08-12-2007, 06:44 PM
08-12-2007, 06:49 PM
Nie wspominaj mi o śniegu -brrry, chyba ,że na nartach
08-12-2007, 06:52 PM
brrry? nie brrry tylko jupi ! 

08-12-2007, 07:07 PM
Ja tak jak Gandzia .
Zimą działa depresja ,przygnębienie spowodowane krótkim dniem zimnem czy brakiem słońca (to nie moja opinia tylko powtarzam za autorytetami
. A wiosną ,latem wszystko budzi się do życia .Zieleń koi nerwy ,uspokaja .Ach czekam z utęsknieniem na wiosnę
Ładna ta rzeczka i las pełne zieleni .Zyczę Ci Gandzia i sobie aby zima krótką była .Dla tych co jej pragną to niech tam wysoko w górach trochę zamarudzi
Zimą działa depresja ,przygnębienie spowodowane krótkim dniem zimnem czy brakiem słońca (to nie moja opinia tylko powtarzam za autorytetami
. A wiosną ,latem wszystko budzi się do życia .Zieleń koi nerwy ,uspokaja .Ach czekam z utęsknieniem na wiosnę
Ładna ta rzeczka i las pełne zieleni .Zyczę Ci Gandzia i sobie aby zima krótką była .Dla tych co jej pragną to niech tam wysoko w górach trochę zamarudzi

08-12-2007, 07:10 PM
O tak - święte słowa Spoko!!!
08-12-2007, 08:24 PM
A ja właśnie słucham tego folku co Gandzia wrzuciła link, i tak myślę jak fajnie teraz by było wejść do takiej rozśpiewanej izby gdzieś w górach już właśnie po zmroku, bo dzień krótki a droga w głębokim śniegu była ciężka i mozolna ale ile radości i satysfakcji na takim pustym szlaku, a teraz grzane wino... a rano znów w śnieg, a może na jakąś grań się wdrapać i podziwiać najpiękniejsze widoki zaśnieżonych gór przy pięknej słonecznej pogodzie... a może, może będzie ciężko, wichura, zamieć zmaganie się z żywiołem, znów poczuć to wszystkimi zmysłami ehhhh
...
...08-12-2007, 08:31 PM
cyt. Pablo: "znów poczuć to wszystkimi zmysłami ehhhh Big Grin ..." odliczaj Paweł, bo to już niedługo, a moja w tym głowa, żebyś nie żałował imprezy w tatrzańskiej zaspie.
a może jest ktoś jeszcze kto nie wzdryga się* na widok śniegu?
*dzięki Spoko, że zostawiłeś trochę zimy w wysokich partiach gór dla tych którzy mniej wolą sielankę rozgrzanego popołudnia
a może jest ktoś jeszcze kto nie wzdryga się* na widok śniegu?
*dzięki Spoko, że zostawiłeś trochę zimy w wysokich partiach gór dla tych którzy mniej wolą sielankę rozgrzanego popołudnia

09-12-2007, 11:07 AM
Pablo - !!!
Świetnie to ująłeś. Widzę, że czujesz bluesa.
Świetnie to ująłeś. Widzę, że czujesz bluesa.

25-01-2008, 08:22 PM
Saska- Sawica lipiec 2006
Piątkowe popołudnie zastaje nas w drodze do Wielbarka. Na pięknie zapowiadający się lipcowy week zaplanowaliśmy spływ Saską-Sawicą. Realizacja zamysłu poprzedzona oczywiście zapoznaniem się wcześniej w necie z opisami rzeki, zakupem stosownej mapy i telefonem do firmy prowadzącej wypożyczalnię sprzętu wodnego w Wielbarku. W siedzibie firmy, szybki przepak (oczywiście mapa zostaje w autku), przy okazji wyjaśniamy drobne niedomówienie-pan z firmy pierwotnie planował dowiezienie nas nad jezioro Sasek Mały, my chcemy rozpocząć z Saska Wielkiego, około dwudziestu kilometrów w górę cieku. Pan się dziwi, że stamtąd można(zapowiada się ciekawie), ale koniec końców jedziemy przez Szczytno w stronę Pasymia, by w miejscowości Jęczniki nad Saskiem Wielkim wyładować się z gratami i szklakiem koloru „Carraibean blue” który to przez najbliższe dwa dni będzie naszym wehikułem unoszącym w krainę mazurskiej przygody. Późną wieczorową porą rozbijamy namiocik przy pomoście jeziornym na terenie prywatnym(choć z dala od domostw) za opłatą jedyne 10 PLN u właściciela. Plusem obozowiska jest obfitość opału na watrę, minusem hałas dochodzący z pobliskiej szosy Szczytno-Olsztyn. Minusa ignorujemy, z plusa korzystamy i już niebawem kiełbaska skwierczy wesoło nad ogniskiem, a puszki z piwem otwierane są z optymistycznie brzmiącym trzaskiem. Wczesny poranek zapowiada pogodny dzień, zwijamy namiot, szybkie zaopatrzenie w uroczym sklepiku, który ma różności na składzie, ale w małym wyborze i spychamy kajak na wody jeziora. Płynąc na północ Saska Wielkiego-dużego jeziora rozciągającego się w osi północ –południe wypatrujemy pobliskiego wypływu. Jest na tyle dobrze ukryty w trzcinach, że przepływamy obok podziwiając w zamian liczne kormorany .Zorientowawszy się , zawracamy by po chwili wpłynąć do wąskiego kanału rozpoczynającej się Saskiej. Nim miniemy Jęczniki, czekają nas dodatkowe atrakcje, wpierw przenoska przez jaz wodny, następnie wodę przegradza domek rybacki usadowiony na przepływie ,i tym razem opuszczamy kajak, przepuszczając okręcik pod budowlą.Za domkiem jakiś właściciel daczy w trakcie koszenia zadbanego trawnika informuje nas ni mniej ni więcej, że wszyscy co płyną w dół…. zawracają… nie da się spłynąć… Myślę sobie -spotkaliśmy malkontenta. Jeszcze przepływ pod mostkiem drogowym, kilka zakoli pełnych śmiecia z wioski i możemy się rozkoszować coraz ładniejszą rzeką. Saska jest szersza w tym miejscu niż wynikało by to z mapy, z umiarkowaną ilością przeszkód wodnych w postaci zwalonych drzew, wije się malowniczo pośród mocno cieniujących grądów. Niespodzianie się ukazuje dość malowniczy wiadukt linii kolejowej Szczytno-Olsztyn, za nim jeszcze większa niespodzianka, zza kolejnego zakrętu rzeki w bezpośredniej bliskości widzimy łanię przy wodopoju…. trwa to małą chwilkę, nim równie zaskoczona co i my, da dyla w las…. .Miejscami zbliżamy się do wysokich skarp nadrzecznych porośniętych borem sosnowo- świerkowym. Jest pięknie i tylko my na rzece-tak będzie do końca mimo pogodnego weekendu lipcowego. Zdarzają się i zwałki, niektóre wymagające pewnego pomyślunku przy forsowaniu, czasem niektóre zanurzone pnie drzew da się przepłynąć na wprost pod warunkiem odbalastowania dziobu kajaka- małżonka zajmuje wówczas miejsce na drzewie na chwilkę(foto), a ja napieram na wiosło. Gdy się nie da
-przenosimy kajak lądem. Saska jeszcze bardziej się rozlewa-znak że zbliżamy się do spiętrzenia na Młyńskim Stawie. Lawirując pomiędzy zwaliskami z prawego brzegu a trzcinowiskiem po lewej zbliżamy się do miejscowości Janowo. Powierzchnia uroczego Młyńskiego Stawu pokryta jest grubym kożuchem z glonu i rzęsy wodnej-wiosło pokonuje opór nie tylko wody, ale i zawiesiny, a kajak zostawia ślad wodny niczym lodołamacz(ew. glonołamacz).W Janowie dobijamy do brzegu, dość niebezpieczna przenoska przez ruchliwą szosę. A po drugiej stronie przeciąganie kajaka po trawach wzdłuż gospodarstwa rybnego-rzeczka jest poprzegradzana w tym miejscu i spłynąć się w żaden sposób nie da. Na pocieszenie-dokonujemy zakupu w firmowym sklepiku prostego jadła- świeżutki wędzony węgorz plus takowa sielawka-to jest to co marynarze wód słodkowodnych wielbią, sklepik oferuje jeszcze piwo i napoje chłodzące-korzystamy oczywiście, po chleb i inne niestety trza się nieco przejść. Posiliwszy się , w drogę-rzeczka nieco się wypłyca, czasem holujemy kajak idąc nurtem. Przy tej okazji Ania gubi w rzecznym mule-plastikowy klapek w kolorze wściekłego seledynu, przeszukiwanie dna o powierzchni metra 2 trwa dobry kwadrans nim zguba się odnajdzie. Dalej wzdłuż nadbrzeżnych olsów i bagnistych lasków w coraz większej płyciźnie do miejsca gdzie Saska rozdziela się na trzy odnogi, no i w tym miejscu przydała by się mapa pozostawiona w aucie. Wybieramy prawą. Z uwagi na to, że wody Saskiej rozpływają się w kanałki, z powodu płycizny cały czas holujemy kajak idąc na szczęście dość twardym dnem. Trasa co chwilkę jest zatarasowana jakimiś gałęziakami, konarami-jest wąsko i uciążliwie. Wnętrze łodzi wygląda jak po wojnie, mnóstwo śmiecia liścianego i innych takich… Istny Viet-nam , dziko, bezludnie i ta świadomość , że gdzieś wypadało by dojść z tą krypą wyładowaną klamotami… By rozprostować nieco kości i posmakować suchego lądu wybieram się na krótki spacer wzdłuż kanałku i o mało nie wpadam do jakiejś dziury wykopanej zdaje się przez bobry… Jesteśmy tak zmachani zmaganiami, że gdy widzimy prześwit między drzewami zwiastujący jeziorko Natać- to na chwilkę wpływamy nań , by kołysani przez falę pośród nenufarów i ze świadomością stopy wody pod kilem…. spożyć drugie śniadanie. Powracamy na kanałek , by dalej zmagać się z głuszą w te gorące, upalne lipcowe popołudnie .Żar jest taki, że nawet gzy się pochowały… jedynie pijawki ze strefy nadbrzeżnej z zaciekawieniem obserwują nasze wysiłki.… Pewne ożywienie wnosi widok mostku z przepustami rurowymi na drodze gruntowej. Brzegi są na tyle niedostępne , że wysiadamy bezpośrednio na mostek, kajak przepływa rurą, wsiadamy w ten sam sposób.Za mostkiem parę machnięć wiosłem o wąski brzeg .. i dopływamy do tamy bobrzej pośród bagnicha i trzcin .Myślę sobie-ani wyjść z kajaka, za tamą beznadziejnie-woda stoi bez ruchu. Wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje na mostku-oczywiście płynąc rufą naprzód-nie sposób obrócić kajaka. Czyżby byłby to koniec spływu ? Udaję się na pieszy zwiad, wzdłuż gruntowej drogi w kierunku wschodnim. Po dwustu metrach napotykam kolejny kanałek Saskiej –Sawicy, rokujący zdecydowanie lepiej na spływ. Ucieszony-powracam. Skomplikowana operacja wyciągnięcia kajaka na mało dostępny brzeg przy mostku(dobrze, że mamy wziętą z domu linę holowniczą), po czym zaprzęgamy się niby koniki do kajaka i hejka te dwieście metrów. Dalej to już kaszka z mlekiem, wraz z e zbliżaniem się do jeziora Sędnańskiego, kanałek staje się kanałem, poszerza i pogłębia, choć czasem spotkawszy się z bobrzą robotą trzeba się odrobinę nagimnastykować. Wreszcie malowniczym trzcinowiskiem wypływamy na szeroki przestwór oceanu… uff… koniec znoju, przynajmniej na ten dzień. Przybijamy we wsi Sędnańsk położonej przy brzegu jeziora Sędnańskiego… udaję się na poszukiwanie sklepu- pytam się o takowy w pierwszym gospodarstwie:
-Sklep ? Najbliższy w e wsi Sasek Mały.-słyszę odpowiedź(myślę sobie, nie jest dobrze)
-A co pan potrzebuje ?
-Woda mineralna by się przydała-odpowiadam częściowo zgodnie z prawdą.
Wody nie mam, ale może piwo butelkowe ?(pomyślałem sobie na ten czas, że i jakby zapytał , to i jaki miejscowy wyrób by zakupił)
Korzystam z okazji i obładowany napojami wracam do kajaku. Na nocleg za poradą gospodarza wybieramy plażę za wsią. Dziesięcio- kilometrowy dzisiejszy odcinek obfitował w miejsca uciążliwe ale i urokliwe-jesteśmy utrudzeni lecz pełni wrażeń. Rozstawiamy namiot, gromadzimy opał na watrę-gdy ostatni kąpiący opuszczają to piękne miejsce ,w pełni rozkoszujemy się biwakiem. Jakaś mała uczta z resztek węgorza i kiełbasy z patyka. Z braku mineralki zapijamy browarkiem .Z pobliskiej stadniny do wieczornego wodopoju przybiega tabun koników. Nasze biwakowisko na soczystej zielonej trawce jest co prawda za ogrodzeniem z bali, ale koniki znajdują i na to sposób, przechodzą z towarzyską wizytą do nas –wzdłuż brzegu po wodzie, tam gdzie ogrodzenie nie sięga… Pasą się , potem trochę brykają i idą sobie same do stajni… O kolejnym ostatnim poranku w mazurskiej kniei wypływamy na jezioro , by wzdłuż dotrzeć do wypływu. Odcinek Sawicy pomiędzy jeziorami Sędnańskim i Sasek Mały meandruje pośród dzikich trzcinowisk i łąk- jest szeroko i wygodnie. Po niedługim czasie dopływamy do jeziora Sasek Mały. Sam wpływ do jeziora jest niesamowicie płytki i mulisty-Sasek Mały mimo że jest dość sporym jeziorem charakteryzuje się niewielką maksymalną głębią… raptem 3.7 m. Na powitanie z płycizn jeziora przy wpływie rzeki podnoszą się liczne czaple siwe i kormorany… co za widok, spotykany jedynie w miejscach mało uczęszczanych z dala od ośrodków wczasowych i komercji tzw. ”zmasowanego wypoczynku”…(ja to nazywam strefami masowego rażenia).Przebywszy jezioro ,zatrzymujemy się przy moście na drodze do pobliskiej cichej, letniskowej wsi Sasek Mały. Spacerek do pobliskiego, dobrze zaopatrzonego sklepiku z różnościami i dalej w drogę rzeczką z przeszkodami, ale już szeroką i przypominającą już parametrami rzekę. Dość szeroka, z piaszczystym dnem, gdzie niegdzie ze zwalonymi w nurt drzewami, ale dającymi się opłynąć-pośród borów zachodniego skraju Puszczy Piskiej. W drodze jeszcze jeden wątpiący o możliwości spływu-tym razem wędkujący-oczywiście już nie zwracamy na takie dictum uwagi. Pogoda niestety się psuje, wpierw rzęsisty deszcz, później odgłosy snujących się po okolicy burz. Jedna z nich zastaje nas w lasku… przemija -płyniemy dalej pośród już terenów rolniczych w pobliżu Wielbarka. Docierając do końcowej przystani –mam świadomość , że warto badać szlaki nie znane , nie skażone komercyjnością a tak prawdziwe i pierwotne w swojej istocie.
Piątkowe popołudnie zastaje nas w drodze do Wielbarka. Na pięknie zapowiadający się lipcowy week zaplanowaliśmy spływ Saską-Sawicą. Realizacja zamysłu poprzedzona oczywiście zapoznaniem się wcześniej w necie z opisami rzeki, zakupem stosownej mapy i telefonem do firmy prowadzącej wypożyczalnię sprzętu wodnego w Wielbarku. W siedzibie firmy, szybki przepak (oczywiście mapa zostaje w autku), przy okazji wyjaśniamy drobne niedomówienie-pan z firmy pierwotnie planował dowiezienie nas nad jezioro Sasek Mały, my chcemy rozpocząć z Saska Wielkiego, około dwudziestu kilometrów w górę cieku. Pan się dziwi, że stamtąd można(zapowiada się ciekawie), ale koniec końców jedziemy przez Szczytno w stronę Pasymia, by w miejscowości Jęczniki nad Saskiem Wielkim wyładować się z gratami i szklakiem koloru „Carraibean blue” który to przez najbliższe dwa dni będzie naszym wehikułem unoszącym w krainę mazurskiej przygody. Późną wieczorową porą rozbijamy namiocik przy pomoście jeziornym na terenie prywatnym(choć z dala od domostw) za opłatą jedyne 10 PLN u właściciela. Plusem obozowiska jest obfitość opału na watrę, minusem hałas dochodzący z pobliskiej szosy Szczytno-Olsztyn. Minusa ignorujemy, z plusa korzystamy i już niebawem kiełbaska skwierczy wesoło nad ogniskiem, a puszki z piwem otwierane są z optymistycznie brzmiącym trzaskiem. Wczesny poranek zapowiada pogodny dzień, zwijamy namiot, szybkie zaopatrzenie w uroczym sklepiku, który ma różności na składzie, ale w małym wyborze i spychamy kajak na wody jeziora. Płynąc na północ Saska Wielkiego-dużego jeziora rozciągającego się w osi północ –południe wypatrujemy pobliskiego wypływu. Jest na tyle dobrze ukryty w trzcinach, że przepływamy obok podziwiając w zamian liczne kormorany .Zorientowawszy się , zawracamy by po chwili wpłynąć do wąskiego kanału rozpoczynającej się Saskiej. Nim miniemy Jęczniki, czekają nas dodatkowe atrakcje, wpierw przenoska przez jaz wodny, następnie wodę przegradza domek rybacki usadowiony na przepływie ,i tym razem opuszczamy kajak, przepuszczając okręcik pod budowlą.Za domkiem jakiś właściciel daczy w trakcie koszenia zadbanego trawnika informuje nas ni mniej ni więcej, że wszyscy co płyną w dół…. zawracają… nie da się spłynąć… Myślę sobie -spotkaliśmy malkontenta. Jeszcze przepływ pod mostkiem drogowym, kilka zakoli pełnych śmiecia z wioski i możemy się rozkoszować coraz ładniejszą rzeką. Saska jest szersza w tym miejscu niż wynikało by to z mapy, z umiarkowaną ilością przeszkód wodnych w postaci zwalonych drzew, wije się malowniczo pośród mocno cieniujących grądów. Niespodzianie się ukazuje dość malowniczy wiadukt linii kolejowej Szczytno-Olsztyn, za nim jeszcze większa niespodzianka, zza kolejnego zakrętu rzeki w bezpośredniej bliskości widzimy łanię przy wodopoju…. trwa to małą chwilkę, nim równie zaskoczona co i my, da dyla w las…. .Miejscami zbliżamy się do wysokich skarp nadrzecznych porośniętych borem sosnowo- świerkowym. Jest pięknie i tylko my na rzece-tak będzie do końca mimo pogodnego weekendu lipcowego. Zdarzają się i zwałki, niektóre wymagające pewnego pomyślunku przy forsowaniu, czasem niektóre zanurzone pnie drzew da się przepłynąć na wprost pod warunkiem odbalastowania dziobu kajaka- małżonka zajmuje wówczas miejsce na drzewie na chwilkę(foto), a ja napieram na wiosło. Gdy się nie da
-przenosimy kajak lądem. Saska jeszcze bardziej się rozlewa-znak że zbliżamy się do spiętrzenia na Młyńskim Stawie. Lawirując pomiędzy zwaliskami z prawego brzegu a trzcinowiskiem po lewej zbliżamy się do miejscowości Janowo. Powierzchnia uroczego Młyńskiego Stawu pokryta jest grubym kożuchem z glonu i rzęsy wodnej-wiosło pokonuje opór nie tylko wody, ale i zawiesiny, a kajak zostawia ślad wodny niczym lodołamacz(ew. glonołamacz).W Janowie dobijamy do brzegu, dość niebezpieczna przenoska przez ruchliwą szosę. A po drugiej stronie przeciąganie kajaka po trawach wzdłuż gospodarstwa rybnego-rzeczka jest poprzegradzana w tym miejscu i spłynąć się w żaden sposób nie da. Na pocieszenie-dokonujemy zakupu w firmowym sklepiku prostego jadła- świeżutki wędzony węgorz plus takowa sielawka-to jest to co marynarze wód słodkowodnych wielbią, sklepik oferuje jeszcze piwo i napoje chłodzące-korzystamy oczywiście, po chleb i inne niestety trza się nieco przejść. Posiliwszy się , w drogę-rzeczka nieco się wypłyca, czasem holujemy kajak idąc nurtem. Przy tej okazji Ania gubi w rzecznym mule-plastikowy klapek w kolorze wściekłego seledynu, przeszukiwanie dna o powierzchni metra 2 trwa dobry kwadrans nim zguba się odnajdzie. Dalej wzdłuż nadbrzeżnych olsów i bagnistych lasków w coraz większej płyciźnie do miejsca gdzie Saska rozdziela się na trzy odnogi, no i w tym miejscu przydała by się mapa pozostawiona w aucie. Wybieramy prawą. Z uwagi na to, że wody Saskiej rozpływają się w kanałki, z powodu płycizny cały czas holujemy kajak idąc na szczęście dość twardym dnem. Trasa co chwilkę jest zatarasowana jakimiś gałęziakami, konarami-jest wąsko i uciążliwie. Wnętrze łodzi wygląda jak po wojnie, mnóstwo śmiecia liścianego i innych takich… Istny Viet-nam , dziko, bezludnie i ta świadomość , że gdzieś wypadało by dojść z tą krypą wyładowaną klamotami… By rozprostować nieco kości i posmakować suchego lądu wybieram się na krótki spacer wzdłuż kanałku i o mało nie wpadam do jakiejś dziury wykopanej zdaje się przez bobry… Jesteśmy tak zmachani zmaganiami, że gdy widzimy prześwit między drzewami zwiastujący jeziorko Natać- to na chwilkę wpływamy nań , by kołysani przez falę pośród nenufarów i ze świadomością stopy wody pod kilem…. spożyć drugie śniadanie. Powracamy na kanałek , by dalej zmagać się z głuszą w te gorące, upalne lipcowe popołudnie .Żar jest taki, że nawet gzy się pochowały… jedynie pijawki ze strefy nadbrzeżnej z zaciekawieniem obserwują nasze wysiłki.… Pewne ożywienie wnosi widok mostku z przepustami rurowymi na drodze gruntowej. Brzegi są na tyle niedostępne , że wysiadamy bezpośrednio na mostek, kajak przepływa rurą, wsiadamy w ten sam sposób.Za mostkiem parę machnięć wiosłem o wąski brzeg .. i dopływamy do tamy bobrzej pośród bagnicha i trzcin .Myślę sobie-ani wyjść z kajaka, za tamą beznadziejnie-woda stoi bez ruchu. Wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje na mostku-oczywiście płynąc rufą naprzód-nie sposób obrócić kajaka. Czyżby byłby to koniec spływu ? Udaję się na pieszy zwiad, wzdłuż gruntowej drogi w kierunku wschodnim. Po dwustu metrach napotykam kolejny kanałek Saskiej –Sawicy, rokujący zdecydowanie lepiej na spływ. Ucieszony-powracam. Skomplikowana operacja wyciągnięcia kajaka na mało dostępny brzeg przy mostku(dobrze, że mamy wziętą z domu linę holowniczą), po czym zaprzęgamy się niby koniki do kajaka i hejka te dwieście metrów. Dalej to już kaszka z mlekiem, wraz z e zbliżaniem się do jeziora Sędnańskiego, kanałek staje się kanałem, poszerza i pogłębia, choć czasem spotkawszy się z bobrzą robotą trzeba się odrobinę nagimnastykować. Wreszcie malowniczym trzcinowiskiem wypływamy na szeroki przestwór oceanu… uff… koniec znoju, przynajmniej na ten dzień. Przybijamy we wsi Sędnańsk położonej przy brzegu jeziora Sędnańskiego… udaję się na poszukiwanie sklepu- pytam się o takowy w pierwszym gospodarstwie:
-Sklep ? Najbliższy w e wsi Sasek Mały.-słyszę odpowiedź(myślę sobie, nie jest dobrze)
-A co pan potrzebuje ?
-Woda mineralna by się przydała-odpowiadam częściowo zgodnie z prawdą.
Wody nie mam, ale może piwo butelkowe ?(pomyślałem sobie na ten czas, że i jakby zapytał , to i jaki miejscowy wyrób by zakupił)
Korzystam z okazji i obładowany napojami wracam do kajaku. Na nocleg za poradą gospodarza wybieramy plażę za wsią. Dziesięcio- kilometrowy dzisiejszy odcinek obfitował w miejsca uciążliwe ale i urokliwe-jesteśmy utrudzeni lecz pełni wrażeń. Rozstawiamy namiot, gromadzimy opał na watrę-gdy ostatni kąpiący opuszczają to piękne miejsce ,w pełni rozkoszujemy się biwakiem. Jakaś mała uczta z resztek węgorza i kiełbasy z patyka. Z braku mineralki zapijamy browarkiem .Z pobliskiej stadniny do wieczornego wodopoju przybiega tabun koników. Nasze biwakowisko na soczystej zielonej trawce jest co prawda za ogrodzeniem z bali, ale koniki znajdują i na to sposób, przechodzą z towarzyską wizytą do nas –wzdłuż brzegu po wodzie, tam gdzie ogrodzenie nie sięga… Pasą się , potem trochę brykają i idą sobie same do stajni… O kolejnym ostatnim poranku w mazurskiej kniei wypływamy na jezioro , by wzdłuż dotrzeć do wypływu. Odcinek Sawicy pomiędzy jeziorami Sędnańskim i Sasek Mały meandruje pośród dzikich trzcinowisk i łąk- jest szeroko i wygodnie. Po niedługim czasie dopływamy do jeziora Sasek Mały. Sam wpływ do jeziora jest niesamowicie płytki i mulisty-Sasek Mały mimo że jest dość sporym jeziorem charakteryzuje się niewielką maksymalną głębią… raptem 3.7 m. Na powitanie z płycizn jeziora przy wpływie rzeki podnoszą się liczne czaple siwe i kormorany… co za widok, spotykany jedynie w miejscach mało uczęszczanych z dala od ośrodków wczasowych i komercji tzw. ”zmasowanego wypoczynku”…(ja to nazywam strefami masowego rażenia).Przebywszy jezioro ,zatrzymujemy się przy moście na drodze do pobliskiej cichej, letniskowej wsi Sasek Mały. Spacerek do pobliskiego, dobrze zaopatrzonego sklepiku z różnościami i dalej w drogę rzeczką z przeszkodami, ale już szeroką i przypominającą już parametrami rzekę. Dość szeroka, z piaszczystym dnem, gdzie niegdzie ze zwalonymi w nurt drzewami, ale dającymi się opłynąć-pośród borów zachodniego skraju Puszczy Piskiej. W drodze jeszcze jeden wątpiący o możliwości spływu-tym razem wędkujący-oczywiście już nie zwracamy na takie dictum uwagi. Pogoda niestety się psuje, wpierw rzęsisty deszcz, później odgłosy snujących się po okolicy burz. Jedna z nich zastaje nas w lasku… przemija -płyniemy dalej pośród już terenów rolniczych w pobliżu Wielbarka. Docierając do końcowej przystani –mam świadomość , że warto badać szlaki nie znane , nie skażone komercyjnością a tak prawdziwe i pierwotne w swojej istocie.
25-01-2008, 08:42 PM
1.Wczenym porankiem nad Saskiem Wielkim
2.By przebyć przeszkodę, czasem trzeba odciążyć kajak...
3.Przed mostem kolejowym trasy Szczytno-Olsztyn
4.Urokliwy Młyński Staw....
5....i kaskada na spiętrzeniu poniżej.
6.Jak ja to lubię....
7.J.Sędnańskie -nareszcie można wiosło zanurzyć-w prawo
8....w lewo.
2.By przebyć przeszkodę, czasem trzeba odciążyć kajak...
3.Przed mostem kolejowym trasy Szczytno-Olsztyn
4.Urokliwy Młyński Staw....
5....i kaskada na spiętrzeniu poniżej.
6.Jak ja to lubię....
7.J.Sędnańskie -nareszcie można wiosło zanurzyć-w prawo
8....w lewo.
25-01-2008, 08:58 PM
1.Koniki przyszły z wizytą...
2....zatem pstrykamy pamiątkowe foto.
3.Po tych atrakcjach czas na ognisko...
4.Duże i płytkie Sasek Mały.
5.Łabądki na Sawicy pomiędzy Sędnańskim a Saskiem Małym,
6.Przy moście drogowym-w oddali Sasek Mały.
7.Sawicą poniżej Saska Małego.
8.Polana Puszczy Piskiej
9.Godzina 4 rano-z namiotu nad jeziorem Sędnańskim.
2....zatem pstrykamy pamiątkowe foto.
3.Po tych atrakcjach czas na ognisko...
4.Duże i płytkie Sasek Mały.
5.Łabądki na Sawicy pomiędzy Sędnańskim a Saskiem Małym,
6.Przy moście drogowym-w oddali Sasek Mały.
7.Sawicą poniżej Saska Małego.
8.Polana Puszczy Piskiej
9.Godzina 4 rano-z namiotu nad jeziorem Sędnańskim.
03-02-2008, 12:19 AM
Dzięki Ci Andrzej.
Dziwne przeżyć to jeszcze raz -teraz w zimie.
Kiedy ty to napisałeś?
Ja chcę wiosny!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dziwne przeżyć to jeszcze raz -teraz w zimie.
Kiedy ty to napisałeś?
Ja chcę wiosny!!!!!!!!!!!!!!!!!!
03-02-2008, 08:11 PM
Kolejny piękny opis wodniackich przygód.Te łabądki prześliczne.Tak sobie posiedzieć z pół dnia w ich towarzystwie.... . Ta relacja to miły przerywnik dla zmrożonych targanych wiatrem gór.
Gandzia ja też chcę wiosny.Czasem zagląda już do Suchej.
Ps powiem jednak szczerze ,że sam osobiście pewniej czułbym się na grani niż na tych zarośniętych , zawalonych drzewami ,pokrytych rzęsą wąskich przesmykach .Myślę ,że nie potrafiłbym się z czegoś takiego wydostać i musiano by organizować akcję ratowniczą
Trochę kajakowałem ale na otwartych akwenach.
Gandzia ja też chcę wiosny.Czasem zagląda już do Suchej.
Ps powiem jednak szczerze ,że sam osobiście pewniej czułbym się na grani niż na tych zarośniętych , zawalonych drzewami ,pokrytych rzęsą wąskich przesmykach .Myślę ,że nie potrafiłbym się z czegoś takiego wydostać i musiano by organizować akcję ratowniczą

Trochę kajakowałem ale na otwartych akwenach.
03-02-2008, 10:15 PM
spoko napisał(a):
powiem jednak szczerze ,że sam osobiście pewniej czułbym się na grani niż na tych zarośniętych , zawalonych drzewami ,pokrytych rzęsą wąskich przesmykach
Spoko-obawy są zupełnie nieuzasadnione-Wodny Świat jest ciekawy,różnorodny i pełen interesujących stworzeń-jak choćby ten skrzypłocz
-niestety nie występuje jeszcze w naszych wodach śródlądowych
- ale za to można trafić w czystych jeziorach na inne raki i raczki...
Pozdrawiam
17-02-2008, 03:49 PM
Czarna Hańcza (SW Frącki)- Kanał Augustowski (Śluza Mikaszówka)-22km
Mamy połowę lutego , a tegoroczną zimę w wydaniu nizinnym mamy wyjątkowo szarą i trochę bezbarwną… Dla przypomnienia jak wygląda ciepłe, pełne kolorów lato i liście na drzewach ,parę migawek z imprezy jednodniowej kajakiem po Czarnej Hańczy i Kanale Augustowskim. Trasa lekka i przyjemna-brak większych przeszkód w trakcie spływu. Czarna Hańcza jest dobrze zagospodarowaną rzeką turystycznie(stanice wodne, pola biwakowe) i stanowi popularny cel dla spływowiczów kajakowych(jest dość ludno na trasie).
1.Odcinek rzeki pomiędzy SW Frącki a mostem w Dworczysku-meandruje pośród rozległych łąk-słowem patelnia(jeśli ktoś ceni sobie pieszczoty słoneczne...)
2.Przy moście w Dworczysku po 10 kilometrach płynięcia-można wyjść z kajaka i... rozprostować kości...tu zaczyna się fragment rzeki, bardziej zacieniony wśród lasów iglastych Czarna Hańcz malowniczo płynie, gdzie niegdzie wysokie skarpy nadbrzeżne.
3-5.Fotki ze wspomnianego wyżej odcinka leśnego, pomiędzy mostem w Dworczysku a SW Jałowy Róg.Często na trasie spotykamy kajaki innych spływowiczów, czasem są to grupy zorganizowane.
Mamy połowę lutego , a tegoroczną zimę w wydaniu nizinnym mamy wyjątkowo szarą i trochę bezbarwną… Dla przypomnienia jak wygląda ciepłe, pełne kolorów lato i liście na drzewach ,parę migawek z imprezy jednodniowej kajakiem po Czarnej Hańczy i Kanale Augustowskim. Trasa lekka i przyjemna-brak większych przeszkód w trakcie spływu. Czarna Hańcza jest dobrze zagospodarowaną rzeką turystycznie(stanice wodne, pola biwakowe) i stanowi popularny cel dla spływowiczów kajakowych(jest dość ludno na trasie).
1.Odcinek rzeki pomiędzy SW Frącki a mostem w Dworczysku-meandruje pośród rozległych łąk-słowem patelnia(jeśli ktoś ceni sobie pieszczoty słoneczne...)
2.Przy moście w Dworczysku po 10 kilometrach płynięcia-można wyjść z kajaka i... rozprostować kości...tu zaczyna się fragment rzeki, bardziej zacieniony wśród lasów iglastych Czarna Hańcz malowniczo płynie, gdzie niegdzie wysokie skarpy nadbrzeżne.
3-5.Fotki ze wspomnianego wyżej odcinka leśnego, pomiędzy mostem w Dworczysku a SW Jałowy Róg.Często na trasie spotykamy kajaki innych spływowiczów, czasem są to grupy zorganizowane.