03-06-2007, 04:55 AM
Witam
)) Mój pobyt w Tayerkach dobiegł nistety końca, lecz i tym razem nie obyło się bez przygód...
Zjechałam do Zakopca w piątek rano. Zgodnie z planem dotarłam do schroniska Ornak, gdzie zostawiłam rzeczy i postanowiłam zrobić małą aklimatyzację. Ruszyłam na Ornak i miałam zamiar dojść na Bystrą. Niestety po dojściu na pierwszy szczyt, tzn Ornak, zaczęło grzmieć. Ruszyłam spowrotem na dół... po dotarciu na Iwaniacką przełęcz burza przeszła, a ja zachęcona chwilowym nie załamaniem pogody postanowiłam wrócić na Ornak. Tam spotkałam turystów udających się w kierunku Starobociańskiego Wierchu. Postnowiłam iść z nimi. Nie miałam ochoty na kolejną burzę.... Tak więc przeszłam się na Starobociański i potem odprowadziłam współtowarzyszy przez Trzydniowiański Wierch na Chochołowską Polanę. Była godzina 19:30 a ja musiałam dojść przez Iwaniacką Przełęcz na Ornak... Fajnie by było gdyby nie wyobraźnia która oczywiście mnie nie zawiodła i zaczęła działać w samym środku lasu... Także ten odcinek drogi wręcz przebiegłam w panicznym strachu przed zwerzyną która właśnie się obudziła. Do schroniska dotarłam na 21.
Następnego dnia do schroniska dotarła Magdzik
i już razem ruszyłyśmy przez Czerwone Wierchy na Kondratową Halę. I znów na grani spotkała nas burza. Ciągnęła się za nami od Ciemniaka do Małołączniaka. Potem się zrobiło ładnie... Po drodze zaliczyłyśmy jeszcze Giewont, zostawiając nasze 20 kg plecaki w kosówkach
)) Następnego dnia po namowie spotkanych w schronisku górzystów
postanowiłyśmy przejść przez Świnicę i Zawrat na 5 Stawów, a nie jak pierwotnie planowałyśmy na Murowaniec. I udało się. Świnicę pokonałyśmy we mgle... Dotarłyśmy bez problemu na Zawrat... i tu dopiero zaczęła się "przygoda". Po pokonaniu ostatniej ściany Zawratu z zabiepieczeniami dotarłyśmy do bardzo stromego poletka śniegu. Magdzik zaczęła powoli się zsuwać na dół... a ja mając raki pomyślałam iż to bez sensu się męczyć na takim poletku... Włożyłam je mając zamiar "efektownie" pokonać owe poletko. Postawiłam pierwszy krok, stwierdzając iż raki nieźle się wbiły... oderwałam drugą nogę od stabilnego gruntu i .... bardzi się zdziwiłam!!! Automatucznie zaczęłam zjeżdżać w dół lądując na tyłku.... Wszystko by było OK gdyby nie to że, strasznie w ciągu ułamków sekund, zaczęłam nabierać prędkości... Nawet nie wiem kiedy zaczęłam fikołkować... Słyszałam jedynie huk bezwładnie lecącego ciała. Nie było mowy o jakimkolwiek panowaniu nad upadkiem, bólu też nie czułam... Zauważyłam iż śnieg po którym spadałam skończył się... niestety ja się nie zatrzymywałam. Wirowało to niebo, to ziemia... widzialam jak mój śpiwór przypięty do plecaka szybuje w powietrzu. Czułam kolejne udeżenia w podłoże... Po pierwszym uderzeniu w głowę ( jak sie potrem okazało nieźle udeżałam głową w skały) miałam już tylko jedną myśl "chowaj głowę by nie stracić przytomności bo już po tobie". Tak więc spadałam dalej trzymając ręce na głowie i nie mając żadnego pomysłu jak się zatrzymać... Prawdę mówiąc to widziałam już nagrobek ze swoim nazwiskiem. I stał się cud! Rzuciło mnie na brzuch i o dziwo wbiłam się zębami atakującymi w podłoże. ZATRZYMAŁAM SIĘ! Odrazu krzyknęłam oczekiwane przez Magdę "żyję!!!" Leżąc na brzuchu stwierdziłam iż nie mam nic złamanego! Powoli wydostałam sie na miejsce skąd zaczęłam upade, czyli jakieś 30 m. Zaznaczę iż jeszcze jakieś 10 m i była przepaść - nie było by już co zbierać. Byłam w szoku bo nie czułam nawet bólu... To cud że z upadku wyniosłam tylko siniaków, parę guzów jak jajka, podarte ubrania, pogięty stelaż, rozwalone udo... Magda w przypływie boaterstwa zeszła do pierwszego stawu szukając mojego śpiwora który polecial w siną dal... i udało się jej
Jakoś doszłam na 5 Stawów. Następnego dnia miałam zejśc Szpiglasową na Moko. Nie byłam jednak w stanie sama pokonywać przełęczy, tym bardziej iż strasznie się jeszcze bałam... Zeszłam Roztoką i już asfaltem dotarłam na Moko
Towarzystwa dotrzymał mi Artur poznany dzień wcześniej w 5 Stawach
)) Następnego dnia zrobiliśmy piękną drogę na Mniszka (szczyt mioch marzeń) gdzie leżąć na czubku wpatrywaliśmy sie w przestrzeń pod nami... a wrażenie było niesamowite!!!!!!!! potem trawersem doszliśmy na Wrota Chałubińskiego i graniówką na Szpiglasowy Wierch. Trasa była nie znaczona i dostarczyła nam wiele wrażeń!!!! Potem niestety pogoda się zepsuła i plany które mieliśmy spełzły na niczym ( Rysy i Chłopek). W piątek rano wynieśliśmy się do domów nie czekając dłużej na pogodę... Mam nadzieję iż uda mi się wyskoczyć w tarerki w połowie czerwca. Hym... dziecko gór... i co ja mam na to poradzić że "góry stały sie dla mnie powietrzem"...
)) Mój pobyt w Tayerkach dobiegł nistety końca, lecz i tym razem nie obyło się bez przygód... Zjechałam do Zakopca w piątek rano. Zgodnie z planem dotarłam do schroniska Ornak, gdzie zostawiłam rzeczy i postanowiłam zrobić małą aklimatyzację. Ruszyłam na Ornak i miałam zamiar dojść na Bystrą. Niestety po dojściu na pierwszy szczyt, tzn Ornak, zaczęło grzmieć. Ruszyłam spowrotem na dół... po dotarciu na Iwaniacką przełęcz burza przeszła, a ja zachęcona chwilowym nie załamaniem pogody postanowiłam wrócić na Ornak. Tam spotkałam turystów udających się w kierunku Starobociańskiego Wierchu. Postnowiłam iść z nimi. Nie miałam ochoty na kolejną burzę.... Tak więc przeszłam się na Starobociański i potem odprowadziłam współtowarzyszy przez Trzydniowiański Wierch na Chochołowską Polanę. Była godzina 19:30 a ja musiałam dojść przez Iwaniacką Przełęcz na Ornak... Fajnie by było gdyby nie wyobraźnia która oczywiście mnie nie zawiodła i zaczęła działać w samym środku lasu... Także ten odcinek drogi wręcz przebiegłam w panicznym strachu przed zwerzyną która właśnie się obudziła. Do schroniska dotarłam na 21.
Następnego dnia do schroniska dotarła Magdzik
i już razem ruszyłyśmy przez Czerwone Wierchy na Kondratową Halę. I znów na grani spotkała nas burza. Ciągnęła się za nami od Ciemniaka do Małołączniaka. Potem się zrobiło ładnie... Po drodze zaliczyłyśmy jeszcze Giewont, zostawiając nasze 20 kg plecaki w kosówkach
)) Następnego dnia po namowie spotkanych w schronisku górzystów
postanowiłyśmy przejść przez Świnicę i Zawrat na 5 Stawów, a nie jak pierwotnie planowałyśmy na Murowaniec. I udało się. Świnicę pokonałyśmy we mgle... Dotarłyśmy bez problemu na Zawrat... i tu dopiero zaczęła się "przygoda". Po pokonaniu ostatniej ściany Zawratu z zabiepieczeniami dotarłyśmy do bardzo stromego poletka śniegu. Magdzik zaczęła powoli się zsuwać na dół... a ja mając raki pomyślałam iż to bez sensu się męczyć na takim poletku... Włożyłam je mając zamiar "efektownie" pokonać owe poletko. Postawiłam pierwszy krok, stwierdzając iż raki nieźle się wbiły... oderwałam drugą nogę od stabilnego gruntu i .... bardzi się zdziwiłam!!! Automatucznie zaczęłam zjeżdżać w dół lądując na tyłku.... Wszystko by było OK gdyby nie to że, strasznie w ciągu ułamków sekund, zaczęłam nabierać prędkości... Nawet nie wiem kiedy zaczęłam fikołkować... Słyszałam jedynie huk bezwładnie lecącego ciała. Nie było mowy o jakimkolwiek panowaniu nad upadkiem, bólu też nie czułam... Zauważyłam iż śnieg po którym spadałam skończył się... niestety ja się nie zatrzymywałam. Wirowało to niebo, to ziemia... widzialam jak mój śpiwór przypięty do plecaka szybuje w powietrzu. Czułam kolejne udeżenia w podłoże... Po pierwszym uderzeniu w głowę ( jak sie potrem okazało nieźle udeżałam głową w skały) miałam już tylko jedną myśl "chowaj głowę by nie stracić przytomności bo już po tobie". Tak więc spadałam dalej trzymając ręce na głowie i nie mając żadnego pomysłu jak się zatrzymać... Prawdę mówiąc to widziałam już nagrobek ze swoim nazwiskiem. I stał się cud! Rzuciło mnie na brzuch i o dziwo wbiłam się zębami atakującymi w podłoże. ZATRZYMAŁAM SIĘ! Odrazu krzyknęłam oczekiwane przez Magdę "żyję!!!" Leżąc na brzuchu stwierdziłam iż nie mam nic złamanego! Powoli wydostałam sie na miejsce skąd zaczęłam upade, czyli jakieś 30 m. Zaznaczę iż jeszcze jakieś 10 m i była przepaść - nie było by już co zbierać. Byłam w szoku bo nie czułam nawet bólu... To cud że z upadku wyniosłam tylko siniaków, parę guzów jak jajka, podarte ubrania, pogięty stelaż, rozwalone udo... Magda w przypływie boaterstwa zeszła do pierwszego stawu szukając mojego śpiwora który polecial w siną dal... i udało się jej
Jakoś doszłam na 5 Stawów. Następnego dnia miałam zejśc Szpiglasową na Moko. Nie byłam jednak w stanie sama pokonywać przełęczy, tym bardziej iż strasznie się jeszcze bałam... Zeszłam Roztoką i już asfaltem dotarłam na Moko
Towarzystwa dotrzymał mi Artur poznany dzień wcześniej w 5 Stawach
)) Następnego dnia zrobiliśmy piękną drogę na Mniszka (szczyt mioch marzeń) gdzie leżąć na czubku wpatrywaliśmy sie w przestrzeń pod nami... a wrażenie było niesamowite!!!!!!!! potem trawersem doszliśmy na Wrota Chałubińskiego i graniówką na Szpiglasowy Wierch. Trasa była nie znaczona i dostarczyła nam wiele wrażeń!!!! Potem niestety pogoda się zepsuła i plany które mieliśmy spełzły na niczym ( Rysy i Chłopek). W piątek rano wynieśliśmy się do domów nie czekając dłużej na pogodę... Mam nadzieję iż uda mi się wyskoczyć w tarerki w połowie czerwca. Hym... dziecko gór... i co ja mam na to poradzić że "góry stały sie dla mnie powietrzem"...

