Małgosia naobiecywała, a z pozdrowień wyszły nici, ale po kolei ...
Rozpoczęliśmy w Karpaczu, wcześniej w czasie jazdy z Cieplic ciekawie rozglądaliśmy się za śladami po orkanie, ale za wyjątkiem kilku przewróconych drzew, nie było więcej dowodów na nocne szaleństwa Emmy. W Karpaczu pogoda nijaka, trochę mgliście, coś tam trochę kapało z nieba, coś tam w koronach drzew jakby zawodziło ... Wybraliśmy dostępny zimą wariat mini tj. przez Biały Jar na Kopę, byliśmy sami i za wyjątkiem pracownika z Kolei Linowej, który przecinał tarasujące szlak drzewo nikogo więcej na dojściu nie spotkaliśmy, szlak najpierw prowadził wąwozem poniżej Białego Jaru, by skręcić w lewo wspinając się na Kopę. Do skrętu było nie zimowo bo najpierw szaro-buro, potem bardziej biało przez topniejący spadły nocą śnieg, a dopiero bezpośrednio przed skrętem rozpoczęła się lodowa jazda ... W tym miejscu informacja dla mniej znających Karkonosze: te góry mają taki zwyczaj, że jako mniej strzeliste, a jednocześnie mocno wypiętrzone zatrzymują spadły śnieg i odkładają go sobie w miejscach gdzie może on się dłużej utrzymać, śnieg ten po ostatnim prawie-przedwiośniu trochę nadtopniał, zeszklił się, lecz później zmarzł i zlodowaciał, nocny opad trochę go przykrył, lecz nowa śnieżna warstewka nie związana z lodem dawała jedynie złudne poczucie stabilności. Po fizykalnym zbadaniu twardości lodu i wobec konieczności przejścia podwójnych bo i wzdłużnych, jak i bocznych skosów trawersu Kopy zaordynowałem założenie raków ... i tak się jakoś stało dziwnie, że w tym samym czasie zima dostrzegłwszy nas z góry postanowiła się z nami przywitać. Witała się więc dmuchając śniegiem w twarze, szarpiąc za paski, przewracając plecaki, zmrażając dłonie, hehe kto tu mówił, że Ona wróci, Ona nie odeszła, po prostu siedzi w górach i czeka na gości.
Po założeniu raków trochę spychani wietrzyskiem ze szlaku doszliśmy na Kopę i tu rozpoczęła się prawdziwa jazda ... bo gdy przestały nas zasłaniać tłumiące wiatr osłony lasu i zbocza wystawiliśmy się na całą furię wietrzyska szalejącego po grzbietach. Pozytywem było to, że wiał on raczej w nasze plecy, więc poganiał nas i tylko czasem sypał śniegiem w oczy, szlak grzbietowy przecinały nawiane jęzory śniegu, temperatura która dotychczas była nijaka, choć niewątpliwie dodatnia zaczęła oscylować bliżej zera, a padający dotychczas mokry śnieg zmienił się w gnaną wiatrem kolczastą zamieć. Do pełnego szczęścia brakło chmury, ale gęstniejący opad doskonale ją zastępował. Doszliśmy tak w tej zadymie do Śląskiego Domu, tu krótki odpoczynek i przygotowania przed akcją "odwiedziny u królewny" lecz nim my odwiedziliśmy Śnieżkę, Małgosię odwiedził "Pietrek" i się dziewczyna spietrała, bo przeraziło ją wycie niewątpliwie narastającego wietrzyska i słowa turysty, który oddał pole i wycofał się z podejścia … moje przekonywanie na nic się zdało i plany zmieniłem, bo zamiast przez Śnieżkę do Sowiej Przełęczy poprowadziłem Małgosię przez Równię pod Śnieżką i Spaloną Strażnicę do Strzechy Akademickiej. Powrót był diametralnie mniej delikatny, bo wiatr jeszcze bardziej się wzmógł, teraz ciął po oczach, zmarznięty śnieg podłoża nie przeszkadzał, jęzory zasp jedynie troszkę utrudniały drogę, za to ciągnąca się od czeskich przyjaciół nawała dała nam trochę do wiwatu. Małgosia bidula wywaliła się wielokrotnie urywana mi z ręki i podcinana zdradziecko ... okrutnie ją tarmosiło, widziałem, że przejęta była całą ta sytuacją i przyznała się, że różne dziwności krążyły jej po głowie, ja daleki byłem od rezygnacji, tym bardziej, że znalazłem to za czym tęskniłem, a trochę adrenaliny nigdy mi jeszcze nie zaszkodziło. Dodam jeszcze, że tu natura się postarała, bo do tego o czym napisałem dodała jeszcze chmurę i ograniczyła widoczność do najwyżej kilkunastu metrów, ale przecież ja tu u siebie jestem, więc niespecjalnie się tym przejąłem

ale w pół zgięty oddawałem kornie pokłony mocarnej pozostałości po Emmie.
Walczyliśmy tak /dla Małgosi to najsilniejszy dotychczas wicher, dla mnie

również/ co najmniej półtorej godziny, bo gdy zeszliśmy na szlak odchodzący z prawo od czerwonego i prowadzący do Samotni wietrzysko zostając na grzbiecie coraz słabiej w nas dmuchało.
Ze Strzechy pokrzepiwszy się nieco, starym torem saneczkowym zeszliśmy do Karpacza, zostawiliśmy w górach i wiatr i śnieg i zamieć i mroźne tchnienie zimy, zostawiliśmy to wszystko co wyostrza zmysły i wróciliśmy do domu, ale przecież powroty to preludium następnych górskich imprez, to początek tego co przyniesie kolejny powrót w góry.
Pozdrawiam – było „w dechę”, choć szkoda, że nie udało mi się zmierzyć z wiejbą na zboczach Śnieżki ... takie życie, ale kto wie może bibowiczom też zima pokaże swoje pazurki