(Tym,którzy liczą na pikanterię,czytanie odradzam

)
Większość z Was,wytrawnych i doświadczonych górołazów,może już nawet nie pamięta swojego pierwszego zetknięcia z Tatrami. Albo czasu minęło zbyt wiele,a może intensywność i częstotliwość wypraw,lekko zatarła i przyćmiła ten pierwszy raz. A jednak fajnie czasem tak odświeżyć wspomnienia,przegrzebać archiwalne albumy i pośmiać się z tych najwcześniejszych "wyczynów",które napawały nas niegdyś dumą.
Mnie w góry zabrał mój świeżo upieczony "małżowinek" na tzw spóznioną podróż poślubną (bidak,nie wiedział w co się pakuje,nie przewidując nawet,że za chwilę pokocham coś bardziej,niż Jego samego

). Wybraliśmy połowę czerwca,upalnego czerwca. Planowany pobyt-10 dni. Ekwipunek typowo letni,z ledwie kurtałką na wypadek deszczu. 16-godzinna podróż zaowocowała widokiem takim,jaki miałam przy wyjezdzie-drzewa! I nicość ponad nimi. Ale co tam,wychodzimy na krajoznawczy spacerek. Mąż dzieciństwo spędził w Zakopanem,to orientację miał należytą. Pierwszy dzień pod reglami,obowiązkowo skocznia (bo każdy sznujący się turysta ,chce się potem w kręgu znajomych pochwalić,że był tam,gdzie Małysz skacze),no i Nosal. Rany,jaka ja byłam z siebie dumna,że tam wlazłam!

Wieczorem jakiś grill u gazdziny i pierwsze zetknięcie z góralską gwarą. Moje zrozumienie o czym oni rozprawiali,kwituje pytanie starej Góralki,następnego dnia o świcie: Ka Wy? ,na co ja grzecznie odparłam,że dziękuję,bo mam w termosie

Pierwsza dolina-Kościeliska. Wąwóz Kraków,jaskinia Mrozna,i dalej na polanę ornaczańską. Wcześniej przezornie zaopatrzyliśmy się w "sprzęt" i już po drodze dołączyliśmy do kolonii kolorowych peleryniarzy foliowych. Pompa z nieba i tak przemoczyła nas do gatek. Mimo to,zaparłam się i pociągnęłam swego chłopa dalej,na przełęcz Iwaniacką. A tam szok! Kupa śniegu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam,że to w górach całkiem normalne. Patrząc na mapę,upatrzyłam Ornak. A im wyżej,tym więcej śniegu. Moje super extra niefirmowe adidaski zawiodły,do dziś mam dzięki temu pamiątkę na nodze. Zmoczeni i zmarznięci,zawróciliśmy. Buty na piec,żeby na rano były gotowe. Ale nie były. Poranek,5:00,awaryjne (jeszcze tandetniejsze) adidaski i tym razem na Giewont. Pogoda-bez zmian,nic nie widać,ale nie pada,choć ciemne chmury złowieszczo krążą. Po najmniejszej linii oporu,chcięliśmy od Strążyskiej,przez Grzybowic. Nawet na chwilę się rozjaśniło i (w końcu!) zobaczyłam góry. Daruję wszystkie ochy i achy,ale było tego mnóstwo. Tak się zaczęła moja miłość. Niestety góry dla laików,czy jak kto woli-lajkoników,nie były pobłażliwe. Na zaśnieżonym szlaku,nasze pantofle

zupełnie odmówiły posłuszeństwa. Gdzieś za Małym Giewontem mąż wypatrzył lawinisko i nie dał się namówić,aby tak obutym tam iść. Za to z Sarniej Skały,która miała mi wynagrodzić kolejną porażkę,musiał siłą mnie ściągać,bo gotowa byłam obóz tam rozłożyć i podziwiać.
Kolejny dzień,znowu 5 rano,do Moka. Finał:
[attachment=19684]
A nad Czarnym:
[attachment=19685]
Po raz kolejny zimo,mokro i zawiązywanie znaomości z niewidocznymi górami.
Za to 5 rano dzień pózniej... Miodzio. Błękit. Wskakujemy w dresiki i na Halę Gąsienicową. Śnieg mnie nie zadziwił,mimo czerwca,nie miałam tylko pojęcia,jakie mogą być skutki dreptania w bieli przy pełnym słońcu. A na Kasprowy jakiś czas się szło...
[attachment=19686]
Zapalenie spojówek plus zdzieranie całych płatów skóry z twarzy i wszystkich odsłoniętych miejsc.
Kolejne dni to Czerwone Wierchy (wichura i spadek temp do 2 stopni),Kopieniec (ulewa),Krzyżne (burza śnieżna) z zejściem do Piątki (będąc metr od Wielkiego Stawu,nie widziałam go!),Giewont (awantura z moim,że nie puści mnie na zaśnieżone łańcuchy,w efekcie osobny powrót

) i ostatniego dnia-samotna wyprawa na Klin przez Oranak w pięknej pogodzie.
10 dni wstawania o 5 rano,chodzenia nawet po 14h\dziennie,w fatalnych warunkach,w deszczu,śniegu,gradzie,praktycznie bez widoków,z zakwasami,z wiecznie mokrymi nogami,kłótnie przez ogólne zniecierpliwienie i każdy wieczór ze stanem podgorączkowym:
[attachment=19687]
A góry usidliły mnie na amen.
Dziś jest gore,softshell,aquatex,windproof,nieprzemakalne buty itp itd. I wyczekuję pierwszych jesiennych mżystych dni i porannych przymrozków,żeby w najbardziej tradycyjnych i znanych mi warunkach,pohasać sobie samotnie po Orlej...
[attachment=19688]
[attachment=19689]
[attachment=19690]