14.03.08
Pobudka o 7.00. Szybki prysznic, pakowanie plecaka i zejście na wspólne śniadanie do jadalni. Gorące kubki znowu zajmują pierwsze miejsce na podium w konkursie najczęściej spożywanego jedzenia, a tuż za nimi paszteciki z chlebem tostowym. Podczas śniadania wszyscy byli jeszcze mało rozmowni, lecz z czasem każdy dochodził do siebie. Około 8.00 umówiliśmy się w holu w pełnym rynsztunku. Tego dnia naszym pierwszym celem było dojście do Przełęczy Karkonoskiej (1198 m. n.p.m.), tam zamierzaliśmy zostawić graty i dalej ruszyć na Mały Szyszak (1436 m. n.p.m.).
Pogoda znowu nam nie dopisała. Od razu po wyjściu ze schroniska zostaliśmy zmrożeni przez lodowaty wiatr. Twarz bolała z zimna. Nasza twarda kompania parła jednak do przodu. Najpierw zejście na Twarożnik, a następnie Głównym Szlakiem Sudeckim maszerowaliśmy na Łabski Szczyt. Nie weszliśmy na sam szczyt lecz minęliśmy go z prawej strony gdyż został zdobyty dnia poprzedniego. Wiatr nie dawał za wygraną. Przy Śnieżnych Kotłach dmuchało z pełną mocą. Tu jednak zrobiliśmy sobie krótka przerwę na łyk czegoś ciepłego i gryz stwardniałej z zimna czekolady, która w tej temperaturze nie miała żadnego smaku

Schroniliśmy się pod wystającym daszkiem Radio - Telewizyjnej Stacji Przekaźnikowej. Na zegarku dochodziła 10.00. Ktoś dał sygnał do dalszego marszu gdyż szybko zmarzliśmy stając tak w bezruchu. Dalej szliśmy granią tuż przy krawędzi Śnieżnych Kotłów, gdzie barierki ochronne przysypane były w całości, a widoczne były jedynie co jakiś czas wierzchołki słupków. Dobrze, że chociaż te były zauważalne. Idąc tak granią, wyobrażam sobie przepaść, która była zaledwie kilka metrów ode mnie. Żal mi było trochę, że nie mogłem ujrzeć kotłów na własne oczy. Kojarzyłem je tylko ze zdjęć z przewodnika, który przeglądałem przed wyjazdem. Na zdjęciu robią wrażenie, wiec w rzeczywistości pewnie zapierają dech w piersiach. Niestety nie było mi dane tym razem się o tym przekonać.
Kiedy Kotły zostały za nami, zbliżało się podejście na Wielki Szyszak (1509 m. n.p.m.). Stok powoli stawał się bardziej stromy. Zwiększyła się częstotliwość oddechu i zrobiło się coraz cieplej, zwłaszcza w tych wszystkich ubraniach. Wiatr nie słabł. Raczył nas całą swoją siłą. Widoczność także pozostawiała wiele do życzenia. Około 10.30 stanęliśmy na szczycie. Szybkie dwie fotki na forum i zabraliśmy się do schodzenia z obawy przed przewianiem. Ruszyliśmy w stronę Przełęczy Pod Śmielcem (1390 m. n.p.m.), a następnie na Czarną Przełęcz (1348 m. n.p.m.). Szło się dobrze, bo z górki, a o tyle gorzej że poza trasą. Jednakże Wielki Szyszak musiał być przecież zdobyty!
Na przełęczy zrobiliśmy krótki przystanek, by poczekać na oddalony nieco koniec grupy. Następnym celem były Czeskie Kamienie (1417m n.p.m.), a tuż za nimi Śląskie Kamienie (1413m. n.p.m.). Tu zrobiliśmy trochę dłuższy postój na herbatę i coś do jedzenia. W międzyczasie wysłaliśmy meldunek w postaci mmsa do Pedra z naszą pozycją, by na bieżąco informować pozostałych forumowiczów, którzy niestety musieli pozostali w domu, jednakże duchem wędrowali z nami.
Siedzieliśmy schowani przed wiatrem między skałami. Nie zdjąłem nawet plecaka, bo zrobiłoby mi się od razu zimno, a po zdjęciu już nie chciałoby mi się założyć go ponownie.
O 11.30 ruszamy w dalszą drogę. Teraz docelowo szliśmy na Przełęcz Karkonoską (1198 m. n.p.m.), do schroniska Odrodzenie. Panowały nadal surowe warunki pogodowe. Trochę już zmęczeni aurą zbliżaliśmy się do miejsca przeznaczenia. W przedsionku schroniska stanęliśmy około 12.20. Wszyscy byli zmarznięci i niewyraźni, ale co najważniejsze uśmiechnięci.
Na miejscu procedura jak dzień wcześniej, dzielimy się na pokoje, kilka minut na ogarnięcie się i obiad do jadalni. Dowiedziałem się, że wieczorem jest szykowała się mała imprezka. Smażone kiełbaski, frytki i olbrzymie ilości czeskiego piwa

Perspektywa tak smacznego jedzonka, zwłaszcza po trudnej, lodowatej przeprawie, wprawiła wszystkich w doskonały nastrój

Po napełnieniu brzuchów i odzyskaniu sił ruszamy na podbój położonego nieopodal Małego Szyszaka (1436m. n.p.m.). Schronisko opuściliśmy krótko po 15.00. Do ataku szczytowego niestety nie przystąpili wszyscy. Stok był nachylony pod dużym kątem. Ciężko się podchodziło w sypkim i kopnym śniegu. Dzielnie stawialiśmy czoła przeciwnościom natury. Pogoda na upartego trwała niezmienna. Narzekałem pod nosem na te przeklęte anomalia. No ale cóż zrobić. Trzeba było iść dalej.
Przed 16.00 stanęliśmy na 1436 metrze wysokości. Tam szybka sesja zdjęciowa "zdobywców we mgle", a następnie schodziliśmy przeciwległym zboczem w dół. Robiło się coraz bardziej stromo. Przestało nam się to podobać, gdyż zaczęło się robić niebezpiecznie. Utrzymywaliśmy odstępy lecz w końcu zatrzymaliśmy się. Sylwek jako stojący najniżej zszedł powoli, by obadać dalej trasę. Machnął nam ręką, by trawersować stok. W końcu wypłaszczyło się i doszliśmy do zagubionego czerwonego szlaku. Z ulgą odetchnęliśmy i poczekaliśmy na resztę grupy.
Pozostało nam już tylko czerwonym szlakiem cofnąć się do punktu wyjścia czyli schroniska, gdzie czekała nas imprezka. Po drodze jeden odsłonięty trawers i miedzy drzewami było już widać schronisko. Zadziwiło nas, że zaczęło się przejaśniać i muszę powiedzieć, że następowało to całkiem szybko. Już przy schronisku można było podziwiać wspaniałe widoki dookoła. Chmury oczywiście nie zniknęły całkiem tylko rozsunęły się nieco na boki. Mimo tego i tak cieszyliśmy się chociaż tym skrawkiem ukazującego się naszym oczom krajobrazu. Przed wejściem do schronu zafundowaliśmy sobie jeszcze krótką zabawę w cudnym śniegu, a około 17.00 staliśmy już w ciepłym holu. Rozeszliśmy się do pokojów, rozpakować się wyprysznicować i po około godzince każdy siedział już przy jadalnianym stole.
Podano nam talerze z kiełbaskami oraz frytki, a także dwie palety piwa

No mnóstwo! ..Przez chwilę zacząłem wątpić w atak na Królową Karkonoszy następnego dnia hehe
Impreza się rozkręcała. Paulo raczył nas zielonym "ognistym" trunkiem, który aż zatykał! Każdy, kto mnie zna, zna też moją słabość do.. frytek. Przyznaję.. tego wieczora przesadziłem.. Ale jak szaleć do szaleć!
A propos szaleństwa, to Maciek pokazał klasę jeśli chodzi o tańce! Wszystkie dziewczyny na parkiecie były jego, a ich mężowie patrzyli zazdrośnie

(hehe) Imprezkę zakończyliśmy około północy (chyba

). Na koniec wszyscy zapadliśmy w błogi wymarzony sen..
