To i ja tu wtrące swoje trzy grosze...
Rano wstaję - na niebie ołów, brak perspektyw na skały, bo będzie mokro. Zatem niespiesznie pakuję kilka potrzebnych rzeczy, zaparzam herbatę do termosu i koło 10:00 wyjeżdżam na trasę do Ustronia.
Na szosie pusto.
Zostawiam autko na parkowisku przy kolejce na Czantorię, przebieram portki (marzę o tym, by popadało trochę - chcę przetestować nowe gacie

) i wchodzę na czerwony szlak na Czantorię, biegnący mniej więcej wzdłuż toru kolejki.
Las spowity mgłą - żywa magia, tylko elfów brakowało

[
attachment=23112] [
attachment=23113] [
attachment=23114] [
attachment=23116]
Na Czantorii prawie nie widac wieży widokowej - niknie we wszędobylskiej mgle..[
attachment=23115]
Na szlaku prawie żywej duszy. Cicho siąpił deszczyk, chwilami przestawał. Kamienie chrzęszczały pod butami, myśli spokojne - przepływały przez głowę niczym strzępki mgły przez las. Cisza, świergot ptaków, siąpanie deszczu...
Z Czantorii pomaszerowałam sobie grzbietem przez Przełęcz Beskidek do schroniska na Soszowie - musiałam troche naparzać, bo po godzinie z kilkoma minutami usłyszałam dźwięki dobywające się z głosników przy kolejce(wyciągu?) na Soszowie-
Emigranci "Na falochronie". Po drodze zagaduja mnie chłopaki rozwieszający między drzewami liny (zapraszają do parku linowego


), które stanowią część mającego powstac parku linowego dla dzieci. Gadamy dłuższą chwilę - tematy górskie, a jakże, wymieniamy serdeczności i uciekam.
Na Soszowie krótki postój, goraca herbata, jabłuszko. [
attachment=23117][
attachment=23118]
Poleniuchowałam i wzięłam się za złażenie, bo dalsza droga do Stożka i zejście gdzies do Wisły Głębce były kompletnie nie po drodze....do auta

- zostawionego w Ustroniu Polanie. Zatem złążę sobie niebieskim szlakiem do Wisły Jawornik. Chmury się troche podnoszą, widać dachy domostw, a na horyzoncie majaczy senny Beskid...[
attachment=23119][
attachment=23120]
Cieszę się ciszą i tym, że na szlaku pusto. Że żaden tłum nie burzy mi czaru chwili. Że mogę pobyć sobie sama ze sobą.
Długo jednak nie dane mi się było tym nacieszyć...Minął mnie jegomość na motorze, jadący w moją stronę, pojechał trochę do przodu, po czym za jakiś czas mijam go (stoi i kurzy peta w takim tempie i z takim zapałem, jakby mu w domu nie pozwalali

- niczym dziecko palące pod mostem ze strachem w oczach, coby go rodzice nie zobaczyli ). Nie wytrzymałam widząc to i zaśmiałam się pod nosem - na swoją zgubę


. Jegomość wsiadł na motor, nie włączył silnika tylko zjeżdżał se powolutku i zaczął gadać...

. Jechał sobie na tym wyłączonym motorze i gadał do mnie, a ja nie miałam ochoty na rozmowe ani na słuchanie, toteż wkurzyłam się i życząc panu udanego urlopu skręciłam w jedną z uliczek Wisły-Jawornika. Nadłożyłam przez to troche drogi - krążąc po osiedlu domków, ale za to miałam spokój jakiego chciałam.A najgorsze jest to, że przez tą całą sytuację nie zdążyłam wyjąć aparatu i zrobić zdjęcia czarnemu bocianowi, który przelatywał nad chałupami (dotąd widziałam takie okazy jedynie na zdjęciach w albumach przyrodniczych)...
Dochodze do trasy, sprawdzam godziny przyjazdu autobusów i wychodzi na to, że musiałabym stać i kwitnąć na przystanku dobre 40 minut. Niezastanawiając się łapię stopa i w ten oto sposób w krótkim czasie jestem znów na parkingu w Ustroniu Polanie.
Na trasie do Katowic tłoczno. Kilka kilometrów za znakiem oznajmiającym, że do Katowic już wjechałam, a gdzie jeszcze teren zielono-leśny, na poboczu stały sobie dwa dziki. Niezłe miały mordki - upaprane
No i teraz siedze już w chacie. I dopijam resztki herbatki z termosu, jeszcze ciepłej.A w uszach wciąż dźwięczy siąpienie deszczu, choć nie pada...