Krutynia Warpuny-Sorkwity
Kolejny letni wypad w mazurskie strony- czerwcowe słońce wygania nas z domku na spotkanie przygody. Odwiedzamy stare i sprawdzone miejsce-urokliwie położoną nad jeziorem Białym Stanicę Wodną PTTK w Bieńkach. Nieraz gościliśmy w tym uroczym zakątku i wszystko by było w zasadzie Oki-gdyby nie pewna powtarzalność. W ciągu minionych lat w zasadzie opłynęliśmy wokół wszystkie wody-w dół i w górę Krutyni. Jest piękna ale ale chciało by się nowości ,pewnej odmiany...
Takie to myśli towarzyszą mi , w trakcie popołudniowego leniuchowania z browarkiem w dłoni. Chociaż- sięgam pamięcią do stron przewodnika kajakowego... jest ! Jest taki jeden-w zasadzie i w teorii pierwszy odcinek spływu kajakowego królowej mazurskich rzek-gdzie jeszcze nie nurzałem wiosła i za bardzo nie słyszałem- by kto inny to uczynił. Warpuny-jezioro Gielądzkie - Sorkwity, jedyne 10 kilometrów -ale za to nowego !
W odpowiedzi jakby na moje myśli, podjeżdża volkswagen transit z jednym , jedynym kajakiem na dachu i dwójką pasażerów w słusznym wieku. Forpoczta zapewne jakiegoś zorganizowanego spływu. Wyładowują plecaki , reszta zapewne niedługo nadpłynie. Starszy pan sprawia wrażenie-wymagającego natychmiastowej pomocy ! Widać że w trakcie integracji poprzedniego wieczoru-ostro przeholował ! Kierowca busa w tej sytuacji prosi mnie o pomoc przy ściągnięciu kajaka z dachu autka. Sprawnie ściągamy, nawiązuje się rozmowa-okazuje się że rozmawiam z synem właściciela firmy obsługującej spływy kajakowe z siedzibą we wsi Gieląd nad jeziorem Gielądzkim. Korzystam z okazji i umawiam się na następny poranek- dojedziemy własnym autkiem, zaparkujemy na posesji i dalej z kajaczkiem pan nas podrzuci do Warpun.
Jak postanowiliśmy-tak uczyniliśmy i pogodny , zapowiadający bezchmurny i upalny czerwcowy dzień zastał nas w drodze do Warpun-małej miejscowości nad brzegiem jeziora Warpuńskiego. Przy plaży wiejskiej wodujemy kajak-właściciel firmy kajakowej-udziela ostatnich porad- a to żebyśmy się zbytnio nie przerazili, a to dowiaduję się , że przeważnie nieliczni Niemcy są tacy akuratni-co by przepływać ten odcinek rzeczki i takie tam....
Odbijamy od brzegu. Samo jezioro Warpuńskie to akwen o powierzchni 49 ha , otoczony polami, pastwiskami. Płyniemy wzdłuż północnego i następnie zachodniego brzegu w nadziei na ujrzenie strugi-jaką Krutynia wpada do jeziora. Nic z tego totalne szlamowisko- nie pozwala na zbliżenie się w podejrzewanym miejscu do brzegu.Za to w późniejszej wędrówce napotykamy stado krówek wesoło się taplających w wodzie.
Poprzez przepust pod szosą-wpływamy wąską strugą(trochę kamieni w dnie) na kolejne jeziorko-Zyndackie. Samo jeziorko o powierzchni 37 ha sprawia wrażenie bardziej dzikiego w swojej naturze-szybko je przepływamy, pod koniec pośród kwitnących łanów grążela żółtego mijamy niewielką wysepkę z lewej. Struga wypływająca z jeziora wieńczy dzieło, jeszcze parę ruchów wiosłem i zmuszeni jesteśmy do przybicia do brzegu. Woda się kończy. Wyskakuje czym prędzej na brzeg przy miejscu w którym krówki korzystają z wody, trochę zdeptane raciczkami, patrzę pod nogi ...pijawki ! brrrr.... Za czymś co przypomina resztki jazu- miast rzeki- widzę klasyczny rów jakby melioracyjny , głęboko wcięty , co gorsza bez śladu wody przynajmniej na pierwszym widocznym odcinku?-słowem pełna załamka... O dziwo w głębokiej dali , pośród pastwisk dostrzegam wzgórze morenowe. Wiem , że rów musi się jakoś przełamywać przez morenę- co nie zmienia faktu, że będziemy musieli przeciągać kajak pod górę...

Przewodnik jasno określa naszą sytuacje-1300 m holowania kajaka po trawie. Jeszcze w przypływie szczerej rozpaczy próbuję posadzić jednostkę na pierwszej śladowej napotkanej wodzie i krocząc nurtem tak oto sobie ułatwić. W chwili kiedy przy wejściu w rowek zapadam się do kolan w śmierdzącym mule- pamiętawszy o pijawkach wyskakuję na brzeg szybciej od światła.
Montujemy linkę holowniczą do uchwytu na dziobie kajaka, plecaki na ramiona i heja...
Jakże się sprawdzają słowa wieszcza- Wpłynąłem na przestwór oceanu... Żar się leje z czerwcowego nieba, a my pośród traw, uprawiamy kajakarstwo stepowe. Jest trochę ciężko-ale to przecież element przygody . Pośród traw-pewnym urozmaiceniem są druty pastuchów elektrycznych, które sprawnie omijamy. Jeszcze przeprawa w dół i w górę przez wąwóz rowu i oto zdobywamy wzgórze morenowe- a z niego pokrzepiający widok- w dole połyskuje tafla jeziora Gielądzkiego. Szus kajakowy w dół, odnalezienie miejsca wśród pokrzyw, gdzie kajaczek można zwodować i możemy używać okrętu zgodnie z przeznaczeniem- tj. do pływania.
Mijamy miejscowość Botewo z zabudową typu letniskowego, niektóre domki wręcz nazwał bym okazałymi rezydencjami. Cóż -znak czasu. Później jezioro o rynnowym charakterze-mile zaskakuje , mniej więcej do połowy długości jest dzikie, pierwotne z ciekawą linią brzegową pośród lasu porastającego wschodnią stronę. Zdarzają się wysepki. Druga połowa zdecydowanie bardziej ucywilizowana, zwłaszcza zachodni brzeg z osadami Pustniki i Gieląd ( właściciel kajaka odetchnął z ulgą jak zoczył z chałupki swój kajak na wodzie-jak przyznał później)
Widok mostu kolejowego w Sorkwitach zwiastuje bliski koniec wycieczki. Wpływamy na strugę łączącą jeziora Gielądzkie z Lampackim, jeszcze tylko spojrzenie z wody na ciekawy pałacyk w Sorkwitach- zbudowany w popularnym na początku XIX w stylu neogotyckim( taki a la zameczek)i dobijamy do przystani Stanicy Wodnej PTTK w Sorkwitach. Z tego to miejsca startują wszystkie regularne spływy Krutynią- co w świetle doświadczeń z odcinka poprzedzającego chyba specjalnie nie dziwi

Telefonuję po odwózkę kajaczka- będzie za pół godzinki- jest zatem czas na pogłębioną złocistym napojem chwilę refleksji patrząc w dal ponad jeziorem Lampackim- Kolejny dzień w Mazurskich Stronach
