć w górach. Poszedłem kotłem Łomniczki, wybrałem tą trasą przez KasięA, dzięki Kasiu, wybrałem ją /trasę/ bo Kasia pisała coś ostatnio o tym miejscu, a ja przecież wiem jak tam pięknie. Był jeszcze inny powód by tamtędy pójść, chciałem znaleźć się w okolicy Śląskiego Domu gdzie poniżej Śnieżki najbardziej chyba wieje, chciałem też pobyć chwilę w miejscu symbolicznego Cmentarza Ludzi Gór, bo dzień sprzyjał głębokim przemyśleniom, a co za tym idzie i zadumie nad wszystkim co tworzy los człowieka …
Kotłem Łomniczki – najbardziej tatrzańskim z karkonoskich szlaków dotarłem do stóp Śnieżki, na grzbiecie pogoda była akuratna, bo w nagrodę za wyjście w Karkonosze zwiewało mi kaptur z głowy, zabarwiło mi na czerwono policzki i zmotywowało mnie do założenia rękawiczek. Na górze schowany za ścianę schroniska wzmocniłem się obiadem z termosu i ruszyłem w stronę Lucni Boudy mostkami nad uroczymi torfowiskami, torfowiskami z wolna przybierającymi jesienne barwy. W Lucni Boudzie chwila odpoczynku, flaszka złocistego płynu w zielonym szkle z bratniego bufetu i dalej w drogę, od tego momentu trochę zacząłem się śpieszyć bo chciałem wieczór w domu spędzić, a trochę ciężko szło mi się pod wiatr, no i ciśnienie trochę za niskie by tryskać energią
. Jeszcze nim zszedłem do cywilizacji podumałem w miejscu nad Kotłem Małego patrząc na dym z komina Samotni i nad Kotłem Wielkiego Stawu gdzie kiedyś na urwisku stało schronisko im. Księcia Henryka /spłonęło w 1946/. Na szlaku spotkały mnie jeszcze piękne widmowe Słoneczniki, barwy jesieni jarzębin i modrzewi, spotykali mnie jeszcze nieprzypadkowi ludzie, bo mimo /albo z uwagi na aurę/ minąłem się przede wszystkim z takimi sobie-podobnymi oplecakowynymi ludkami.
Zastanawiam się co napisać na koniec, co ma być za epilog … napiszę może, że w Karkonoszach nie ma już lata, że jest tu znów inaczej i znów jest pięknie, napisze również, że jeszcze nie ma tu jesieni, ale przecież karkonoską jesień osobiście przywitam gdy tu przyjdzie i zapanuje.
Pozdrawiam i zapraszam w Karkonosze.
Wyjątkiem od tego rozdzielenia okazują się inne góry, co potwierdziłem w trakcie ostatniej wycieczki.
Dzień był zimny, mokry, pochmurny i nic nie zapowiadało zmianę aury, lecz ja nie szukałem słońca, chciałem po prostu się przewietrzyć...
Spoko kiedyś napisał, że we wszystkich moich relacjach w Karkonoszach "wieje"
to prawda, tak było w przeszłości, tak było - bo tak miało być i tym razem. Na dole w Karpaczu może spokojniej, za to wilgotno z opadem mżawki, lecz im wyżej tym zimniej i mniej deszczowo, ale za to coraz wietrzniej i chmurniej. Poszedłem tym razem sam, chciałem się rozerwać, chciałem pobyć w górach. Poszedłem kotłem Łomniczki, wybrałem tą trasą przez KasięA, dzięki Kasiu, wybrałem ją /trasę/ bo Kasia pisała coś ostatnio o tym miejscu, a ja przecież wiem jak tam pięknie. Był jeszcze inny powód by tamtędy pójść, chciałem znaleźć się w okolicy Śląskiego Domu gdzie poniżej Śnieżki najbardziej chyba wieje, chciałem też pobyć chwilę w miejscu symbolicznego Cmentarza Ludzi Gór, bo dzień sprzyjał głębokim przemyśleniom, a co za tym idzie i zadumie nad wszystkim co tworzy los człowieka … Kotłem Łomniczki – najbardziej tatrzańskim z karkonoskich szlaków dotarłem do stóp Śnieżki, na grzbiecie pogoda była akuratna, bo w nagrodę za wyjście w Karkonosze zwiewało mi kaptur z głowy, zabarwiło mi na czerwono policzki i zmotywowało mnie do założenia rękawiczek. Na górze schowany za ścianę schroniska wzmocniłem się obiadem z termosu i ruszyłem w stronę Lucni Boudy mostkami nad uroczymi torfowiskami, torfowiskami z wolna przybierającymi jesienne barwy. W Lucni Boudzie chwila odpoczynku, flaszka złocistego płynu w zielonym szkle z bratniego bufetu i dalej w drogę, od tego momentu trochę zacząłem się śpieszyć bo chciałem wieczór w domu spędzić, a trochę ciężko szło mi się pod wiatr, no i ciśnienie trochę za niskie by tryskać energią
. Jeszcze nim zszedłem do cywilizacji podumałem w miejscu nad Kotłem Małego patrząc na dym z komina Samotni i nad Kotłem Wielkiego Stawu gdzie kiedyś na urwisku stało schronisko im. Księcia Henryka /spłonęło w 1946/. Na szlaku spotkały mnie jeszcze piękne widmowe Słoneczniki, barwy jesieni jarzębin i modrzewi, spotykali mnie jeszcze nieprzypadkowi ludzie, bo mimo /albo z uwagi na aurę/ minąłem się przede wszystkim z takimi sobie-podobnymi oplecakowynymi ludkami.Zastanawiam się co napisać na koniec, co ma być za epilog … napiszę może, że w Karkonoszach nie ma już lata, że jest tu znów inaczej i znów jest pięknie, napisze również, że jeszcze nie ma tu jesieni, ale przecież karkonoską jesień osobiście przywitam gdy tu przyjdzie i zapanuje.
Pozdrawiam i zapraszam w Karkonosze.
i niech tak dalej będzie - karkonoskie oblicza górskiego świata.
Póki co gratuluję kolejnego spaceru w chmurach,wrażeń z wędrówki pośród mgieł tak pięknie opisanych-i udanych zdjęć(choćby grupa Słoneczniki -jak bastion we mgle).
- jak się wszystko szczęśliwie ułoży to w marcu.