Normalka, bo wszystko przebiegło tak jak w prawie każdy wolny weekend ... rano gdy powieki słodko sklejone, w uszy wdarł mi się najpierw natarczywy, aczkolwiek swojski dźwięk budzika, czyli hejnał mariacki z telefonu - dowód sympatii dla Krakusów/cholera mam wolne, mógłbym pospać - pomyślałem/ ale do hejnału dołączyło wycie psa, którego sam osobiście nauczyłem by wzmacniał efekt budzenia, gdy przez chwilę jeszcze walczyłem z sennością, do żywych-obudzonych przywołał mnie łokieć co wwiercił mi się w bok, po czym usłyszałem wcale nie senny głos mojej żony, która zmysłowo zmotywowała mnie do działania mówiąc wprost w moje ucho: " wstawaj cholera, nie będę wszystkiego sama szykowała "
- cóż było robić, wstałem.
Dzień pokazał promienne oblicze, zapowiadał się pogodny, ciepły i słoneczny, jeszcze jeden dobry dzień ...
Tym razem wypadło na Kotły Lawinowe, miejsce do którego tęskni Anetta, Kotły po raz pierwszy pokazały się nam jeszcze z miasta [
attachment=10507].
Trasę rozpoczęliśmy od Jagniątkowa, las cichy, rozświergotany, a jednak dostojny, szlak pusty, no może nie całkiem, [
attachment=10508] bo przyglądały nam się jedne czujne oczy [
attachment=10509]
Małgosia zachęcona Waszymi pochwałami dotyczącymi zdjęć trochę gimnastykowała się z aparatem [
attachment=10510], ale widoki same przyciągały spojrzenie i nie pozwalały obojętnie przejść obok naturalnego piękna rozbudzonej wiosną natury.
W miarę wzrostu wysokości zmieniały się warunki na szlaku, a od 1100 m npm śnieg towarzyszył nam już stale [
attachment=10511]
Obecność śniegu i pogodne niebo pozwoliły słońcu na rozświetlenie tego co było tematem dzisiejszej imprezy, bo i Kocioł Jagniątkowski [
attachment=10512], jak i Wielki i Mały Śnieżny Kocioł [
attachment=10513] lśnił srebrzyście tym mocniej i bliżej było nam do celu wycieczki.
W międzyczasie Małgosia powspominała nasze ostatnie odwiedziny w Izerach, [
attachment=10514] jakże innych niż Karkonosze, a jednocześnie tak bardzo bliskich mimo, iż jeszcze nie do końca odkrytych ...
Szlak wędrówki, jak ścieżka życia, nie do końca przewidywalny jest, a często wręcz przekorny, bo gdy z Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem doszliśmy do Wielkiego Śnieżnego Kotła oczom naszym pokazały
się nie tyle skrzące się lśnieżne pozostałości zimy, co przede wszystkim czarne skalne zręby granitowych ścian [
attachment=10515] strzelające w niebo z lodowej oprawy ...