|
Wspomnienia z gruzińskich wakacji
|
| Autor |
Wiadomość |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Dzień po zejściu z gór udajemy się do Tbilisi. Postanawiamy, że zrobimy sobie chwilę przerwy w górołażeniu na rzecz poznania choć trochę tego ciekawego kraju. Zwiedzamy okolice stolicy Gruzji oraz objeżdżamy krainę gruzińskiego wina - czyli Kachetię. Ponieważ nie wiąże się to w istotniejszym stopniu z górami pominę ten etap w opisywaniu.
Trzeciego dnia od opuszczenia Kaukazu nachodzą nas jednak myśli co tu dalej zrobić. Byliśmy już wówczas w miasteczku Signagi na południowym wschodzie Gruzji.
Swoją drogą bardzo polecam to miasteczko. Położone na malowniczych wzgórzach - a przy dobrej widoczności widać stąd rozciągające się na horyzoncie pasmo Wielkiego Kaukazu. Jak na warunki gruzińskie jest to miasteczko zadbane, ze swoim stylem i z przynajmniej kilkoma lokalami w których można fajnie wieczorami posiedzieć.
Już od paru dni oczy moje oglądając mapę Gruzji wędrowały ku tajemniczym krańcom południowo-wschodnim przy granicy z Azerbejdżanem. Na mapie zaznaczony był park narodowy do którego prowadziła wyłącznie jedna droga z kategorii "drogi inne" o długości kilkudziesięciu kilometrów. Dookoła żadnych miejscowości, a na ulotkach które udało nam się zdobyć dla tego regionu pojawiały się zdjęcia niesamowitych formacji "gór piaskowcowych", wulkanów błotnych, czy innych krajobrazów jak z Marsa. Dodatkowo była informacja, że turystów tam mało, że to rejon wymagający. Nie da się tam dojechać transportem publicznym bo droga wymaga napędu 4x4. Na terenie około 250 km2 znajduje się 5 punktów z tzw. bungalowami w których przebywają strażnicy parku i można się przespać w bungalowach lub rozbijając tam namiot. Trzeba mieć ze sobą dużo wody, bo kupić na terenie parku praktycznie nie da się nic. Taki trochę survival.
W dalszym jednak ciągu informacji wiele nie było. Jak na wymagający rejon kilkustronicowa kolorowa ulotka z pobieżną mapą to nie za wiele. Wystarczająco jednak jak dla nas aby się zdecydować tam wybrać 
Poprzez gospodarza naszego hoteliku namierzyliśmy kierowcę Subaru - niejakiego Elisbara (imię napisane ze słyszenia ). Ustaliliśmy cenę na poziomie 150 lari (około 270 zł) za dowóz do parku - około 110 km w jedną stronę, w tym około 50 km drogą gruntową.
Nasze bagaże gotowe na spotkanie z Vashlovani:
Pierwszym celem jest miasteczko Dedoplitskari - ostatnie miasteczko gruzińskiego przed dalszymi pustkowiami. Nasz taksówkarz zawozi nas do biura parku Vashlovani gdzie musimy się zarejstrować i uzyskać pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej. Pani oprowadza nas jeszcze po różnych gablotach ze zdjęciami jadowitych węży i innych gadów, a ponadto antylop, niedźwiedzi, rysi i lamparta i daje do podpisania zeszyt, że jesteśmy świadomi na co się piszemy 
W sumie to nie całkiem byliśmy. Ale podpisaliśmy. Pan w informacji turystycznej w Signagi mówił, że Vashlovani to bezpieczne miejsce 
Po wpisach w zeszycie parku wyglądało, że tylko my tego dnia w to uwierzyliśmy 
Jeszcze stacja gazowa:
Odwiedzamy też ostatni sklep, kupujemy dodatkowe litry wody/napojów. No i w drogę. Z każdym kolejnym kilometrem zjeżdżaliśmy coraz niżej, ale temperatura na termometrze szła coraz wyżej. W sumie w ulotce pisało, że to klimat suchy gorący kontynentalny, a krajobrazy półpustynne 
Elisbar co chwila się zatrzymywał na kolejnych nieoznaczonych skrzyżowaniach dróg gruntowych z zapytaniem gdzie teraz. Taki żarcik z jego strony 
Właściwie to teraz chyba dopiero uświadomiliśmy sobie, że wybór naszego celu turystycznego padł na bardzo odludne miejsce na końcu świata. Podczas całej drogi nie spotkaliśmy ani jednego samochodu z turystami, a na ostatnich pewnie 30-kilometrach żadnego samochodu pomimo wczesnych godzin popołudniowych.
Po pewnie 2 godzinach jazdy od Dedoplitskaro wyłaniają się nagle zza wzniesienia pojedyncze budynki tutejszej "bazy turystycznej". Oczywiście nie ma nikogo 
No poza psem, który w przypływie radości próbuje bawić się z nami gryząc nas w nogi, ale co do delikatności jego zabawy można mieć pewne zastrzeżenia 
Elisbar uczula nas na wchodzenie w jakiekolwiek większe trawy bo tam węże. Wyciąga jeszcze butelkę ponoć swojego wina z bagażnika no i nas zostawia. No co chcieliśmy to mamy. Zostawia jeszcze numer telefonu i mówi, że jak co to tu za grzbietem jest ostatnie miejsce gdzie jest zasięg - to możemy zadzwonić i on w 3 godziny po nas przyjedzie. Umawiamy się wstępnie na za 3 dni. No i zostajemy sami... 
Dziś już się stąd nie ruszamy bo kolejna baza jest 16 km stąd, a w środku dnia jest zbyt gorąco żeby chodzić. Tymczasem jednak zajeżdża jakiś samochód. Turyści? Hehe, oczywiście że nie 
Z autka wysiada 5 facetów uzbrojonych w długą broń palną. Raczej takich niezbyt uśmiechniętych. Po głowie chodzą myśli... co my tutaj robimy? 
Chwilę siedzimy z nimi, ale łatwa rozmowa nie jest. My nie gawarit po ruski a oni don't speak English. Taki stan rzeczy nie sprzyja budowaniu dobrych relacji Wyciągam piwo i częstuje. To już trochę lepiej działa. Niemniej ich kamienne miny wiele się nie zmieniają. Chwilę później czterech z nich wsiada w samochód i odjeżdża. Zostajemy sami ze strażnikiem. Takim dość mało kontaktowym.
Coś by tu robić... Decydujemy się z Justyną na małą przechadzkę po okolicy na lekko. Butelki z piciem w ręce i idziemy. Pies idzie z nami. No ale przynajmniej przestał nas już próbować gryźć 
Tutejszy przykład zwierzyny na szlaku:
Po około 2-3 kilometrach dochodzimy do punktu widokowego nazwanego Kaniony.
Widoki interesujące aczkolwiek czujemy w powietrzu, że jesteśmy tutaj absolutnie sami zdani na tutejsze warunki, w nieznanym środowisku. Na razie przynajmniej węży nie spotkaliśmy.
Z dołu Kanionów dochodzą za to odgłosy niemal jak z jakiejś dżungli. Jakby świerszcze z całej Polski się zjechały i w jednym czasie chciały dać koncert. Choć co to konkretnie grało? Nie mamy pojęcia.
Wracamy do bungalowu. I o dziwo czeka nas mała imprezka. Do naszego strażnika przyjechali znajomi. Zostajemy zaproszeni. Oczywiście na stole jest tutejszy bimber czyli czacza, a ponadto trochę różnych zakąsek z gruzińskim chlebem na czele.
Próbuję też ustalić cokolwiek na temat gdzie my jesteśmy i gdzie możemy iść. Okazuje się, że jesteśmy całkiem nie tam gdzie nam powiedział nasz kierowca 
No nic to. Towarzystwo wkrótce się rozjeżdża. Znów zostajemy tylko ze strażnikiem parku. Z tą różnicą, że my rozbijamy swój domek. No i oczywiście jest pies 
W nocy bokiem przechodzi burza, ponoć prawie niespotykane tutaj zjawisko 
Dobranoc z rejonu nazwanego potocznie gruzińską Afryką.
Jutro rano ruszamy w teren.
CDN 
*Większość zdjęć autorstwa Justyny
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 24-08-2016 09:27 PM |
|
 |
maciek
Moderator
     
Postów: 3,493
Grupa: Moderatorzy Forum
Dołączył: Jan 2008
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
|
|
| 25-08-2016 08:53 AM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Pierwsza noc w gruzińskiej Afryce minęła w miarę w porządku. Co prawda "nasz" pies ciągle biegał i patrolował okolice naszego namiotu ale część nocy przespałem. No chyba że to nie był pies? 
Po śniadaniu pakujemy nasz dobytek na plecy i zostawiamy za sobą tę "ostoję cywilizacji" 
Początek naszej trasy biegnie grzbietem (idziemy w przeciwnym kierunku niż wczoraj popołudniu). Przed nami 16 km - niby nie dużo, a jak jeszcze dołożyć że drogą jezdną to wydaję się, że w ogóle o czym tu pisać. A jednak to było takie trochę inne 16 km 
Domyślaliśmy się, że o spotkanie z człowiekiem łatwo nie będzie. Dużo prędzej pewnie trafi się jakiś przedstawiciel tutejszej fauny...
Po około dwóch kilometrach Justyna nagle odskakuje, ja ułamek sekundy później też cofam się dość radykalnie. Na drodze staje takie coś 
Mało tego, że to coś jest. Ale to coś szykuje się do skoku na nas i przyjmuje bardzo agresywną postawę. Żeby to obejść pasowałoby wejść w trawy - ale Elisbar mówił że tam węże Kije w ręce i próba sił - daliśmy radę.
No ale co to było? Pomoże ktoś? Stawiam browara za prawidłową odpowiedź!
Od tej pory nasze oczy jeszcze dokładniej studiują co się czai na nas po obu stronach drogi i w pasie pomiędzy dwoma "koleinami". Słońce tymczasem coraz to wyżej znajduje się na niebie przypominając że to ono tu rozdaje karty. Teraz jeszcze da się wytrzymać ale co będzie później?
Dochodzimy do jakiejś strzałki po środku niczego która oznajmia nam, że czas zejść z grzbietu i wejść w bardziej zarośniętą drogę. Hmm 
Chwilę później Justyna, która idzie jako pierwsza z okrzykiem na ustach odskakuje w tył. Oho, tym razem grubszy kaliber. Jakiś wąż - ładne kilkadziesiąt centymetrów długości zaczyna się mocno wić w stronę zarośli, a może naszą? Jednak zarośli. Uff, było dość blisko...
Ten odcinek przechodzimy chyba z największą uwagą, trawy dość mocno porastają środek drogi. Nie bardzo jest możliwe wypatrzeć wszystko pod nogami. Na szczęście zarośla niedługo ustępują i robi się bezpieczniej.
No tak tylko gdzie my są? 
Konfrontujemy ślad na GPS z przebiegiem naszego szlaku na ulotce 
No na razie niby gra ale w dalszej części trasy ulotka daje do myślenia czy nie będzie problemów orientacyjnych...
Jakiś opuszczony budynek:
Czyżby podczas gwałtownych opadów płynęła tędy woda?
Słońce dalej przygrzewa, coraz mocniej przygrzewa... Przystajemy co chwilę i po łyczku, po dwa, po trzy... Wydawało się że 3-4 litry na głowę na 16 km to aż nadto. Zapasy kurczą się jednak dość szybko. Słońce naprawdę niemiłosiernie zaczyna palić. A tu jeszcze ze 20 kg na plecach.
Po około 4 godzinach od wyjścia dochodzimy do poprzecznego szlaku. Z ulotką zgadza się to tylko częściowo. Gdzieś tu w miarę niedaleko powinny być kolejne bungalowy. Tylko, że na naszej ulotce oznaczenie tych bungalowów zajmuje parę centymetrów ale nie ma zaznaczonego punktu w którym one dokładnie są 
Chyba w prawo? Ale w sumie w lewo na upartego też by mogło być... 
Skręcamy w prawo, mija południe. Idziemy i idziemy - przynajmniej tak nam się dłuży, co chwilę, postój, butelka, łyk wody. Jeszcze coś niby zostało. Ale jeśli źle poszliśmy to może być problem. Wreszcie jakieś drzewa przy samej drodze. Zatrzymujemy się, zdejmujemy plecaki... i... patrzymy - jedzie samochód!!! 
No ulga. Chyba ulga! Zatrzymujemy no i się zatrzymuje. Jedzie czterech facetów w wieku pewnie tak 25 do 40 lat. Łatwo o kontakt nie jest ale dwóch z nich coś tam duka po angielsku. Mówimy o naszych bungalowach ale jakoś nie rozumieją. Już myślałem że się nie dogadamy - no ale koniec końców zapraszają nas do środka. Co prawda nie dogadaliśmy dokąd jedziemy ale w sumie wszystko jedno 
A w środku pewnie ze 20 stopni, klima na maksa - zastanawiałem się czy mój organizm nie zbuntuje się za taką zmianę ale nawet nie 
Ludzie okazują się całkiem sympatyczni, okazuje się że oczywiście to nie są turyści. To są oficerowie straży granicznej 
Faktycznie każdy ma przy boku kaburę z pistoletem, choć ubrani po cywilnemu. No tak. Tu wszyscy których spotkaliśmy mieli broń palną i środek transportu, tylko my inaczej 
Jedziemy i jedziemy, no chyba jednak nie jedziemy do tych bungalowów co myśleliśmy że jedziemy. Ale też jest fajnie! Mijamy jakiś posterunek wojskowy, droga po chwili staje się bardziej wymagająca. Kierowcy muszę przyznać, że jest naprawdę dobrym kierowcą. No i oczywiście autko też daje radę. Jedziemy jakimiś wyschniętymi łożyskami potoków, chwilami jakimiś oberwanymi drogami, później wznosimy się na jakiś grzbiet. Dotychczas tutaj wszystko było zarośnięte. To jednak co ukazało się naszym oczom po wyjechaniu na grzbiet chyba uznam za najciekawszy widok całego gruzińskiego wyjazdu!
I jeszcze kilka z tego miejsca:
Nasi nowi koledzy robią sobie zdjęcia z nami - ich aparatami jednak.
Zjeżdżamy w tę niesamowitą krainę:
Jesteśmy już po drugiej stronie grzbietu. Na horyzoncie zaczynają majaczyć bungalowy. Pytamy się ile przejechaliśmy od spotkania - 18 km słyszymy... To gdzie jesteśmy?
Czas pokazał że dotarliśmy do miejsca zwanego Mijniskure, stanowiącego najbardziej na południowy-wschód wysunięte miejsce Gruzji. Po drugiej stronie rzeki jest Azerbejdżan!
Tak rzeki! To jedyny rejon w Vashlovani gdzie nie brakuje wody. Musimy powiedzieć z Justyną, że szczęście nam dopisało 
Autko którym przyjechaliśmy i standardowe bryły bungalowów:
Trzeba się jednak chować pod drzewa. Na zewnątrz jak się dowiadujemy jest prawie 50 stopni w cieniu. A cienia wiele nie ma No i cały czas grają te świerszcze? Ale masakra - aż uszy bolą tak głośno.
Nasi oficerowie robią jakąś wizję lokalnę i chwilę później się zbierają stąd. Jest tu jednak 3 strażników parku. Jeden też coś parę słów po angielsku zna, dwóch pozostałych w ogóle.
- źródło życia w Vashlovani!
Nawiązujemy trochę kontakt ze strażnikami. Po chwili w studni ląduje 3-litrowa plastikowa butelka wina na wieczór! 
Potrzebujemy jednak przeczekać skwar. Tu w godziny okołopołudniowe nic się nie robi. Nie da się! Pod wieczór nasi znajomi jadą jeszcze złapać w sieć trochę ryb na spotkanie z nami przy stole 
Choć skutkuje to tym, że dostaję zaproszenie do ich patroszenia 
George pokazuje mi jeszcze małą uprawę pomidorów z której jest bardzo dumny 
Kilka podwieczornych zdjęć z okolicy:
- tu widoczny dodatkowo posterunek graniczny
Panowie z bronią automatyczną przyjeżdżają chwilę później do "naszej" studni po wodę.
A wieczorem uczta:
Na zakończenie muszę to napisać. Jeszcze nigdy ludzie którzy prawdopodobnie mieli tak mało nie dali mi tak dużo. Za to wszystko nie płacimy ani złotówki. A widać, że im się nie przelewa. Oferując jednak cokolwiek domyślam się, że zrobilibyśmy im wielką przykrość. Ci ludzie żyjący w tak trudnych warunkach są jednak niesamowicie życzliwi. Zasięg telefoniczny tu jest tylko szczątkowy. Samochodu nie widziałem, jedynie quada. Do najbliższego sklepu jest około 80 km, w w zdecydowanej większości drogą gruntową. Pustkowie. Prądu tyle co z agregatu bądź paneli słonecznych. Gdzie nie wyjdziesz na zewnątrz musisz uważać na węże. Jesteś zdany na swoje siły.
Toasty będę długo pamiętał. George który był łącznikiem pomiędzy nami a pozostałą dwójką każdy wymawiał po prostu z głębi serca. I to były toasty za te naprawdę najważniejsze w życiu rzeczy. Wyjątkowy wieczór i czas. Tego się nie zapomina 
Po uczcie idziemy do swojego bungalowu. Ze spaniem co prawda ciężko bo jest chyba ponad 40 stopni w środku. Ranek jednak zapowiada się ciekawie. Wg obietnicy George ma nas zaprowadzić swoimi ścieżkami na jedno z pobliskich wzniesień, gdzie jak to nazwał "zaczyna się Gruzja" 
CDN
PS. Gratuluję wytrwałym za przeczytanie
PS2. Ponownie większość zdjęć autorstwa Justyny
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 25-08-2016 07:45 PM |
|
 |
Beskidniska
   
Postów: 311
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Apr 2016
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
czytamy czytamy nawet jak nie komentujemy co chwilę... będą Twoje opowieści przydatne podczas wyborów kolejnych wypraw tam, choć ja myślę o ciut wyższych, choć nie tak jak Kazbek górkach do zwiedzania. ale Wasze doświadczenia również bezcenne przy kolejnych planach. ja od siebie dodam, że uczestniczyłam w klasycznej gruzińskiej uczcie, gdzie tamada dowodził stołem, wielkie stakany wina, a nikt nie był upity. górscy ludzie bardziej serdeczni i otwarci niż ci w mieście, może zaskakujące, ale i od strony gościnności - nie, bo mają z pewnością niewiele, ale naturalne i pachnące pięknie warzywa i mleko, bo przecież krowy nawet pod Kazbekiem placki robiły, oraz na każdej drodze... Pedro... powrócić tam...
|
|
| 25-08-2016 08:07 PM |
|
 |
grabarz
Adrian
    
Postów: 1,860
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2014
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
''(...) nigdy nie umiałem pogodzić się z tym, żeby wracać z niczym. Zawsze próbowałem jeszcze raz. Czasem nawet wbrew logice, ale zgodnie z jakimś wewnętrznym przekonaniem.'' (J.Kukuczka)
|
|
| 26-08-2016 04:51 AM |
|
 |
maciek
Moderator
     
Postów: 3,493
Grupa: Moderatorzy Forum
Dołączył: Jan 2008
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Na zakończenie muszę to napisać. Jeszcze nigdy ludzie którzy prawdopodobnie mieli tak mało nie dali mi tak dużo. Za to wszystko nie płacimy ani złotówki. A widać, że im się nie przelewa. Oferując jednak cokolwiek domyślam się, że zrobilibyśmy im wielką przykrość. Ci ludzie żyjący w tak trudnych warunkach są jednak niesamowicie życzliwi.
Po prostu mieliście szczęście doświadczyć tej słynnej i tradycyjnej gruzińskiej gościnności. 
A ten dziwny stwór , który na drodze szykował się do ataku na Was, to gruzińska wersja Obcego.
|
|
| 26-08-2016 07:52 AM |
|
 |
kunlun
Iza
   
Postów: 416
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2015
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Ten owad to może Saga Ephippigera, widziałam
podobne w Izraelu.
Obrzydliwe...
|
|
| 26-08-2016 08:54 AM |
|
 |
Pablo
pablo
    
Postów: 10,684
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2006
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
|
|
| 26-08-2016 12:26 PM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
|
| 26-08-2016 03:48 PM |
|
 |
Em.
Em.
    
Postów: 1,795
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2014
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
|
|
| 26-08-2016 07:18 PM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Rozstajemy się też już z naszymi obecnymi współtowarzyszami. Kierunki naszych dalszych działań nie pokrywają się.
A było w relacji
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 26-08-2016 07:36 PM |
|
 |
szewczyczek
    
Postów: 4,477
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2011
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Szewczyk "wylądował".
Na razie przeglądnąłem jedynie zdjęcia, ale są tak niecodzienne, że jutro z rańca biorę się za wnikliwe doczytywanie i ...
... Panie, przyjeżdżaj pędem na relacjonowanie na żywo! Otworzy Ci się turystyczny napój na zwilżenie gardła
Hej ho, zwariowana przygodo!
Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-08-2016 06:52 PM przez szewczyczek.
|
|
| 28-08-2016 06:52 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Relacje na żywo wysłuchany wszyscy, na Filipce.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 28-08-2016 07:01 PM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
No to w tej sytuacji nie wiem Wojciech
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 28-08-2016 07:09 PM |
|
 |
yoter
    
Postów: 1,095
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: May 2009
Status:
Offline
|
RE: Wspomnienia z gruzińskich wakacji
Klimaty gruzińskie pociągają. Niecodzienna przygoda!
góry to początek nieba
|
|
| 30-08-2016 01:48 PM |
|
 |
|
|