Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Górska jesień
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

Pedro napisał(a):
Jednak jeśli ktoś właśnie przez nieodpowiedni ubiór (w tym buty) czy też sprzęt będzie zmuszony do wzywania GOPR-u czy też stworzy zagrożenie dla innych to już nie jest tylko i wyłącznie jego sprawa.

To jest sprawa jego wyboru.Nikt nikogo nie zwolni od odpowiedzialności za własne życie.Decydujemy i uszanujmy to.Na tym polega czar.... nie na poduszkach wzdłuż OP.

Oczywiście że chodzenie po wysokich górach to wybór i świadomość tego że nie jest to zawsze bezpieczna wędrówka. Niemniej osoba nieodpowiednio wyekwipowana na trudnym szlaku budzi we mnie pewne kontrowersje.

Pedro napisał(a):
Niemniej osoba nieodpowiednio wyekwipowana na trudnym szlaku budzi we mnie pewne kontrowersje.

Kontrowersje innych są nieistotne.O ile moja podróż nie stanowi zagrożenia dla innych-jest w porządku.O ile statut TOPR się nie zmienił się od 1909 r w sposób drastyczny-to jest w porządku.Odpowiadam za siebię.Mogę zrezygnować lub nie....

dr.Etker napisał(a):
O ile moja podróż nie stanowi zagrożenia dla innych-jest w porządku.O ile statut TOPR się nie zmienił się od 1909 r w sposób drastyczny-to jest w porządku.Odpowiadam za siebię.Mogę zrezygnować lub nie....


Tutaj uważam Doktorze że napisałeś to samo co ja wcześniej tylko innymi słowami.
A co do kontrowersji to już taka moja osobista rzecz o której wspomniałem i która w zasadzie niczego nie zmienia poza moim poglądem.

W dziwnym kierunku poszła ta rozmowa.

dr.Etker napisał(a):
Kontrowesje innych są nieistotne.O ile moja podróż nie stanowi zagrożenia dla innych-jest w porządku.

Zgadzam się tylko co do drugiego zdania. Niestety w tych warunkach to tylko teoria - góry to nie prywatna ścianka wspinaczkowa, na której jesteś sam Doktorze.
Turysta wspinający się po śniegu w adidasach jest zagrożeniem dla innych, z prostej przyczyny ryzyko zjazdu (i zabrania ze sobą Ciebie lub mnie) jest znacznie większe niż w przypadku osoby przygotowanej do zimy.
Niestety góry są wymagające i dla bezpieczeństwa własnego i innych trzeba być do tego przygotowanym.
Tyle z mojej strony.

Pedro no niekoniecznie do końca nieodpowiedni ubiór jest tym zagrożeniem .Ja mogłem iść w adidasach po OP i całkiem mi się dobrze szło a szła rodzinka z chłopcem dobrze wyekwipowani (pisałem o tym ) zdawałoby się wszystko w porządku .a tymczasem złapał go lęk wysokości na łańcuchach i skurcze mięśni i sytuacja wyglądała bardzo tragicznie.I może ktoś by właśnie mnie zwrócił uwagę ,że idę nieodpowiednio przygotowany ,pokazał tamtą rodzinkę za dobry przykład a życie pokazało co innego.Tak ,że różnie z tym bywa.Dobrze jest jednak znać swoje umiejętności i możliwości i czuć respekt przed górami.Natomiast jestem przeciwny aby zwracać komuś uwagę na szlaku ,że jest źle wyekwipowany(tu nie mam na myśli czy Paaulo zwracał) tylko wogóle
Spoko, nie pisałem tutaj o adidasach że są prawdziwym zagrożeniem na OP w słoneczny letni dzień i przy dobrych warunkach na skale. Natomiast jeśli już dotyczyłoby to kiepskich warunków, mokra śliska skała, czy też jeszcze gorzej śnieg i zalodzenia to kim by ten człowiek nie był, jeśli nie będzie odpowiednio wyposażony to zagrożeniem na OP czy na podobnych szlakach już będzie (czasem wystarczy i dużo prostszy szlak).

Nie pisałem też, że w parze z dobrym wyposażeniem idzie doświadczenie i umiejętności takiej osoby. Nierzadko zdarza się właśnie, tak jak to opisałeś w swoim poprzednim poście.

Naturalnym jest jednak, że widząc kogoś dobrze wyekwipowanego w trudnym terenie czy warunkach, ma się do niego większy nazwijmy to "szacunek górski", niż do osoby biegającej w tym samym miejscu i czasie w klapkach. Czasem wstępna ich ocena rozmija się z rzeczywistością i doskonale o tym wiem. Niemniej czasem robię sobie takie osądy w myślach, choć nie bardzo przypominam sobie abym zwrócił kiedykolwiek komuś głośno uwagę w tym temacie.
Ja na to patrzę tak: nie ma nic złego w tym by mieć dobry, czy też bardziej niż dobry sprzęt na górskie wyprawy i jeśli nawet niekoniecznie w danej chwili musi być i jest niezbędny: vibram, gore, czy membrana, to przecież fakt posiadanie tego akurat w tym czasie nic nie przeszkadza w górołażeniu ... a jeśli ktoś tego nie ma, a uprawia turystykę w której nie jest to niezbędne, to po prostu jego sprawa.
W odniesieniu do wypowiedzi dotyczącej narażania innych osób przez kogoś kto zbyt beztrosko ocenia swoje siły i możliwości przez co swoim potencjalnym wypadkiem może spowodować uszczerbek dla innych, zgadzam się ze zdaniem, że takie przypadki powinno się eliminować - zapobiegać możliwości ich powstania / tylko jak / jeszcze nim  spowodują zagrożenie - ale to tylko teoria, która nigdy jako praktyka nie wejdzie w życie ...Smile
Powiem tak,my do wędrówek też nie mamy najlepszych butów tylko adidasy ponad kostkę o grubej karbowanej podeszfie,dlatego staramy się robić wycieczki technicznie łatwymi szlakami. Przykład na głupotę i lekceważenie gór,z zarazem nauczkę na własnej skórze, miałem w wycieczce na Kończysty W.,była z nami znajoma,która mimo moich próśb ubrała zwykłe cienkie i z gładką podeszfą adidasy, efekt?-ślizg po skale i naciągnięte mięśnie, a także ogniecione stopy. Po tym wypadku stwierdziła,że już nigdy w góry nie pójdzie w takich butach. Musiała się przekonać na własnej skórze jak to jest.
Proszę zakończcie już dyskusję na temat butów.
W całej relacji wymieniłem trzy "drastyczne" przypadki:
- Orla w lodzie i śniegu
- Szpiglas od Pięciu - śnieg i oblodzone łańcuchy
- Rysy od Moka - śnieg, śnieg i na deser jeszcze lód
a roztrząsane i przekręcane to jest, jakbym piętnował każdego turystę bez membran i polarów.

Proszę nie czytać między wierszami, jam nie Mickiewicz Waszmościowie. Toungue
Dzięki.
pozdrawiam
[attachment=5610]
Nadrobiłam zaległości i powędrowałam dzisiejszego wieczoru z tomturem, jack66, dr.Etkerem i Paaulo - miło było! Czy tam byłam czy nie byłam dawaliście plastyczny obraz swego wędrowania i tak dusza mi się rwała, by tam być znowu lub po raz pierwszy... A dyskusja bardzo ciekawa - ze wspólnym mianownikiem troski o siebie, ale i innych, każdy chciałby zminimalizować ryzyko jakie niosą góry i to też nas łączy!
Górołazy, a chodzi ktoś jeszcze po innych górach niż Tatry? Wieści o Beskidach ucichły.
nie wiem gdzie umieścić swoją relację z Tatr, pogubiłam się trochę. Zazdroszczę tym którym wystarczy 5 godzin i są w górach. Ja nie mogę na weekend pojechać bo mi sie to nie opłaca niestety....z Gdańska głównego wyruszyłam (razem z moim ukochanym) 10 września o 21 z kawałkiem. Jechałam dosyć dziwacznie co zaraz wytłumacze. W Bielsku - Białej byłam ok 11, przesiadłam sie na pks do rabki. potem z rabki do czarnego dunajca. potem z czarnego dunajca do jabłonki. Potem w jabłonce czekałam na pks do Chyżnego. Po przejściu granicy okazało sie że muszę liczyć na własne nogi...przeszłam prawie do samej trsteny piechotą kiedy wziął nas młody ( koło 25) niemiec takim śmiesznym busem. Jego bus był z kuchenką i łóżkiem w środku. Okazało się że podróżuje po świecie tym busem i wraca( a raczej jedzie dalej) z norwegii szwecji finlandii estonii łotwy litwy polski. I generalnie powiadział, że jak pracował to nie miał czasu wydawać pieniędzy, więc teraz studiuje i jeździ po świecie. Był chyba już wszędzie.no moze przesadzam trochę. podwiózł nas do podbiela. Potem czekaliśmy na autobus do zuberca. Koniec końców jak wysiadłam w zubercu to był już wieczór i ledwo doczłapałam sie do pizzeri Uno. dosyć dobrą pizze tam robią. Pogoda była tragiczna od samego początku. W środę spacerkiem na rozruszanie się poszłam asfaltem do zwierówki. a potem do niemocnicy - szpitala partyzantów którzy walczyli w rohackich górach w powstaniu. Widoków nie było, wszystko w chmurach, mokro i ślisko i zimno.
Następnego dnia ( czwartek) pojechałam autobusem do zwirówki skąd zaczyna sie większość szlaków. Pogoda się nie zmieniła więc zwiadzałąm rohackie plesa. Najpierw pięknym asfalcikiem do tatliakowaej chaty następnie przez smutną dolinę ( która tego dznia była naprawdę pogrążona w smutku) pięłam się w górę i podziwiałam zza mgły plesa. oto zdjęcie żeby nie było
oj coś mi się tu nie chce to zdjęcie zamieścić....bu.
Kolejny dzień odpoczywałam w Oravicach. nic ciekawego oprócz tego że kierowca autobusu był bardzo miły co mi sie raczej nie zdarza u mnie. W sobotę już lepsza kondycja była więc mimo okropnej pogody poszłam na przełęcz zabrat i stamtąd na rakonia. który był w sniegu i chmurach. Był taki wywiew, że rozmawiać się nie dało. jacyś czesi częstowali wódką ale ja odmówiłam bo nie pije na szlakach nic poza herbatka z termo - sika i wody. czasami sok. W niedzielę nagle okzazało sie że nie ma chmurki na niebie, zapowaidał sie piękny dzień. O 8.40 ze zwierówki ruszyłam na Brestowa. Cudownie sie szło ale na początku zgubiłam szlak haha. musiałam sie wrócić. Az do szczytu nikogo nie było. słoneczko, ciepło i przyjemnie. Z brestowej poszłam na salatyna. Góry całe niesamowicie pomarańczowe były. Nigdy nie miałąm okazji widzieć czegoś tak wsapniałego. Na salatynie nikogo nie było. Stado czarnych olbrzymich kruków latało nad nami, nawoływały się i siadały bardzo blisko....atmosfera jak z horroru a na brestowej tak sielankowo. z Salatyna trochę dziwnie sie schodziło ponieważ cały był w śniegu który sie roztapiał i trzeba było uważać. Wejście na Spaloną było trudne. ale nie było lodu, śniegu i ludzi. Te kruki chyba zjadły wszystkich sobie myślałam ale jednak nie. po wejściu na Spaloną byli ludzie. nie powiem, poczułam sie bezpieczniej. Szczerze powiem że tam był moment kryzysowy trasy, czyli zmęczenie i kiepskie humory. ale widoki z ciepłą herbatką od razu przegnały te humory i ruszyliśmy dalej na Pacholę. Tam był roztapiający się śnieg który robił sie w lód jednak udało się wejść nieraz idąc obok zasypanej śniegiem ścieżki. Pachola to niesamowita góra z której widać rohacze i Banikowa. Pokryta jest od strony przełęczy Banikowskiej trawą a nie skałami jak bywa zwykle w wysokich Tatrach więc przyjemnie sie leżało na zboczu. Słoneczko, cisza która pochłania wszystko...ach to była trasa. Następnego dnia niestety był poniedziałek i musieliśmy wyjechać z zuberca do zakopanego ponieważ w słowackim roku szkolnym ( po 15 września) większość autobusów już nie chodzi. Ale wrócę tam jeszcze bo Siwy Wierch mnie cały czas woła...
W poniedziałek ok 14 byłam w zakopcu i korzystając z pogody poszłąm na sarnie skałki zobaczyć zakopane. Nie spodziewałam sie tylu ludzi. prawie tłok. Okazało się, że to prawie nic. Następnego dnia rano pojechałam do kuźnic i stamtąd do murowańca. jak sie okazało nawet szybko to poszło. zjadłam tam pyszny jabłecznik nie wiem czy ktoś miał okazje spróbować...ja mam drugi żołądek na takie rzeczy szczególnie w górach Wink znowu korzystając z cudownej, bezchmurnej pogody weszłam na kościelca. Pełno ludzi. trzeba było prawie w kolejce czekać...ale cudem sie udało że na maluteńkim szczycie byłam ja i mój krzyś i tłuste wróbelki które cała orlą perć robią w 15 minut Wink
Najbardziej zaskoczył mnie taki dziadek. Zasuwał na tego kościelca w górę i w dół jak nie wiem...byłam w szoku. on sie chyba nad ziemią unosił...bez kijków szedł dodam. Kiedy schodziłam nagle szczyt kościelca zaszedł chmurami....już wiedziałam że należy sie streszczać ( nie miałam kapoka swojego w którym wygladam jak zjawa) ludzie wchodzili ale pewnie niec juz nie zobaczyli. Przy czarnym stawie juz widać było ze bedzie padać. Udało sie nam szybko do murowańca dojść na sucho. kiedy wyszliśmy padalo troche, gór nie było widać. Dochodząc do szlaków do dolin nie padało. A w zakopanym słoneczko...eh te góry.Dzieki temu że mam w zwyczaju rano chodzić w góry udało sie wszystko zobaczyć i nawet nie zmoknąć.
Następny dzień byl deszczowy więc poszliśmy do jaskini mroźnej....pobiłąm chyba rekord zwiedzania tej jaskini. Przewodnik powiedział że czas zwiedzania to ok. 25 min. ale nam zajęło to.....2 !!! godziny. W tej jaskini przez większość czasu stałam w długiej kolumnie pieszych również stojących lub posuwających się o milimetry.!!! Odradzam jaskinię mroźną. Nie wiem co to był za dzień jakiś ale to jak zator w tętnicy....masakra.zresztą nic ciekawego. w porównaniu do słowackich....
Kolejny dzień, czyli czwartek chyba, przywitał piękną pogodą. rano pojechałąm do morskiego oka w autobusie ściśnięta na sardynke. chciałam zrobić szpiglasową ale zrezygnowałam. byłam już zbyt zmęczona. poszłąm przez świsto - świnkę ( tak to jakoś mi się nazwało) zajadając kabano - siki. powiem że uwielbiam kabanosy jeść w górach. jakoś inaczej smakują. Dolina 5 jest wspaniała, naprawdę warto wszystko zwiedzić. kiedy schodziłam w jej stronę to nagle chmara ludzi sie pojawiła...z 3 wycieczki szkolne plus grupy ludzi ok.30 - 40. ciężko było wymijać ich wszystkich.

Ostani dzień wycieczkowy był naprawdę wyczerpujący może nie pod względem trudności trasy ale jej długości. Rano poszliśmy przez dolinę Strążyską na Giewont. O dziwo pierwszych ludzi spotkaliśmy pod szczytem. przy samym podejściu czekaliśmy w kolejce na łańcuchy ( chyba standardowo tam sie stoi) okropny syf tam jest powiem szczerze. Pełno wywalonych plastikowych butelek i śmieci. Byłam zdegustowana. Na szczycie jakieś buraki przeklinały okropnie i rechotały. nie mogłam wytrzymać. Do tego pełno śmieci. Zeszłam jak najszybciej. I żałuje że weszłam bo nic ciekawego. mam niesmak po prostu. Po giewoncie poszłam na Kopę Kondracką, która naprawiła wszystko. Piękny śnieg, piękne widoki na słowację i wesoła młoda grupa ludzi,która śmiała się i mówiła że ich rodzice myślą że oni tylko dolinami chodzą...Z Kopy poszliśmy Czerwonymi Wierchami na Kasprowy. Po drodze jakiś kozioł ryczał na całą dolinę i wszyscy się zatrzymywali żeby na niego popatrzeć ( był za daleko na zdjęcie z aparatu który zabrałam bu) na Kasprowym czekałą na mnie niespodzianka. Otóz nie wiedziałam że zielony szlak do kuźnic został zamknięty wraz z remontem kolejki...no to do murowańca trzeba było. to był moment kryzysowy...wszystko bolało. ale potem przestało i pomyślnie zeszliśmy z wspaniałymi wspomnieniami ( opócz giewontu) W sobotę wyruszyłam do domu o 14 coś z Zakopanego i o 5 rano byłam w domu...(widziałam 3 lisy po drodze z dworca do domu)

Podsumowując, było suuuuuuuper! ale nie mogę wstawić zdjęć i jestem zła. nie wiem co sie stało. Poza tym w polsce ciągle zbierałam papierki po cukierkach na szlakach i puszki po piwach oraz nawet paczkę papierosow. Zeby oczyścic giewont potrzeba chyba helikoptera...ale czuję się dotleniona co jest najważniejsze i zdrowsza i mam energie by zacząć w poniedziałek ciężki rok szkolny...no i jest co wspominać.

Pozdrawiam wszystkich , jeśli macie pytania do mnie to piszcie. I przepraszam za składnie i język ale pisarzem nie jestem. tutaj trenuje hihi.
Karo ,bardzo wciągająca ta relacja .Taka swobodna trochę dowcipna .Z przyjemnością przeczytałem .Winszuję długiego i urozmaiconego pobytu w górach.Długie dojazdy w góry mają to do siebie ,że po drodze może być więcej przygód.Oj bogata ta Górska Jesień
Pozdrawiam
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
Przekierowanie