|
Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
|
| Autor |
Wiadomość |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Motto (dedykacja własna dla DrE): "Doktorze Etkerze trzeba już porzucić historyczne opisy tras po Taterkach, nastał czas na wytworzenie własnego przewodnika o nazwie "Wertepami po Tatrach z DrE". Zamawiam pierwszy egzemplarz."
Pod koniec listopada nadarzyła mi się okazja przewietrzyć się po Taterkach. Bardzo się na ten okres cieszyłem i to z dwu powodów:
1. Koniec listopada to okres, kiedy po Taterkach wędrują albo uroczyście kończą rok już tylko prawdziwi górale i zarówno niby turystów góry już na samym początku z(od)rzucają.
2. No i nie trafia się na codzień robić sparingpartnera samotnemu guru Taterkowemu na GŚ - DrE i administratorowi - Pedrowi.
Dzień pierwszy 27.11.
Ten dzień miałem przeznaczony na przemieszczenie się z punktu A (tymczasowo to D. Łomna, Beskidy) do punktu B (schronisko na Raztoce, Tatry). Dalszym ważnym punktem programu było dostojne przywitanie się ze swoim przewodnikiem - wyżej wymienionym już DrE. Podróż przebiegała sprawnie na osi D. Łomna - Jabłonków - Poprad - Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody. Należycie obciążony wyruszam już po swych w stronę Palenicy i Raztoki. Jest godzina 12 w południe a trasa zieje pustkami. Właściwa pora dla przemieszczanie się tych, co nie lubią naszych świątecznych współtowarzyszy. Pogoda jako taka, nie promuje do zbytniego używania sprzętu fotograficznego.
Bez problemów dochodzę do Raztoki. Okazuje się, że DrE nie jest w schronisku, ponieważ wyruszył na rekognoskację terenu. Mam wtedy czas na przygotowanie spotkania i dla otuchy częstuję się dwiema napojami jęczmiennymi. Przywitanie jest jak się na dwóch długo niewidzianych górołazów należy. Na rozmowie spędzamy całe popołudnie. Czas na plotkach szybko zleciał, że nawet nie udało się nam wyruszyć na zamyślaną wycieczkę do Moka. Jedynie czas od czasu wychodziliśmy przed schronisko w celu wędzenia doktorowych płuc (poniektórzy wiedzą, że się to dzieje dosyć często).
Kiedy nastąpiła posucha, na dworze było już ciemno i dlatego postanowiliśmy udać się na spoczynek. Musiało to być jednak za wcześnie, ponieważ w nocy nas obudziły śpiewy pewnej grupy turystów, którzy chyba w Raztoce postanowili zakończyć swój sezon turystyczny.
Dzień drugi 28.11.
Uprzednio plan DrE przewidywał dojście do Piątki. Jednak nie najprościej Doliną Raztoki, bo za nudno, ale boczną granią na Wołoszyn, następnie do Krzyżnego i potem dopiero do schroniska.
Miało to być chodnikiem, którym ostatnio chadzali partyzanci podczas wojny albo nieliczni turyści najdalej w latach 50-tych XX wieku. Jednak pogoda była moim sprzymierzeńcem i udało mi się namówić DrE na wariant raztocki i później się zobaczy. Doliną Raztoki idzie się nam sprawnie. Jednak powoli poznajemy, że w tym regionie zima zaczyna już panować. Płaty śnieżne na drodze są oblodzone i nawet vibram moich nowych bucików się tego wcale nie chwyta. Podejście czarnym szlakiem wogóle nas nie rozpieszcza.
DrE coś mamrocze o rakach, ale ja go nie chcę słuchać i na dodatek jestem zbyt leniwy wyciągać je z wora. Wolę posuwać się stylem "starej babki z patykiem w ręku" (w tym miejscu chciałbym pozdrowić Kemota z jego pytaniem o niezapomnianych raczkach na miejskie chodniki). Po pokonaniu tych trudności, bez uszczerbku na zdrowiu, dochodzimy do Piątki. Na tej wysokości panuje zima już całym calem. Ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy się, że w schronisku jest dużo miejsc zarezerwowanych. Jakieś bractwo górołazów jest na kilkudniowym spotkaniu połączonym z wyświetlaniem video i foto prezentacji swoich wyczynów. Jednak jest wczesna pora (10:00) i udaje się nam zyskać dwa łóżeczka do spania. Po krótkim odpoczynku postanawiamy wyjść "normalką" na Kozi. Ja wiem, że dla niektórych to jest "tylko Kozi", ale nas nic innego nie oświeciło i bierzemy to jako wyjście aklimatyzacyjne. Drogę na Kozi nie trzeba drobiazgowo opisywać.
Podejście w Szerokim Żlebie już czyście zimowe i bez problemów w przypadku użycia zimowego ekwipunku. Śnieg był, jak mówił DrE, dobrze czepny. Największym niebezpieczeństwem były kawałki zmarzniętego śniegu uwolnionych wyżej lezącymi. Raz dostałem takim kawałkiem do nogi. No, nie chciałbym nim oberwać po g...e (buzi). Na samotny sczyt nie dotarliśmy. Tylko o 10 m niżej położoną przełęcz. Czas na powinną sesję zdjęciową.
Schodzenie z Koziego nam nie robi trudności. Mniej zaawansowani wybierają tzw. "babski styl" tj. twarzą do stoku (już nie wiem kto to pierwszy poznaczył na GŚ). Do schroniska dochodzimy o 14:30. Wnętrze zaczyna się zapełniać potencjalnymi słuchaczami albo ewentualnymi kandydatami spania na glebie. Z DrE zajmujemy dogodne miejsca, żeby później dobrze widzieć na płótno (ekran). Jakiekolwiek opuszczenie miejsca grozi jego utratą na rzecz innej osoby na cały wieczór. Czas do rozpoczęcia prezentacji krócimy sobie dopełnianiem utraconej energii. Prezentacja rozpoczyna się wyświetleniem filmu o tragedii podczas komercyjnego zdobywania Mt. Everestu w roku 2006.
Punktem kulminacyjnym była prezentacja jednej z uczestniczek wyprawy na Aconcague, Andy. Dalej potem następowały dalsze górskie prezentacje innych członków tego braterstwa. Wraz z zakończeniem seansu wypróźniliśmy z DrE wszystkie zasoby, co ponagliło nas do zaniechania wszystkich czynności i w końcu zajęcia pozycji poziomej na swych legowiskach.
Dzień trzeci 29.11.
Szanowny mój przewodnik - DrE - miał w planie przejść do Raztoki w odwrotną stronę niż przewidywał plan z przeszłego dnia. Jednak tym razem pokrzyżował nam plany wiatr, zwany tutaj Halnym. Na grani musiało porządnie dmuchać, ponieważ w D5SP ledwo trzymaliśmy się na nogach.
Pozostało nam tylko zejście prosto do Raztoki i próbować wariant szukania drogi na Wołoszyn od dołu. Jak się później okazało, była to dobra strategia. Szukanie zarośniętej drogi z pełnym plecorem nie jest kuszące. Najpierw jednak zejście do Raztoki, które poprzedza nałożeniem raków na czas zejścia czarnym szlakiem i niedowierzaniem, kiedy trzej chłopaczkowie w tenisówkach postanowili na styku czarnego i zielonego szlaku podążać w stronę Siklawy. Fajny to był ubaw. My w buciorach górskich i rakach a oni w tenisówkach. Siły ponownie nabieramy w Raztoce. W zaistniałej sytuacji nic się nie mieni. Żaden Forumowicz nas nie wita w schronisku, Pedro umawiał się dopiero na wieczór i wiatr jak dmucha, tak dmucha. Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne i DrE nakazał skręcić w las, który kiedyś był lasem. Teraz jednak to były tylko połamane kikuty, wywrócone pnie i mech. Odnalezienie zaginionej ścieżki porównałem do stylu "szukaj wiatra w polu". Można to powiedzieć normalnie, ponieważ nie jest nic dobrego słuchać jak w lesie spadają drzewa pod naporem wiatru. Jednak torowanie sobie drogi tym prehistorycznym lasem to była tylko słaba herbatka. Nawet zaświtała nadzieja w postaci usypiska o trafnej nazwie Usypisty Żleb, który by nas może doprowadził gdzieś wyżej na stok. Jednak Doctor trwał na odnalezieniu dawnej ścieżki i dlatego znów musieliśmy się zanurzyć w las. Uparcie drzeliśmy się do góry. Stok nie dał za wygraną i postawił nam na drodze (raczej bezdrożu) kosówkę. Przez tą prawdziwą iglastą ścianę rwaliśmy jeszcze jakiś czas. Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było. Chyba po godzinie tego umoru dostaliśmy się w miejsce zwanym Wyżne Skałki. Trochę nam się odsłonił widok w stronę Bielskich i na Palenicę.
Spojrzenie do góry nie spowodowoło nam ulgi i uśmiechu na twarzy.
Trzeba by było jeszcze godzinkę się przedzierać. Nie będziemy się przecież porywać z czekanami na biedną kosówkę. Jednogłośnie uznajemy dawną ścieżkę za zaginioną i trąbimy do odwrotu. Przyroda się uradowała i w zamian nas jeszcze przy zejściu kosówka za pomocą wiatru śmigała gałęziamu po tyłkach. Taki sobie kosówkowy śmigus dyngus. W zejściu kierujemy się w stronę żlebu. Chyba jedyne dogodne miejsce na wyjście na Wołoszyn.
Nasza wycieczka powoli dobiega do końca. Trzeba wracać na Raztokę i starannie przygotować się na odwiedziny. Ma przyjść sam wielki administrator. W oczekiwaniu na gościa dopełniamy utraconą energię w jadalni schroniska.
Pedro zjawił się wieczorem w samą porę. Ja z DrE byliśmy już długo na suchu i wyglądaliśmy jak zwiędłe kwiaty. Nowy przydział energii zadziałał na nas jak pokropieniem żywą wodą. Długo do nocy mogła potem nasza trójka dyskutować.
Dzień czwarty 30.11.
Dla mnie to był dzień powrotu. Musiałem się wieczorem meldować w D. Łomnej i dlatego ze smutkiem odmówiłem zaproszenie na następną wycieczkę na Hawrań. Chciałem tym dwom młodzieńcom towarzyszyć, żeby sobie gdzie na górach krzywdy nie zrobili. Mógłbym wtedy dostać po uszach, że ich nie upilnowałem. Jeszcze za ćmy się z DrE i Pedrem pożegnałem. Oni pognali w kopczyki aż się za nimi kurzyło. Ja spokojnie dospałem, potem śniadanko i w zwolnionym tempie wyruszyłem w drogę powrotną. Na tym zakończyło się moje wędrowanie po Taterkach w tym roku. Z łezką w oku opuściłem ten, dla mnie dosyć duchowo działający, kraj.
P.S. Co porabiał DrE w czwartek i w piątek do południa i potem z Pedrem w poniedziałek i wtorek, niech sami opiszą.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 09-12-2009 07:56 PM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
|
| 09-12-2009 09:00 PM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
|
| 09-12-2009 09:12 PM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
|
| 09-12-2009 09:27 PM |
|
 |
tomtur
    
Postów: 7,595
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
O q....a a mnie tam nie było chłopaki fajnie ale w piatek wieczorem JESTEM
"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
|
|
| 09-12-2009 09:31 PM |
|
 |
magda.s.77
Brak aktywacji konta
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
|
|
| 09-12-2009 09:45 PM |
|
 |
dr.Etker
    
Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
A się okazuje, że Doktor też może wyprowadzić na manowce
Bo to były badania naukowe... 
A przy tym inhalacja kosówkowymi olejkami eterycznymi... :rolleyes:
|
|
| 09-12-2009 10:09 PM |
|
 |
Agnieszka.S
Aga
    
Postów: 1,959
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2007
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował, tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślny wiatr.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. "
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-12-2009 10:39 PM przez Agnieszka.S.
|
|
| 09-12-2009 10:39 PM |
|
 |
lapikus
    
Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Stasiu!
Widzę, że żona nie kazała Ci się sobą długo zajmować, skoro relacja już powstała. 
Oj, wysmykoł Cie ten nasz Doktor po taterkach,.... wysmykoł! Kiedy się dwóch starych lisów wysokogórskich spotyka, to musi z tego wyjść impreza przedniego gatunku. Hulaszczy wiaterek trochę szyki Wam pokrzyżował, ale nie za bardzo daliście mu satysfakcji z wygranego pojedynku. Nawet drwiny rzekomej ścieżki, która skutecznie zagrała z Wami w chowanego, nie były w stanie wybić Was z rytmu dobrej zabawy. Ale najbardziej zazdroszczę Wam spotkań wieczorową porą odbywanych przy wtórze bulgotu gorzałki wychylanej za zdrowie Wasze. Ach, aż mi ślinka pociekła....Następnym razem!
Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!
|
|
| 09-12-2009 11:16 PM |
|
 |
magda.s.77
Brak aktywacji konta
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Bo to były badania naukowe... 
A przy tym inhalacja kosówkowymi olejkami eterycznymi...  :rolleyes:
Badania, tak?
Te partyzanty to szczwane lisy były. Nawet chodnik udało im się ukryć
Chyba, że było to testowanie Stasiowej cierpliwości...
No, ale Staś to akurat wygląda na wielce zadowolonego Nie licząc zdjęcia nr 4 z postu czwartego (choć to własnie z tej naukowej wyprawy )
|
|
| 09-12-2009 11:18 PM |
|
 |
maciek
Moderator
     
Postów: 3,493
Grupa: Moderatorzy Forum
Dołączył: Jan 2008
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Na rozmowie spędzamy całe popołudnie.
O tak! Doktor to bardzo rozmowny gość - gawędziarz. Kiedy ostatnio widzieliśmy się z Andrzejem, przegadaliśmy sporo czasu do późnej nocy. Fajnie było.
Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne... Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było.
Faktycznie, odnalezienie tej ścieżki graniczy z cudem. Próbowałem tego dokonać w latach dziwięćdziesiątych ubiegłego stulecia i wszystkie próby skończyły się niepowodzeniem.
..................................................................................................................................................
... Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody.
Chyba nie to? > http://kultowa.korbatz.com/denaturat.jpg
Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-12-2009 09:54 AM przez maciek.
|
|
| 10-12-2009 09:14 AM |
|
 |
Arrow
   
Postów: 142
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2008
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Jak zwykle świetna relacja.
Widzę że kultura zastępuje dawne "nudy" 
Fajnie by było kiedyś się z Wami ukulturalnić.
Niestety na Filipke się nie uda wyrwać 
Tomek
|
|
| 10-12-2009 09:39 AM |
|
 |
Pedro
Administrator
      
Postów: 5,509
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Kiedy to parkowałem niedzielnym wieczorem na Palenicy wiedziałem, że w Roztoce czekają już na mnie Stasiu i Doktor. Samochód za uzgodnieniem z parkingowym pozostawiłem za elektrycznym pastuchem, co by żadnemu niedźwiedziowi nie przyszło na myśl podotykać sobie mojego autka - no i wyruszyłem w drogę. Byłem totalnie sam, ani jednej osoby, dookoła ciemny las rozświetlany tylko zasięgiem mojej czołówki. Gdzieniegdzie świtała myśl, że misie to jeszcze chyba nie poszły spać.
Poza tym ciemność dała mi się podwójnie we znaki. Nie mogłem dobrze przypatrzyć się nowiutkiemu asfaltowi, czyli czemuś czym się zajmuje służbowo. Tak "nie spełniony" zawodowo doczłapałem się do Wodogrzmotów, gdzie odbiłem w dół, a 10 minut później witałem się ze wspomnianą wcześniej dwójką w schronisku ? wyciągając małe co nieco o pojemności 0,7 litra :-)
A tam? Byliśmy sami. No oprócz pani w recepcji. A ta chyba jakaś nowa, bo jak pokazałem legitymację PTTK to zrobiła wielkie oczy i wykonała jakiś telefon z zapytaniem czy i ile zniżki na takową legitymację mi przysługuje. Po opłaceniu noclegu zamówiłem żurek, wypisany dużymi literami na kartce coś w stylu ?specjalność zakładu?. Degustacja nie wypadła jednak zbyt pomyślnie no i doszedłem do wniosku, że na ?niespecjalności? to ja ochoty tym bardziej nie mam.
Wieczór oczywiście ciekawy i sympatyczny, tylko niestety dowiedziałem się wtedy, że Stasiu nie będzie nam towarzyszyć na szlaku i jutro wraca do siebie. No nic, następnym razem. A my z Doktorem? No my po minionym wieczorze też musieliśmy wrócić do siebie Tym bardziej, że chcieliśmy trochę poszaleć :-)
Rankiem znaleźliśmy się kilka kilometrów za granicą polsko-słowacką. Bardzo błotnista droga zagłębiła nas w las. Byliśmy ciekawi czy spotkamy tutaj jakiegoś dwunożnego żywego ducha. I spotkaliśmy. Zza drzewa wyłonił nam się pan w zielonej czapeczce i ze strzelbą w ręku. Spojrzeliśmy na siebie podejrzliwie i poszliśmy każdy w swoją stronę.
Nasza trasa nabrała niestety niedługo charakteru bardzo chaszczowatego. Trzeba było się mnóstwo naprzedzierać, upocić i w ogóle powyczyniać przeróżne akrobacje pomiędzy gałęziami powalonych drzew. Tak zasapani dotarliśmy w końcu do normalnej ścieżki i odetchnąwszy z ulgą puściliśmy się już żwawym krokiem w dół pobliskiego kanionu. A ten dość nietypowy i choć mocno zarośnięty to jednak zapadający w pamięć, wraz ze swymi wysokimi ścianami, miejscami zamarzniętym potokiem, no i co by nie było nutką tajemniczości.
Ledwo go opuściliśmy jak się okazało, że kawałek dalej kanion opuszczał się kilkudziesięciometrowym stromym progiem, fajny widok. Powoli rozpoczęły się odsłaniać wyższe partie Tatr. W oddali przyśnieżone Wołoszyny, gdzieś tam Giewont na horyzoncie... A my trafiliśmy znów w las, a po kolejnej chwili pokonywaliśmy stromy żleb w lesie połową mostka Tak połową, bo na drugiej leżał zwalony pień i trzeba było znów trochę akrobacji ale w końcu znaleźliśmy się dalej. W końcu też wyszliśmy z lasu. Gdzieś tam wysoko mknęły jak szalone chmury, no ale skoro był halny to i musiały nawet chmury fruwać. Po nasyceniu się jakimiś słodkościami przyszła kolej na raki, początkowo bez czekana gdyż ten i tak w bardzo starym lawinisku na nic by się nie przydał. A właśnie takie lawinisko zalegające w dość stromym żlebie było początkiem naszej ?wspinaczki?.
Lód zmienił się niedługo w śnieg, a ten przeplatał się z trawkami na przemian zmrożonymi oraz tymi tylko mokrymi. Kąt nachylenia jakoś ciągle się nieprostował, a nawet bym powiedział że jeszcze się podniósł. Doszliśmy do jakiegoś prożku, patrzę a tu Doktor wyczynia jakieś akrobacje na skale. Popatrzyłem, pomyślałem i wywnioskowałem że co jak co ale ja tamtędy to na pewno nie idę. No i poszedłem w bok. Co prawda trawki, ale myślałem, że będzie łatwiej. I było, ale szkoda że przez parę pierwszych kroków. W końcu stanąłem i tak myślę, do góry za stromo, w bok nie bardzo, w dół hm w dół to też nie bardzo :-) Nastąpiła chwila konsternacji, bo tak właściwie to tu nijakiego chwytu nie było. Pomyślałem sobie raz kozie żleb no i chwilę później robiąc tymczasowy wycof stanąłem w nazwijmy to bezpiecznym miejscu, ale wciąż poniżej prożku.
Zalodzona i mało urzeźbiona skała jakoś mnie nie zachęcała, spróbowałem wariantem trzecim, troszkę wspomagając się kosodrzewiną no i tym razem się udało. A wyżej to już śnieg, taki w sam raz na raki, jeszcze przez jakiś mały i stromy wąwóz pozostało przejść i już byłem na górze. Tzn, na górze skalistej części żlebu, choć cały czas jakieś pewnie 300 metrów poniżej grzbietu.
Troszkę rozważań z Doktorem na temat naszego czasu, no i czy ma sens nasza wędrówka do góry. Po tej naradzie wojennej skierowaliśmy wzrok ku górze, a zaraz za wzrokiem nasze kroki. Tu uważam, że wkradł się w nasze poczynania pewien błąd. Nie wyciągnęliśmy czekanów. O ile na początku był to twardy śnieg przeplatający się z trawami, to po chwili tych trawek już nie było, a jak się obejrzałem w dół a później popatrzyłem na kijki w ręce to dalej stopnie i kroki robiłem już bardzo uważnie. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z zamierzeniami i koniec końców znaleźliśmy się na grzbiecie na wysokości około 1860 metrów.
Przed nami rozpościerała się dość połoga choć skalista grań, która wg naszych pierwotnych zamierzeń miała nas zaprowadzić na zaplanowany szczyt. Ten jednak będący niemal 300 metrów ponad nami i we wcale nie tak małej odległości zdawał się być celem nieosiągalnym przy dzisiejszej długości dnia, jeśli chcieliśmy za widoku zejść tym co by nie było przedstawiającym jakieś trudności stokiem. Tak więc odpuściliśmy.
Przez chwilę tylko pozwoliliśmy aby wiatr nas popieścił swoimi zimnymi podmuchami (w ten dzień na Kasprowym zarejestrowano podmuchy dochodzące do 144 km/h), popatrzyliśmy na spektakl chmurno-wietrzny no i rozpoczęliśmy powrót. Ten już dość szybki, choć trochę innym wariantem gdyż chcieliśmy ominąć wspomniany prożek. Niżej już prawie wchodząc w kosodrzewinę zaliczyłem małe poślizgnięcie na zlodowaciałym śniegu, ale z użyciem czekana zatrzymałem się pewnie raptem ze 3 metry niżej, cały, zdrowy, a nawet uśmiechnięty. No i tak to się skończyła nasza główna na dziś przygoda.
Jeszcze powrót u podnóża mało znanych choć całkiem sporych i przewieszonych w wielu miejscach wapiennych skał, później obiadek w Bukowinie Tatrzańskiej i powrót do Roztoki. A tam mieliśmy snuć plany na dzień jutrzejszy, choć prognozy pogody zbyt dobre to nie były...
Jak się okazało dnia następnego prognozy się nie sprawdziły. Pogoda była dużo gorsza od tej złej zapowiadanej. Podejmowanie jakichkolwiek wysokogórskich działań mijało się z celem gdyż z jakiejkolwiek grani to najprawdopodobniej by nas zwiało, a poza tym zaczęło padać.
Zmieniliśmy więc region na polskie Tatry Zachodnie, choć wycieczki nie ma co specjalnie opowiadać. Generalnie towarzyszyła nam ulewa która powyżej 1500 metrów, chwilami padała już bardziej poziomo niż pionowo, zaczęły się coraz większe zalodzenia trawek, widoczność słaba, choć na tej wysokości byliśmy jeszcze poniżej chmur. Po kilku godzinach moknięcia wróciliśmy do samochodu bez zdobycia żadnego konkretnego celu, za to dość przewietrzeni :-)
PS. Zdjęcia będą później.
Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
|
|
| 10-12-2009 09:41 AM |
|
 |
Pablo
pablo
    
Postów: 10,684
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2006
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Ładnie 
Bardzo fajnie, nowe nie nieodkryte rejony... a mówi się że TAtry takie małe, oba opowiadania to dobry przykład, że bez zdobywania szczytu można dobrze się bawić a i pretekst jest by tam wrócić nastepnym razem
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
|
|
| 10-12-2009 10:58 AM |
|
 |
Mallaidh
    
Postów: 3,717
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2008
Status:
Offline
|
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009
Obie relacje stylowe - generalnie to się nałaziliście po krzokach Gratulacje, ze nic Was nie zeżarło
|
|
| 10-12-2009 02:49 PM |
|
 |
|
|