Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Pierwsze kroki w górach
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Moi drodzy jako ,że trudno o mobilizację do pisania relacji z wypraw pozwolę sobie wprowadzić nowy wątek .Jak wyglądały wasze pierwsze kroki w górach,pierwsze spotkanie z Tatrami,złapanie bakcylu górskiego?
Zapewne niektórzy od urodzenia żyli tą pasją innych ten bakcyl zaatakował później.
A oto jak wyglądało moje zauroczenie górami.
Urodziłem się w pięknym górskim miasteczku w Makowie Podhalańskim.Gdy po raz pierwszy otwarłem oczy zobaczyłem nad sobą twarz Mamy a potem ... właśnie a potem Mama wzięła mnie na ręce i zobaczyłem przez okno góry.Zobaczyłem i pokochałem od pierwszego wejrzenia.Skłonność do wędrówek oddziedziczyłem niewątpliwie po Mamie .gdy mieliśmy po kilka lat to Mama nas brała na piesze pielgrzymki do pobliskiej Kalwarii na tak zwane "dróżki" Było to 2.5 godz pieszo w jedną stronę . Tyleż z powrotem i jeszcze 3 godz same dróżki.Zawsze podobały mi się te pielgrzymki.Często brała nas Mama również pieszo do Makowa podh.-1.5 godz w jedną stronę przez góry.Pamiętam taką zabawną historyjkę.Kiedyś postanowiła wybrać się zimą do Makowa ,biorąc ze sobą sanki.Ja chętnie zabrałem się razem.Do góry targaliśmy sanki a zgórki zjeżdżaliśmy.Na ostatniej górze przed Makowem był taki duży zjazd z zakosami .Mama prowadziła a ja siedziałem z tyłu.Sanki nabierały szybkości i na drugim zakręcie ja wyleciałem z sanek .Oczywiscie Mama tego nie zauważyła i zjechała na sam dół .Dopiero wtedy zauważyła zgubę.Poszedłem w dól i gdzieś w połowie drogi odnaleźliśmy się.A Tatry? Pierwszy wyjazd z wycieczką szkolną nad Morskie OKO gdzieś w VI klasie .Już dojeżdzając do Zakopanego odczuwałem bardzo wielkie podniecenie .Serce podchodziło do góry.Dokładnie pamiętam ten pobyt nad Morskim Okiem .Obeszliśmy jezioro dookoła. Przeźroczystość wody,pływające w niej ryby.kursująca tratewka po jeziorze a nad nim niebotyczne szczyty tak mnie zauroczyły ,że postanowiłem tu przyjeżdżać każdego roku. Na pierwszy samodzielny wyjazd w Tatry zdecydowałem się po zakończeniu Szkoły podstawowej.Wybrałem się na 2 dni.Wstałem o 1 godz po północy,i poszedłem pieszo 6 km na najbliższy przystanek kolejowy.Pociąg miałem po godz 2 .Do Zakopanego przyjechałem na godz 5 z minutami .Napiłem sie coś ciepłego w bufecie ,przekąsiłem małe co nieco i pierwszym autobusem pojechałem do Dol Kościeliskiej. Poszedłem na Kominiarski Wierch(Bardzo urocza trasa).A następnie przyszedłem na Przysłop Mietusi Aby zarezerwować nocleg w tamtejszym działającym jeszcze schronisku.Po południu poszedłem na Małołączniak i z powrotem na nocleg.Na drugi dzień miałem taki ambitny plan przejść całą granią Tatrzańską od Kopy Kondrackiej do Morskiego Oka poprzez -Orlą Perć- Dol 5 Stawów- Szpiglasową .Zmierzyłem linijka na mapie i uznałem ,że to będzie w sam raz .O naiwności ludzka.W schronisku szybko wybili mi ten pomysł z głowy i unaocznili ,że w górach nie mierzy sie na kilometry tylko na godziny.Tak więc po zimnej nieprzespanej nocy i porannej toalecie w zimnym strumyku wyruszyłem na zmodyfikowana trasę .Z Przysłopu mietusiego na Giewont,Kopę kondracką ,Kasprowy .następnie zejście do Gasienicowej i powrót do Kuźnic.Na tym zakończyłem pierwszą samodzielną wyprawę w Tatry I od tego czasu staram sie każdego roku tu przyjeżdżć .Czasem jest to tylko 1 dzień .Czasem 3 razy w roku .najczęściej wyprawy 1-dniowe ale przez ponad 30 lat uzbierało sie tego troche.
A teraz zachęcam wszystkich .Jeżeli kochacie góry napiszcie o Swoich pierwszych krokach .Miłego czytaniaSmile
Miło się czyta.Łza się w oku kręci.Może teraz ja.Urodziłem się i mieszkałem przez dłuższy czs we Wrocławiu.Mój pierwszy kontakt z górami -to albumy ze zdjęciami czarno-białymi-Jerzego Młodziejowskiego-"Morskie Oko",Krystyny Gorazdowskiej,Zofii Radwańskiej-Paryskiej-"Dolina Pięciu Stawów Polskich"Zapach świeżo zadrukowanych stron był wówczs dla mnie zapachem Tatr.Mam obie książki do dziś.Pierwszy kontakt z górami w naturze?To było tak.Często podziwiałem widoczny z Wrocławia masyw Ślęży(718m).
Będąc w piątej klasie szkoły podstawowej,na początku marca postanowiliśmy z kolegą urwać się z zajęć lekcyjnych.Nie mając grosza przy duszy-dojechaliśmy pociągiem(na gapę) i stopem do Sobótki i rzeczywiście udało nam się zwiedzić ten szczyt.Wrażenia z eskapady-ogromne i niezatarte.Kilka lat temu ,już w towarzystwie żony odbyłem podróż sentymentalną na pierwszy szczyt mojego życia.

dr.Etker napisał(a):
Będąc w piątej klasie szkoły podstawowej,na początku marca postanowiliśmy  z kolegą urwać się z zajęć lekcyjnych.Nie mając grosza przy duszy-dojechaliśmy pociągiem(na gapę) i stopem do Sobótki i rzeczywiście udało nam się zwiedzić ten szczyt.Wrażenia z eskapady-ogromne i niezatarte.Kilka lat temu ,już w towarzystwie żony odbyłem podróż sentymentalną na pierwszy szczyt mojego życia.

Slęża -wyjątkowa góra .W 1981 roku w październiku byłem na takiej praktyce przez miesiąc we Wrocławiu w Wolnych chwilach coś zwiedzałem w jeden dzień w Sobotę pojechałem do Sobótki.Pamiętam była tam na rynku taka plastyczna trójwymiarowa mapa .Następnie szlakiem na Slężę.Dodam jeszcze ,że wtedy w kraju była bardzo napięta sytuacja polityczna.podczas drogi towarzyszyła mi ogromna mgła.Ale widać było trochę skałek .Wyszedłem na szczyt i oczom nie wierzę Pojazdy opancerzone .wojsko .Słucham i uszom nie wierzę -język rosyjski.Góra została zajęta przez (ZD)radziecką jednostkę wojskową Celem był nadajnik telewizyjny.Chwilę zastanawiałem się czy odbić górę, czy uciekać .Wreszcie po krótkiej chwili i przeanalizowaniu sytuacji zeszedłem zboczem koło różnych skałek w kierunku wschodnim.Ten widok na szczycie do dziś mam w pamięci.

spoko napisał(a):
Gdy po raz pierwszy otwarłem oczy zobaczyłem nad sobą twarz Mamy a potem ... właśnie a potem Mama wzięła mnie na ręce i zobaczyłem przez okno góry.

Szczęściarz!!Big Grin


Moja historia jest krótka tak samo jak krótki jest mój związek z góramiToungue
Hmmm... pierwszy wyjazd był spalony-tzn.była to wycieczka szkolna w szkole podstawowej. Szczerze to to coM zapamiętałA z tego wyjazdu to deszcz, przewodnika który przemieszczał się w kosmicznym tempie oraz cały czas krzyczał NIE WYPRZEDZAĆ-nawet jak staliśmy heheBig Grin.Pamiętam też dziurę na tyłku w jego czerwonych spodniach i niezadowolone miny opiekunek które chciały sobie "odpocząć i pooddychać świeżym górskim powietrzem na....Krupówkach" hahahaha. No na pewno gdyby tym przewodnikiem był spoko to potrafiłby zainteresować ale tamten..a kysz a kysz z nim....Big Grin
Drugi raz...mmmm.....to było już inaczejSmile
Były sobie wakacje i pewnego dzionka mama postanowiła, że jedziemy w góry. A ja NIE NIE NIE NIE...bosheeee...jeszcze w planach spływ Przełomem Dunajca!!?? W życiuuuuuuuuuu..ja się nie zgadzam na to<do dzisiaj mama jak sobie to przypomni to pęka ze śmiechu i mówi, że gdyby wiedziała czym to teraz grozi-to by mnie nie brałaToungue:P> Co tam niby jest ciekawgo????Ale po dłuuugich namowach pojechałamSad no i......wyjechaliśmy w nocy samochodem i ze względu na długą drogę gdzieś przed Zakopcem zatrzymaliśmy się na parkingu coby to z leksza sieM zdrzemnąć i nabrać siły na dalszy dzień. Była chyba 5 rano. Ale cholerka mi się spać nie chciało.Na początku naburmuszona na świat, że musiałam jechać w góry zerkałam przez okno na baaardzo strome podjazdy do posesji tamtejszych gospodarzy, później na jeszcze wyższe drzewa aż w końcu nie wytrzymawszy wysiadłam i ....no i mój wścibski nos chcący zobaczyć co tam się kryje ponad drzewami ujrzał góry..baaa...ujrzał wschód słońca i góry....mmmmm.....i wtedy mnie wzięło.Później te górskie serpentyny to wszystko razem...to właśnie sprawiło, że to był ten moment w którym do dnia dzisiejszego dziękuję mamie za to, że zabrała mnie wtedy w góry mimo mojej niechęci. Dojechaliśmy na miejsce, wrzuciliśmy coś na ruszto i poszliśmy.A gdzie??No w rzeczy samej-kierunek Łysa Polana i sruuuu...doszliśmy do MOka ale było nam mało-więc sE nad Czarny Staw pod Rysami poszliśmy, zeszliśmy ale...no a dalej to przez Świstówkę do piątki i do domku..Noooo....to było coś. Te widoczki, Nawet pogoda-raz słońce, raz deszcz mnie/nas nie zniechęcało i nie odstraszało. Coprawda trasa była dłuuga-jak na pierwszy raz w górach, jak na pierwszy dzień w górach ale było SUPER!!!!

I tak to właśnie było ze mnąCool

Wspaniale to ujęłaś Dina .Ot jak wielki wpływ potrafią wywrzeć góry na człowieka.Co do przewodników mam takie samo zdanie (byle szybciej ,nie dotykać, nie ruszać, nie wyprzedzać -same zakazy )Powiem szczerze nie lubię ich .Nie potrafią zainteresować grupy tym pięknem Tatrzańskim .Pokazywanie tylko tu jest taki szczyt a tam siaki to niewiele.Potrzebne są konkursy nagrody itp.Może ktoś mi zarzuci ,że uogólniam ,że nie wszyscy tak podchodzą .Ale jeżeli istnieja wyjątki to potwierdzają regułę
ja też nie lubię z przewodnikiem chodzić. jak byłem w tatrach w podstawówce z nauczycielem geografii to ciągle tylko narzekałem. nauczyciel ten jest fanatykiem i za bardzo lubiany nie jest. bylsmy wtedy w 6 klasie, a on gonił nas pod górę jak szatan do grzechu. Dał nam, oczywiście niepotrzebnie, w kość. Nie powiem, nauczył nas też czegoś. To on pokazał nam jak wygląda uprzejmość w górach, jak się ubrać itp. Nie zmienia to jednak faktu, że mocno przesadził z innymi rzeczami. W Bieszczadach też są różni przewodnicy. Duża z nich cześć niestety działa bardzo schematycznie - sprzedaje te same gadki, pokazuje te same miejsca... jest tyle różnych mozliwości.
Jeśli chodzi o moje początki górskie to jak już chyba kiedyś wspomniałem była to Połonina Wetlińska w Bieszczadach. Na tę niezwykłą jak dla mnie wyprawę wyciągnął nas z całą rodzinką mój wujek a zarazem mój chrzestny. Byłem wtedy może gdzie u pierwszej komuni, nie pamiętam już dokładnie. Wiem że byłem dumny strasznie że zdobyłem taki szczyt powyżej 1000 m Smile No ale nie tylko naturalnie o wysokość chodziło. Naprawdę mi się to wówczas podobało - ta niesamowita przestrzeń. Nie dane mi było niestety w najbliższych latach kontynuować chodzenia po górach.

Byłem później co prawda raz w szkole podstawowej w Tatrach właśnie z przewodnikiem, ale tam naturalnie więcej ludzi patrzyło na to żeby być jak najdłużej na Krupówkach. Byliśmy chyba też na Rusinowej Polanie, ale wszystko szybko, "po macoszemu", dokładnie tak jak to Karolina opisała wcześniej.

Taki prawdziwy pierwszy raz w Tatrach to wycieczka w szkole średniej na Halę Gąsienicową i Czarny Staw z moimi rodzicami. Mimo że pogoda była niezbyt ciekawa, część wierzchołków tonęła w chmurach, a w dodatku burza pogoniła nas do Murowańca, to jednak sprawiło że na nowo odżył duch górski we mnie Smile Od tego czasu Murowaniec i Dolinę Jaworzynki wiążę właśnie sentymentalnie z moimi początkami tatrzańskimi.
Hmm, moje pierwsze kroki???
Właściwie tak naprawdę to było w sierpniu 2005 roku. Wcześniej, w szkole podstawowej przygoda harcerska z Beskidami, jeszcze wcześniej Morskie Oko i wjazd na Kasprowy kolejką z rodzicami, niestety nie zachowały się z tych czasów żadne zdjęcia.
Ale tak naprawdę to właśnie sierpień 2005 roku i wypad, właściwie to miał być planowany wjazd kolejką na Kasprowy. Ekipa licząca pięć osób, czyli ja, moja żona, kuzynka żony, jej mąż i osiemnastoletni syn. Wybraliśmy się dość wcześnie rano do Zakopanego, było jakoś koło 9.00. W Kuźnicach jesteśmy około 10.00 i szok, kolejka do kolejki, z informacji stojących w kolejce ludzi to około 5 h czekania aby dostać się do kasy a potem jeszcze trochę żeby wjechać. Uprzejmi tubylcy oferują nam bilety po nieco zawyżonej cenie na wjazd na godzinę 13.00. Decyzja, co robimy; wchodzimy na własnych kulasach albo wycieczka odkrywcza na Krupówki. Po burzliwej naradzie i stanowczym proteście Kuby (najmłodszego w gronie klapkowiczów) decydujemy się na wejście. Wyruszamy. Ktoś zapytał czy kupimy coś do picia. „No pewnie, tam jest budka. Pogięło ich 3 złote za butelkę mineralki -  nie damy zarobić zdziercą, obejdziemy się bez wody”. No to pniemy się powoli do góry. Pogoda nie najlepsza, zachmurzone niebo, przedwczoraj spadł śnieg, zimno ale nie pada. Kuba opracował własna taktykę wchodzenia, wyprzedza grupę o kilkadziesiąt metrów, następnie przysiada i odpoczywa. Jednak przy trzecim postoju ciężko wstać z kamienia. Wchodzimy mu na ambicje i chłopak ciężko się podnosi. Po chwili pierwsza modlitwa Beaty, Kuba mruczy pod nosem, że widoki mógł sobie w Internecie pooglądać, karcący wzrok męża i ojca w osobie Krzysztofa i szurają nóżkami dalej. Wychodzimy poza górną granicę lasu, pić, pić, jak dojdziemy do schroniska do wypijemy sobie pyszne piwko. Pojawia się śnieg, uśmiech na twarzy dzieci, zabawa kulkami na chwilę pozwala zapomnieć o zmęczeniu i pragnieniu. Mnie także udziela się zmęczenie, rola fotografa to nie najlepszy wybór, co chwilę muszę gonić za grupą. Zaczynają się zaczepki schodzących turystów, „Daleko jeszcze?? – będzie jeszcze 40 min” Ok., nie ma tak źle, dojdziemy. Po następnych 20 min pytamy następnego turystę, a ten odpowiada 1,5 h, no i następna modlitwa Beaty. I tak idziemy, dreptamy, w końcu dotarliśmy na górę, jesteśmy w trójkę, moja żona, Krzysztof i ja, Beaty i Kuby jeszcze nie widać. Świta mi z dzieciństwa, że przecież powinno być schronisko, a tu nic. Tu z lewej było schronisko, teraz tylko jedna wielka chmura, cicho coś słychać, hałas stołujących się turystów, wszystko w porządku jest tam gdzieś w chmurach. W środku tłok, przeciskamy się przez tłum  po upragnione piwko. I znowu szok, 9 złotych za Żywca. Wypijamy po małym soczku i do kolejki za biletami na zjazd w dół. Po 40 min docierają Kuba i Beata.
I taki był mój pierwszy raz. Byłem zachwycony i tak mi zostało.
Jak widzicie zacząłem jako typowy klapkowicz, może nawet spotkałem w tym czasie kogoś z was i naraziłem się na ironiczne spojrzenie.

W następnym dniu była Polana Rusinowa i Gęsia Szyja, potem wypad do Łomnicy i obowiązkowo Morskie Oko.
ja swojego takiego konkretnegopierwszego wyjścia to nie pamietam. Wiele lat temu całe lato z kolegami i rodzicami robiliśmy sobie wycieczki do lasu w pobliżu Ustrzyk. Góry wielkie to nie są, ale zawsze fascynowało nas na nowo odkrywanie widoków na Solinę z Małego Króla, czy Bieszczady Wysokie z Laworty. Mały Król (641m) był naszą ulubioną górą. Nie jest tak stromy jak Laworta, las jest mieszany i wygląda jak dżungla, a pozatym znaliśmy tam kazdą ścieżkę. Na szczycie był stary dziki sad, gdzie rosła duża jabłoń, na której przesiadywaliśmy godzinami. Często nasi rodzice zabierali nas w okolice źródeł Strwiąża. Takwięc to były moje początki z górami. Wychowałem się w lesie mówiąc prościej. Niestety potem to w nas zanikło i przestaliśmy buszować. Stosunkowo niedawno na nowo to we mnie odżyło.
Zalesione wzgórza wokół mojej wioski to było moje środowisko naturalne i nie traktowałem tego jako coś bardzo wyjątkowego. Nie miałem wówczas takiej świadomości, że dla większości Polaków takie otoczenie to tylko marzenie a dla mnie to codzienność. nie myslałem wówczas w takich kategoriach. Ile miałem lat? 7 może 8. Piękne to były czasy. I jak będę miał kiedyś dzieci to na pewno zadbam o to, żeby one też chowały się w lesie Smile
W wyzszych partiach gór to nie pamietam kiedy byłem po raz pierwszy. Było to zapewne gdzieś z rodzicami. Rzadko oni jeździli w wysokie bieszczady. Pamietam gdzieś w podstawówce jak z kolegą i jego ojcem wyszliśmy na Tarnicę, Halicz i Rozsypańcem do drogi do Wołosatego. było to wiosną. Na szczytach zalegał śnieg. Pamiętam doskonale jak to wszystko wyglądąło.  Przestrzeń zrzuciła mnie z siodła. Surowość krajobrazu dotknęła mnie mocno. Zafascynowałem się tym. i tak już zostało Smile
Ja właściwie mam nadzieję, że prawdziwe łażenie po górach dopiero przede mną!!!
Pierwszy raz w górach, to wycieczka szkolna w podstawówce w 8-mej klasie do Zakopanego. Ale tak jak napisałam to wycieczka nie wyprawa, czyli Morskie Oko, Gubałówka i Krupówki Toungue ale chyba już wtedy nad Morskim Okiem poczułam to zauroczenie górami. Później co roku wycieczki w góry w liceum i znowu powtórka z MOka i resztySmile  Kolejna wycieczka to Góry Stołowe i Błędne Skały i tu w końcu coś ciekawego, to chyba takie moje pierwsze prawdziwe kroki w górach, bo opiekun kazał nam chodzić szlakami, i to chyba właśnie wtedy sobie pomyślałam, że fajnie by było kiedyś tak naprawdę pochodzić po górach. Studia- Kraków, bo bliżej gór, ale wypady w góry to tylko rajdy (Bieszczady i Beskid Sądecki)- to trochę łażenia po górach ale to jeszcze nie to, co mi się marzy. W międzyczasie w jakieś wakacje, znowu M. Oko i Kasprowy, oczywiście kolejką:/ Ale za każdym wyjazdem coraz mocniej czuję, że góry to jest właśnie to. Nie znam wielu chętnych na górskie łażenie (a sama w góry nie pójdę), nie zawsze jest dostatecznie dużo kasy, nie zawsze czas... a miało być tak pięknie, myślałam, że jak będę w Krakowie, to stąd już w góry tak blisko, że łazić będę na pewno... Nie wyszło to tak jak mi się marzyło...Ale mam nadzieję, że kiedyś sie uda odwiedzić chociażby niewielką część miejsc o których piszecie na tym forumSmile

Pozdrawiam melancholijnie i nostaligicznie Smile Halska
No racja, tak to się czasami układa, że jest jak jest a nie jak być powinno ale....wszystko przed namiCoolA co do tego, że nie masz z kim.....no jak to?? A ja??Tounguehehe....a my na forum??Toungue
Pewnie Halska miała na myśli przeszłość .Bo co do przyszłosci to już prawie jesteście umówione.A potem to już z górki i do górkiSmile
ja to nie wiem kiedy pójdę w góry. jak pojade do domu to pewnie nie będzie czasu, jak do zakopanego czy na słowację to pewnie na narty, ach ... och ...
moja przygoda z górami miała początek w podstawówce oczywiście jakaś wycieczka .... ale złapałem juz wtedy bakcyla było coś takiego w tej zwykłej wycieczce do MOKA oczywiscie co kazalo mi czytać o górach taki był początek ale chcę obalić wasz mit albo przedstawić wyjątek który potwierdza regułę, byłem w pażdzierniku z małą 11 osobową grupką młodzieży w górach
mielismy wspaniałą panią przewodnik, bardzo młoda osóbka wspaniale opowiadała wspaniale sie dzieliła swoja wiedzą a przedewszystkim potrafiła ją przekazać jeżeli bedziecie kiedykolwiek potrzebować przewodnika polecam dam namiar
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
Przekierowanie