Hej
W ramach wstępu relację napisałem już jakiś czas temu w pokoiku hotelowym teraz tylko musiałem wybrać i zmniejszyć fotki... tzn jest to pierwsza część relacji, w dużym skrócie by Was nie zanudzić, a o której pewnie większość już zapomniała, że miałem napisać.
Wstęp
Budzik... z nawyku wstaję od razu, na dworze rześko, pewnie blisko zera, dziewczyny też się krzątają, wygrzebuję spod kamieni maszynkę i wstawiam menażkę wody. Piękny wschód słońca, chmury paręset metrów niżej otulają szczelnie doliny. I tak ze zwinięciem namiotu trzeba będzie poczekać na pierwsze promienie słońca, mokrego? ale był mocny sen, nie wiem czy w nocy padało, chmury wieczorem przewalały się przez nas, ale czy padało??
Ile to już dni jesteśmy w Dolomitach? Nie chce mi się liczyć, czas szybko leci. Spotkanie po drodze w Austrii i dalej już razem w czwórkę lądujemy na campingu w Canale d'Agordo, małej urokliwej rodzinnej wiosce poprzednika naszego Papieża - Jana Pawła I. Nie było zbyt wiele czasu a po długiej nocnej jeździe przywitały nas lekko dżdżyste góry, więc na pierwszy dzień był spacer ścieżką przez las nad wodospad Cascata Comelle, do jego górnego odcinka Alta. Zastanawiałem się, czy dziewczynom spodoba się, tzn. czy Dolomity się spodobają ale to przecież oczywiste... Wracamy przez wioskę Gares (1333m) leżącą na końcu walnej doliny, wgryzającej się od północy w masyw Pali, najlepsze miejsce wypadowe w te rejony i w ogóle w Pali, gdy nie chcemy korzystać z dobrodziejstw kolejki.
GŚ w drodze
wodospad Cascata Comelle
Gares
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Następnego dnia planujemy zaatakować najwyższy kopiec w okolicy - Punta Penia w masywie Marmolady (3343 mnpm) Lokujemy się na północy od niego na Paso Fedaia przy wielkim zalewie o tej samej nazwie. Pogoda nie rozpieszcza, pada więcej, czasami mniej, ale wszystko nad nami zalega w chmurach. Niestety czas leci nam nieubłagalnie w lokalu/schronisku na przełęczy, postanawiamy szybko zmienić plany i ruszyć na północ, normalny trekking na niższą grań Padon, która okazała się być pięknym miejscem widokowym na północne lodowe zbocza Marmolady i południowy mur bastionu Selli.
Największy deszcz przeczekujemy na przełęczy, w górnej stacji kolejki z Arabby (2478m), potem schodzimy trochę inną drogą nad Lago di Fedaia, późnym popołudniem wypogadza się i tak już ma zostać do końca naszego pobytu.
Wieczorem na campingu, pokrzepieni na duchu i ciele, stawiamy cel na następny dzień- Mont Agner, szczyt broniący wschodniej flanki Pali.
Uwaga, fotki głównie ze zwierzami ale nie tylko
kolejka na Marmoladę - od samego dołu w chmurze
masyw Marmolady odsłaniał się chwilami
to sem ja z żoną
A tu jak na hali - owiecki - słychać ich dzwonki kilometrami
łowce atakują
rzut okiem na Paso Fedaia i zalew
widok na grupę Sella
świstaki i nie tylko
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Poranek zapowiada nam piękną pogodę. W miejscowości Frassene ładujemy się kolejką, jako pierwsi turyści w okolice schroniska Scarpa, jedno co zauważam od wczoraj ? ludzi jest tyle co kot napłakał, a to przecież środek sezonu, w Tatrach w zimę jest więcej wiary, a tu istna oaza spokoju, odwrotnie niż północne rewiry okupowane przez niemieckojęzycznych Europejczyków...
Marta wybiera Stellę Alpinę - jedną z najtrudniejszych ferrat Dolomitów. (Tkaczyk - wyjątkowo trudno VI, od ochr. 1170m przewyższenia) Z Magdą i Bogusią postanawiam iść drogą normalną (dość trudno III), obie debiutują na ferratach więc się obawiam - wiadomo, głównie obawiam się o Bogusię Zaczęliśmy trasę dobrze, tylko że bez mapy, wg przewodnika miały być znaki żółte, ale nie ma, więc postanawiamy zawrócić (niepotrzebnie). Na skróty przez rumowisko skalne pod ściany i jest... znajdujemy żółte znaki ładujemy się nimi do góry, ubieramy się i na ferratę, jest dość trudno, ale myślę sobie, że to tylko początek, gdy dochodzimy do pionowego kominka w ogromnym filarze, wiele wiele metrów w lufie nad nami, mówię głośne "ja pierd?, źle", trzeba się wycofać. Wracając odnajdujemy napis farbą na skale - to była Stella A. Z powrotem na poprzednią drogę, mijamy Grand Canale, wielką rozpadlinę z całorocznym stromym śniegiem i już na właściwej drodze, po jakiejś pół godzinie trawersu, dalej w lewo po stromych upłazach faktycznie dołączyły dopiero żółte znaki o których czytaliśmy w Tkaczyku.
BTW -znakomita większość dróg w Dolomitach znakowana jest na czerwono, różnią się tylko nadawanym numerem drogi)
...Jest bardzo ślisko, z uwagą dajemy w górę. Niestety kontrolując czas stwierdzamy, że nie zdobędziemy szczytu tak, by nie wracać po ciemku, a na biwak nie byliśmy przygotowani. Po małym popasie wracamy tą samą drogą pod schronisko. Wnioski same się nasuwają, w Dolomitach tylko przewodnik nie wystarczy, opis był dopiero w 100% czytelny na drodze powrotnej, Stella A. też na dole zaczyna się ciut inaczej niż w przewodniku (można znaleźć jeszcze stare ślady ferraty)- mapa obowiązkowa.
Przed schroniskiem rozkładamy się wygodnie, ja korzystam z dobrodziejstwa bufetu smakując miejscowy browar, podziwiamy piękne ściany Pali. Wraca zadowolona Marta, na szczyt nie zdążyła, ale przeszła największe trudności ferraty do przełęczy Pizon i biwaku Biasin. Pakujemy się do kolejki i na dół, myślę że i tak było fajnie, mimo że te błądzenie skutkowało dodatkowymi kilometrami w nogach. Wieczorem układamy plan, pogoda się trzyma dziarsko, jutro wracamy pod Marmoladę.
spojrzenie nad głowę - początek ferraty
dziewczyny po przejściu początkowego odcinka ferraty
widok z ferraty
w szczelinie brzeżnej Grand Canale
odpoczynek, już na właściwej drodze
gdzieś głęboko na dole miasteczko
przed schroniskiem Scarpa
po lewej stronie poprowadzono śmiało w pionach Stella Alpina, środkowa wielka rozpadlina Grand Canale, po prawej stronie wiedzie droga normalna, nad którą widnieje Szczyt M. Agner
Środkowe najgłębsze wcięcie to przełęcz Pizon, po prawej od niej nieco wyżej mała kropeczka, z bliska czerwona to blaszany biwak Biasin
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Wiesz Pawle, w tym dniu chciałem też ze swoimi znajomymi pochodzić po Padon. Plany wyjścia mieliśmy od strony Arabba i Passo Pordoi.
- Arabba i w tyle kawałek grzbietu Padon
- my, zamiast owcy, tak czekaliśmy na poprawę pogody
- i już w Canazei, to był snobski dzień
Czekam na dalsze
Monte Agner - gratulacyjki dla wszystkich a zwłaszcza dla Marty . Stella Alpina to jest z Moiazzą super top w Dolomitach. Jeszcze jej nie mam, ale Marta mnie pocieszyła, że nie była zarazem na szczycie . Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie mi dane wejść na Agner, szykuję się na nią już conajmniej 4 lata. Twarda z tej Agner kobiecina, nie wszystkim pozwala
Widzę, że zarejestrowaliście dwie odmienności od naszych gór:
+ małe nasilenie niby turystami (to jest dobra reklama dla tych co w czasie sezonu ubolewają nad Taterkami)
- oznakowanie szlaków - tutaj trzeba innego fortelu niż w naszych przekolorowanych kopczykach. Podstawa to dobra mapa (skala 1:25000) i dobre wyczucie orientacyjne w terenie. W Alpejkach też trzeba więcej liczyć, i z tego powodu się więcej rozglądać, na kamiennych chłopków niż na znaki.
Jestem w oczekiwaniu na dalsze przygody, no i zdjątka. Człowiekowi jest miękko na sercu, kiedy to widzi.
Ferrata zachodnią granią na Punta Penia (Tkaczyk - trudno IV) "Wspaniała, klasyczna droga na najwyższy szczyt Dolomitów. Cieszy się zasłużenie dużą popularnością. Wymagania techniczne są niewielkie i doświadczony turysta wysokogórski poradzi sobie bez problemów, o ile prawidłowo oceni warunki pogodowe. Ma na to wpływ poprowadzenie ferraty po grani, znaczne wyniesienie Marmolady ponad otaczających ją sąsiadów i duże ilości "żelastwa" użyte do ubezpieczenia. Nawet podczas dobrej pogody szczyt bywa ukryty we mgle, ... Mocno może się też dać we znaki wiatr. Widoki ze szczytu są znakomite, choć znaczna wysokość Marmolady powoduje, że panorama jest nieco spłaszczona"
Ruszamy z dołu najtańszą kolejką w Dolomitach (bilety w dwie strony) śmiesznymi odkrytymi "koszami" na dwie osoby max. Wysiadka przy schr. Pian Fiacconi, tuż pod lodowcem. Krajobraz nieziemski, potężne gładkie z daleka ściany łączą się z jedynym lodowcem Dolomitów, opadającym z wierzchołka Punta Penia, idziemy najpierw w dół po okropnym rumoszu skalnym, trawersując zbocze w najniższym punkcie idzie się miejscami monolityczną gładką skałą, jeszcze chwila i w lewo do góry na mały lodowczyk.. Słaby pomysł obchodzenia go (kamienie lecą spod nóg i człowiek traci siły ) wiec walimy środkiem, śnieg dobry, można bez sprzętu dawać do góry. Zbocze wypiętrza się, dochodzimy do stromego gardła, gdzie niestety pod śniegiem zaczyna się ferrata, najpierw krótko na przełęcz Forcella Marmolada i dalej zachodnią granią na szczyt. Ubieramy się na śniegu, w małym ludzkim tłoku i do góry dziewczyny narzucają tempo (Magda i Marta), więc po pewnym czasie mówię, że spotkamy się na szczycie, z Bogusią spokojnie dajemy swoim tempem. Miejscami skała bardzo gładka, ale dużo żelastwa w stromych miejscach, traska nie jest trudna technicznie, przy większych "pionach" idzie się po żelaznych drabinach coś jak na Koziej, z tą różnicą, że tu lufa jak się patrzy a drabin końca nie widać hehhhh. Z uwagą trzeba przechodzić kilka miejsc w gładkiej skale gdzie uszkodzone stopnie dogięte do skały w dół, trzymały na słowo honoru. W kilku miejscach widać pkt. do zjazdów, pewnie przy złych warunkach jak oblodzenie, to najbezpieczniejszy sposób wycofu. Ferrata kończy się, zbocze kładzie się coraz łagodniej podszczytowym lodowcem, ok. 150m przewyższenia i jesteśmy, mijamy okropną budę bufetu, i pod krzyż. Luda jest tu trochę, część wchodziła przez lodowiec , różne typy, od ludzi w atkach, po sprzętowców z linami, pełen przekrój.
Focimy przy krzyżu, małe co nieco na ząb i ruszamy w dół. Lodowiec szczytowy, potem ferratą w dół, wiadomo spokojnie, na końcu ferraty lodowczyk , zrobiło się stromo i ślisko, trzeba rąbać stopnie z uwagą by droga na dół nie stała się nagle za szybka (czekan ma tylko Marta), udaje nam się, kawałek dalej teren już nie jest taki stromy, bawię się w osuwanie ze śniegiem na nogach, przyjemny chłodzik. Dalej ta sama droga, tyle że w górę, parno, piarg w rozmiarze XXL, ledwo dychamy, na szczęście woda ze śniegu plus plusz pomagają.
Docieramy do schroniska i kolejki, a tu d**a. Już nie jeździ. Spacerowiczów już nie ma więc interes słaby, pani oferuje nam łaskawie nocleg w schronisku, gada chyba co, że jutro można zjechać hehehhhhh, dziękujemy i idziemy/zsuwamy się jednak dalej po piargu szlakiem który miejscami (znaki) znika, trudno bilety przepłacone? na dole pakujemy się do auta i na camping. To był piękny dzień.
I fotki
lodowiec podszczytowy
Na szczycie
I droga na dół:
spojrzenie na fragment trasy
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Następny dzień restowy, jedziemy do Wenecji, większości ten pomysł się podoba. Jeszcze po drodze kończą się hamulce w aucie (te górskie drogi przypominają mi czasami Rajd Monte Carlo ), muszę znaleźć warsztat Forda, udaje się, w jakiejś małej miejscowości (pisząc to nie mam tu mapy i niczego w tym "pięknym" hotelu więc... ) ale dziewczyny pamiętają, ruszamy więc na szybkie zwiedzanie, miejscowość urocza, taka... "włoska", nie ma jej w przewodnikach, a jest ładne stare miasto... zresztą , gdzie tu nie ma. Wracamy po dwóch godzinach, auto naprawione, tzn wymienione klocki i tarcze z przodu. Operacja ta robi spustoszenie w portfelu, na szczęście szybko dostaję zasilenie konta z Polszy i jest git.
Parkujemy przed wyspą, dalej komunikacją miejską (na gapę ) 5km mostem i jesteśmy. Wenecja piękna, robi duże wrażenie, naprawdę jest co zwiedzać, jedyny mankament to te tłumy luda. Relacja tylko foto.
miejscowy rynek warzywny na wodzie
Wracając, stęsknione za nami góry witają nas potężną burzą, pada tak że tylko w tunelach można jechać normalnie, na serpentynach górskich nie widać w którą stronę skręcać w tempie 5/h docieramy na ostatni już nocleg w C. d'Agordo
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Następny dzień jest dniem "rozstania". Marta opuszcza Dolomity, udaje się na północny zachód do znajomych, zdobywać 4tyś-cznika, my ruszamy na północ . Grupa Sella czeka.
W Arabbie kupujemy przedni % napój. Samochód zostawiamy na Passo Campalogno i obciążeni dodatkowym bagażem (biwakujemy w górach, w namiocie) ruszamy powoli do góry. Idziemy przez Bec de Roces - skalne miasto obrazujące Dolomity w pigułce. Dalej pierwszy, dolny mur skalny przechodzimy rozpadliną skalną, piękną widokową trasą, 670m podejścia, i jesteśmy na dolnym tarasie okalającym masyw, przy schronisku Kostner (mapa - 2500m, przewodnik mówi - 2541m) BTW od jakiegoś czasu korzystam z map wydawnictwa Tabacco Wieczorkiem znajdujemy miłe miejsce i rozkładamy namiot, jest świetnie, atmosfera bycia samemu wśród otaczających nas gór , blisko pod ok. 500 metrową ścianą, która pięknie trzyma pion broniąc górnego z pozoru trudno dostępnego plato. Potęga i piękno. Zwiedzamy okoliczne skały, podziwiamy widoki. Nieco procentów, kolacja i spać.
A rano...
Budzik...
Bec de Roces
Ściany tarasów Selli
przed schroniskiem Kostner
obiadokolacja
namiot
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
... udaje się, w jakiejś małej miejscowości (pisząc to nie mam tu mapy i niczego w tym "pięknym" hotelu więc... ) ale dziewczyny pamiętają, ruszamy więc na szybkie zwiedzanie, miejscowość urocza, taka... "włoska", nie ma jej w przewodnikach, a jest ładne stare miasto... zresztą , gdzie tu nie ma.
Miasteczko nazywa sie Feltre i faktycznie jest bardzo urokliwe.
Niewiele informacji znalazłam na jego temat w necie, a szkoda
Przy trasie, gdzie było dopieszczane autko - zwykła mała mieścina z supermarketem. Dopiero gdy podreptaliśmy w głąb, ukazały się "małe perełki architektoniczne" - brama do grodu, wąziutkie uliczki, gwach uniwersystetu , budynek opery/teatru.
A wszystko w sennej, przedpołudniowej aurze .
Tylko usiąść gdzieś w maleńkiej knajpeczne i rozkoszować się cappucino z bitą śmietaną ( rewelacja! )...
"... Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie;
żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś..."
Widzę, że zarejestrowaliście dwie odmienności od naszych gór:
+ małe nasilenie niby turystami (to jest dobra reklama dla tych co w czasie sezonu ubolewają nad Taterkami)
- oznakowanie szlaków - tutaj trzeba innego fortelu niż w naszych przekolorowanych kopczykach. Podstawa to dobra mapa (skala 1:25000) i dobre wyczucie orientacyjne w terenie. W Alpejkach też trzeba więcej liczyć, i z tego powodu się więcej rozglądać, na kamiennych chłopków niż na znaki.
Oooo tak
Co do nasilenia ruchu - szok! Nawet na Marmoladzie nie było problemów ze sprawnym przemieszczaniem się. Jeżeli tak wygląda sezon to chyba poza - za jedyne towarzystwo mogą służyć wszechobecne wełniaczki.
Oznaczenie - fakt człowiek przyzwyczaja się do dobrego
Na mnie wielkie wrażenie wywarły te przestrzenie. Gdziekolwiek się nie spojrzy - góry. Będąc gdzieś na dole wszystko wydaje się bardzo odległe, a jednocześnie na wyciągnięcie ręki.
Ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło Liznęliśmy Alpinę, podreptaliśmy pod- i po śniegu w fantasycznym otoczeniu.
Stasiu napisał(a):
Na zdjęciach widać, że dziewczynom służyło dolomitowe górski powietrze
I to jeszcze jak!
Przepiękne miejsca, super towarzystwo - czego chcieć więcej?
Stasiu napisał(a):
Jak ja już nie mogę się doczekać nowego sezonu
Oby i mi sprzyjał los, by znowu tam się znaleźć.
Jak dobrze znów się tam znaleźć - chociażby myślami.
"... Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie;
żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś..."
Zdjęcia przepiękne, trzeba się kiedyś wybrać w Dolomity.
Alp jest tyle że życia nie starczy
Na hamulce trzeba tam bardzo uważać. Czasem są zjazdy po 30km. Hamować biegami ile się da.
Ja zagotowałem zjeżdżając z Chamonix do Szwajcarii.
Jedziemy, jedziemy - kobity mówią "co w tej Szwajcarii tak śmierdzi starą szmatą?"
A tu nagle dym z przednich kół
(...)Oby i mi sprzyjał los, by znowu tam się znaleźć.
Jak dobrze znów się tam znaleźć - chociażby myślami.
No to wpadłaś Hella. Na to nie ma lekartwa
Arrow napisał(a):
Na hamulce trzeba tam bardzo uważać. Czasem są zjazdy po 30km. Hamować biegami ile się da.
Ja zagotowałem zjeżdżając z Chamonix do Szwajcarii.
Jedziemy, jedziemy - kobity mówią "co w tej Szwajcarii tak śmierdzi starą szmatą?"
A tu nagle dym z przednich kół
arrow
Wiesz Arrow, to musi przeżyć każdy kierowca z naszych stron - ten smród spalonych klocków od hamulców podczas zjazdu górskich przełęczy w Alpejkach Następnym razem mnie nie wyprowokuje ani tubylec siedzący niemal na bagażniku i niecierpliwie czekający na możliwość wyprzedzenia. Szkoda tylko, że na 2 silnik idzie w obroty a 3 nie wyhamuje
Oby tylko były to przeżycia bezpieczne, ja wtedy zobaczyłem zatoczkę i zatrzymałem się tam z trudem, właściwie za pomocą ręcznego, jakbym pojechał dalej...
Przyznam że się trochę gapiłem na góry (tam się nie da nie gapić).
Ale się nauczyłem, jak śmierdzi to stajemy