i nadrabiam zaległości
11.06
Beskid Sądecki
zapowiadają ulewy i burze, ale dla tak spragnionych gór jak my - nic to...
plan był tatrzański, ale dno świecące w portfelu spowodowało, że wybór padł na Beskid Sądecki, a konkretnie Pasmo Jaworzyny Krynickiej. podejściem niebieskim szlakiem z Żegiestowa - jedynym w BS gdzie nas jeszcze nie było

i tak parę minut po 8 wyładowujemy się w wymarłym Żegiestowie - Zdroju, i gdyby nie ludzie podążający na bożociałową procesję byłoby tu całkiem jak za dawnych lat. czyli pusto. obok budynku sanatoryjnego (a konkretnie przez jego bramę wjazdową) i dalej, zarośniętym deptakiem, obok dawnych urządzeń sanatorium... smutno tu - wszystko aż sie prosi o dobrego gospodarza, który przywróciłby temu miejscu dawną świetność. uśmiech na naszych twarzach powoduje pijalnia wody mineralnej kryta... azbestem

samo zdrowie

ścieżka jednak skręca gwałtownie w lewo i zaczyna się podejście. ale jakże przyjemne - zielonym lasem bukowym, trawersem, klucząc po lesie. idziemy tak dość długo. kilkakrotnie obok szlaku na kilkanaście metrów przebiegają nam sarny - to świadczy o tym jak bardzo uczęszczany jest ten szlak

: kilka stromszych podejść i wychodzimy na leśną drogę, która po dłuższej chwili wyprowadza nasz z lasu. to już Góry Milickie, piękne i spokojne mimo że niewielkie, (a może wlaśnie dlatego:uhm

znajdujemy bardzo urokliwe miejsce i robimy sobie dłuższy postój - trasy mamy przecież niewiele i cały dzien przed nami

[attachment=23067][attachment=23068]
w końcu jednak ruszyć się trzeba, trochę zejścia i zaczyna sie wlaściwe podejście pod Pustą Wielką, najwyższy szczyt naszej dzisiejszej wyprawy (1061 mnpm) tu już nie ma tak łagodnie i milo i trzeba się zmęczyć , szlak jednak tak samo uczęszczany jak wcześniej... co ciekawe, pierwsze śmieci wyrzucane przez "turystów" zobaczyliśmy dopiero na Pustej, wcześniej na kilkukilometrowym odcinku nie było po nich ani śladu. niestety na podejściu towarzyszą nam chmary much, które skutecznie uprzykrzają nam wędrówkę

. dlatego też postój na PUstej ograniczamy do minimum - kanapki z muchami jakoś naszego entuzjazmu nie wzbudzają

[attachment=23069]
a takie oznaczenia szlaku - tylko w Beskidzie Sądeckim

: [attachment=23070]
i w stronę cywilizacji - czyli bacówki nad WIerchomlą. wcześniej jednak - jedno z moich ulubionych miejsc w BS - kapliczka pod Jaworzynką... jakaś taka klimatyczna jest

:.[attachment=23071] i czujemy się jak z innego świata - cale stada ludzi którzy wyjechali pobliskim wyciągiem i łażą w te i wewte (zupelnie bez sensu). budzimy zdziwienie naszymi plecorami wielkimi, jako że jesteśmy jedynymi przedstawicielami gatunku "górołazikus pospolitus" w tym gronie

po drodze jeszcze trzeba ustąpić pierwszeństwa przejazdu takiemu Szanownemu Gronu (jak wiadomo - w grupie siła

[attachment=23072]
docieramy do Bacówki i tutaj zaplanowany postój na obiad niestety burza nadchodząca z zachodu nie wzięła pod uwagę naszego planu wyjścia ze schroniska o 14. przeczekaliśmy więc ją "na wygnaniu" - ubrani w cieple ciuchy (wyciągnięte wlaśnie z tych wielkich plecaków, z których się nabijali niedzielni turyści) w wiacie na zewnątrz. a cepry - jak sardynki w puszce siedzieli przyklejejając się do okien schroniska. czas oczekiwania na koniec burzy spędzamy różnie - ja gonię z aparatem uwieczniając widoczna coraz lepiej Tatry[attachment=23074], a mieciur sobie drzemie.[attachment=23073]
w końcu wychodzimy z naszego schronienia, niestety, pierwotny plan wycieczki musimy porzucić ze względu na późną godzinę

za to satysfakcja z oglądania ludzi w sandalach, bialych adidasach i krótkich spodenkach brodzących po kostki w błocie - bezcenna

jak to Mieciur potem określił: "widziałem w ich oczach głód... głód suchego ubrania"

z powrotem więc do kapliczki, na pustej zmieniamy szlak na czarny. i najpierw przez chaszcze i krzaki po kolana, b potem wyjść na wygodną , widokową chociaż zabłoconą stokówkę. [attachment=23075]i w dobrych humorach zmierzamy sobie drogą w dół rozmawiając i śmiejąc się... do tej pory nie wiem gdzie się podział szlak

ale mając na tyle orientacji w tym rejonie wiemy, że w lewo zawsze będzie Żegiestów. schodzimy więc, okazuje się... w najdalszym końcu wsi

. a że do tego zaczęło padać - ostatnia godzina naszej wędrówki asfaltem do samochodu nie była zbyt warta zapamiętania...
zmeczeni, ale mimo to górsko spelnieni wróciliśmy do domu
zdjecia zaraz będą

edit: już
