Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Moje Karkonosze
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
cd.
Koń jest cudowny-podobnie jak i relacja-poetycko opisująca Twoje doświadczenie tej wędrówki.-Dzięki Sylwester.
Koń faktycznie jest niesamowity. Od razu przypomniała mi sie scena z Władcy Pierścieni; tam konie pcałkiem podobne utworzone ze wzburzonej wody, tu ich brat wyrósł spod śniegu. Widzę że i naszyweczka załapała sie na zdjecie Wink. Znów kolejny udany dzień za wami - gratuluję i pozdrawiam i Ciebie i Małgosię
Ciekawa relacja .Takie połączenie rzeczywistosci z ułudą .Pogoda temu wybitnie sprzyjała.A do ciekawych ujęć masz po prostu talent .
dzięki, bardzo cieszę się, że podobają Wam się Karkonosze, zapraszam i na szlak i wirtualnie do http://www.wkarkonosze.net
jhdgdtrew nubfdsuysf ujagfasdl ...no cooo....brak słów, jak zawsze Sylwek uraczył nas piękną relacją, pięknymi ujęciami na fotkach...gratuluję Wam kolejnej- jak zawsze- udanej wyprawy no i czekam na kolejne relacje hehSmile
Można się było tego spodziewać Smile poetyzująca ciekawa opowieść, miejsca znane ale jakże inaczej wyglądające w tych warunkach. Koń widmo - super, i ci turyści mający już dosyć , zdziwieni że ktoś może iść w przeciwną stronę w takich warunkach Wink.
ps. 3 razy startowałem spod kościoła "bez jednego gwoździa" na Śnieżkę, ostatnim razem w zimę doszedłem tylko do Strzechy Akademickiej, za dużo lodu było, a niestety raków jeszcze w życiu nie miałem na butach.
Czyżby aż tak dały Ci w kość? Czekam z niecierliwością na relację Smile
Nawrzucaj nam Wink czekamy na relacje Smile

Czas na bajkę – oto bajka
W sobotę wspominałem Tatry i strome zbocza, tęskniłem trochę za śniegiem tym bardziej, że nie mogłem ruszyć w Karkonosze. Czas mijał zegar tykał wspomnienia przelatywały przez głowę jak płatki śniegu w bezwietrzny dzień. Cóż zrobić myślałem – takie życie, że na przyjemności trzeba pracować, taka kolej rzeczy, że po zimie przychodzi wiosna, a styczniowy deszcz spada śniegiem. Sobota słoneczna, dzień ciepły – trochę nijaki, za to wcale nie zimowy i na pewno nie śnieżny … cholera złość mnie ogarniała na taką przewrotność losu, ja „badacz śniegu” cóż ja mogę zbadać w taką zimę – temperaturę zeschłego błota w dole po kałuży, czy wilgotność szeleszczących liści pod drzewami w parku. Tak mi sobie mijała sobota i nigdzie miejsca nie mogłem dla siebie znaleźć, aż do nocy, bo nocą – nocą nie spałem, dyżur jakiś śmieszny miałem i czekałem na rano. Rankiem powrót do domu, spakowanie plecaka, jeszcze kontrola czego Gośka zapomniała zabrać do swojego i heja na południe – znaczy w Karkonosze. Zawsze jest tak, że gdy zaczynam imprezę, a jestem zmęczony po „normalnym” miejskim życiu, to na początku szlaku bardzo mi ciężko – ciężko kości rozruszać, stan taki trwa czas jakiś nim niepostrzeżenie minie. Tym razem miało być podobnie, ale nie było, bo im wyżej szliśmy w kierunku Przełęczy Karkonoskiej – tym było chłodniej, a między drzewami zaczęły bielić się białe płachty śniegu. Niezadługo dalej, jakieś pół godziny powyżej ostatnich przesieckich domów w miejscu gdzie krzyżują się drogi z Przesieki i Borowic było już całkiem biało i śnieżnie, stanęliśmy tam w oczekiwaniu na Tomka z Borowic  /towarzysza z poprzedniej zakręconej wyprawy /. Niezadługo nadszedł onże i nawet nie sam, bo z Dorotą – prywatnie żoną, Julią i Michałem w głowach których aż dzwoniło od nauk przedmałżeńskich i Arturem, który po górach jeździ rowerem /hmm/. Trochę postaliśmy, a że czas był właściwy ruszyliśmy w górę w przeciwieństwie do „młodych”, którym towarzystwo osób trzecich do niczego nie było właściwie potrzebne. Na podejściu w kierunku przełęczy zapomniałem o tęsknocie za śniegiem i tatrzańskimi skosami, bo pod nogami i wokół i śnieg był biały i skosów trochę – no normalnie znaczy było, tak normalnie zimowo i po mojemu – tak jak chciałbym by zawsze było wokół mnie. Z przełęczy zeszliśmy do Erlebachowej Boudy na trochę żarła i pyszne piwo, po czym żegnając Dorotę i Artura rozpoczęliśmy z Małgosią i Tomkiem normalnie śnieżną wędrówkę karkonoskim grzbietem. Tu pewnie uznacie, że się kolejny raz powtarzam, niemniej jednak napiszę, że znów wiało jak cholera, śnieg nie padał, temperatura była trochę powyżej zera, ale zamiatało igiełkami zmarzniętego śniegu z zasypanego szlaku, aż miło. Powyżej schroniska Odrodzenie intensywne podejście na Mały Szyszak i tu dopiero zimowe karkonoskie wietrzysko pokazało nam, co potrafi, bo właściwie każde z nas przewróciło się od porywów szalonych w porywach wiatru. Było dobrze i nawet nie za zimno, bo zakutaliśmy się w to co mieliśmy na sobie i nic nam igiełki nie robiły, ja przetestowałem  kominiarski rękaw – prezent od Fazika / sprawił się, będę go używał/ dobry patent, ma już miejsce u mnie w worze … szliśmy sobie po betonowym śniegu pomiędzy oblepionymi szadzią głazami ku wierzchołkowi i powiem Wam warto było wyjść z domu by przeżyć to wszystko, co na podejściu zgotowała nam zima. Z wierzchołka ja dupoślizgiem /pozostali schodząc normalnie/ pokonałem zbocze i dojechałem sobie na szlak prowadzący w kierunku Słonecznika, rozmawiać nie można było, bo wiatr wciskał słowa z powrotem w usta, ale po minach obojga /swoją czułem/ widziałem, że impreza spełnia oczekiwania. Za Słonecznikiem ukryci przed nawałnicą zjedliśmy sobie obiad z termosu i rozpoczęliśmy schodzenie w kierunku Polany. W międzyczasie jeszcze Pielgrzymy, lecz przyznam się szczerze nie miałem trochę siły /to chyba pierwszy raz/ by podejść do ściany. Niżej już nie wiało, ale i słońce przestało pokazywać się w dziurach między chmurami, tym bardziej, że było już późnawo prawie, bo po 17.00. Na Polanie decyzja dotycząca trasy zejściowej i zamiast w Karpaczu wylądowaliśmy na szlaku w kierunku Borowic, lecz nim tam zeszliśmy dostaliśmy nagrodę w postaci śpiewnych szumów pochodzących z kaskad lodowatej zimą, a zimnej latem Jodłówki – jednego z pięciu potoków doliny Borowic, bo w Borowicach normalka - urocza podgórska miejscowość wypoczynkowa z klimatem, jakiego trudno doszukać się w tym regionie /jest wyjątek, ale o tym nie teraz/. Po dojściu do Borowic między pamiętającymi czasy innej Europy domami Tomek poprowadził do swego miejsca na ziemi, miejsca gdzie zbiegają się wszystkie nici miejscowej historii, kamienie mówią o legendach i dawnych mieszkańcach tych ziem, wszystka przeszłość się materializuje i nawet samochód ma imię Pani tego domu.  Gospodyni faktycznie nie było, lecz niewirtualny gościniec pysznie smakował i żurkiem /mniam/ i winem /mlask/. Posiedzieliśmy niezadługo, popatrzyliśmy jak historia zatacza krąg i wróciliśmy z Małgosią do siebie obiecując Borowicom realny powrót w magiczne wrota czasu.
Zainteresowanych w imieniu Tomka zapraszam do http://www.borowice.pl, zdjęcia dopiero obrobię i wkleję, tymczasem literki i mam nadzieję, że nie zanudzam Was tymi karkonoskimi relacjami.

cd.
cd.
cd.

przepraszam za ilość, ale dawno nie miałem takiego światła do zdjęć ...
Sylwester-nie przepraszaj za ilość zdjęć-są naprawdę piękne(surowość krajobrazu i zimowe żywioły -tak dobrze uchwycone)-foty jak zwykle znakomicie zdobią i obrazują -równie ciekawą ,z nutą poezji napisaną relacje.Dzięki.
Pięknie i ciekawie napisana relacja i chociaż dotyczy tego samego obszaru wypraw to za każdym razem innaczej ujęta w opisie.Korzystaj z tego Swojego zimowego królestwa dopóki śniegu starczy.(Ja czekam na swoje królestwo wiosenne).Zdjęcia śliczne. Te zdjęcia ze słońcem nad stożkowatym szczytem mi wyglądają jakby wulkan zimowy .pozdr
Przekierowanie