09-12-2009, 07:56 PM
Motto (dedykacja własna dla DrE): "Doktorze Etkerze trzeba już porzucić historyczne opisy tras po Taterkach, nastał czas na wytworzenie własnego przewodnika o nazwie "Wertepami po Tatrach z DrE". Zamawiam pierwszy egzemplarz."
Pod koniec listopada nadarzyła mi się okazja przewietrzyć się po Taterkach. Bardzo się na ten okres cieszyłem i to z dwu powodów:
1. Koniec listopada to okres, kiedy po Taterkach wędrują albo uroczyście kończą rok już tylko prawdziwi górale i zarówno niby turystów góry już na samym początku z(od)rzucają.
2. No i nie trafia się na codzień robić sparingpartnera samotnemu guru Taterkowemu na GŚ - DrE i administratorowi - Pedrowi.
Dzień pierwszy 27.11.
Ten dzień miałem przeznaczony na przemieszczenie się z punktu A (tymczasowo to D. Łomna, Beskidy) do punktu B (schronisko na Raztoce, Tatry). Dalszym ważnym punktem programu było dostojne przywitanie się ze swoim przewodnikiem - wyżej wymienionym już DrE. Podróż przebiegała sprawnie na osi D. Łomna - Jabłonków - Poprad - Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody. Należycie obciążony wyruszam już po swych w stronę Palenicy i Raztoki. Jest godzina 12 w południe a trasa zieje pustkami. Właściwa pora dla przemieszczanie się tych, co nie lubią naszych świątecznych współtowarzyszy. Pogoda jako taka, nie promuje do zbytniego używania sprzętu fotograficznego.
[attachment=27988]
Bez problemów dochodzę do Raztoki. Okazuje się, że DrE nie jest w schronisku, ponieważ wyruszył na rekognoskację terenu. Mam wtedy czas na przygotowanie spotkania i dla otuchy częstuję się dwiema napojami jęczmiennymi. Przywitanie jest jak się na dwóch długo niewidzianych górołazów należy. Na rozmowie spędzamy całe popołudnie. Czas na plotkach szybko zleciał, że nawet nie udało się nam wyruszyć na zamyślaną wycieczkę do Moka. Jedynie czas od czasu wychodziliśmy przed schronisko w celu wędzenia doktorowych płuc (poniektórzy wiedzą, że się to dzieje dosyć często).
[attachment=27989]
Kiedy nastąpiła posucha, na dworze było już ciemno i dlatego postanowiliśmy udać się na spoczynek. Musiało to być jednak za wcześnie, ponieważ w nocy nas obudziły śpiewy pewnej grupy turystów, którzy chyba w Raztoce postanowili zakończyć swój sezon turystyczny.
Dzień drugi 28.11.
Uprzednio plan DrE przewidywał dojście do Piątki. Jednak nie najprościej Doliną Raztoki, bo za nudno, ale boczną granią na Wołoszyn, następnie do Krzyżnego i potem dopiero do schroniska.
[attachment=27990]
Miało to być chodnikiem, którym ostatnio chadzali partyzanci podczas wojny albo nieliczni turyści najdalej w latach 50-tych XX wieku. Jednak pogoda była moim sprzymierzeńcem i udało mi się namówić DrE na wariant raztocki i później się zobaczy. Doliną Raztoki idzie się nam sprawnie. Jednak powoli poznajemy, że w tym regionie zima zaczyna już panować. Płaty śnieżne na drodze są oblodzone i nawet vibram moich nowych bucików się tego wcale nie chwyta. Podejście czarnym szlakiem wogóle nas nie rozpieszcza.
[attachment=27991]
DrE coś mamrocze o rakach, ale ja go nie chcę słuchać i na dodatek jestem zbyt leniwy wyciągać je z wora. Wolę posuwać się stylem "starej babki z patykiem w ręku" (w tym miejscu chciałbym pozdrowić Kemota z jego pytaniem o niezapomnianych raczkach na miejskie chodniki). Po pokonaniu tych trudności, bez uszczerbku na zdrowiu, dochodzimy do Piątki. Na tej wysokości panuje zima już całym calem. Ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy się, że w schronisku jest dużo miejsc zarezerwowanych. Jakieś bractwo górołazów jest na kilkudniowym spotkaniu połączonym z wyświetlaniem video i foto prezentacji swoich wyczynów. Jednak jest wczesna pora (10:00) i udaje się nam zyskać dwa łóżeczka do spania. Po krótkim odpoczynku postanawiamy wyjść "normalką" na Kozi. Ja wiem, że dla niektórych to jest "tylko Kozi", ale nas nic innego nie oświeciło i bierzemy to jako wyjście aklimatyzacyjne. Drogę na Kozi nie trzeba drobiazgowo opisywać.
[attachment=27992][attachment=27993]
Podejście w Szerokim Żlebie już czyście zimowe i bez problemów w przypadku użycia zimowego ekwipunku. Śnieg był, jak mówił DrE, dobrze czepny. Największym niebezpieczeństwem były kawałki zmarzniętego śniegu uwolnionych wyżej lezącymi. Raz dostałem takim kawałkiem do nogi. No, nie chciałbym nim oberwać po g...e (buzi). Na samotny sczyt nie dotarliśmy. Tylko o 10 m niżej położoną przełęcz. Czas na powinną sesję zdjęciową.
[attachment=27994][attachment=27995]
Schodzenie z Koziego nam nie robi trudności. Mniej zaawansowani wybierają tzw. "babski styl" tj. twarzą do stoku (już nie wiem kto to pierwszy poznaczył na GŚ). Do schroniska dochodzimy o 14:30. Wnętrze zaczyna się zapełniać potencjalnymi słuchaczami albo ewentualnymi kandydatami spania na glebie. Z DrE zajmujemy dogodne miejsca, żeby później dobrze widzieć na płótno (ekran). Jakiekolwiek opuszczenie miejsca grozi jego utratą na rzecz innej osoby na cały wieczór. Czas do rozpoczęcia prezentacji krócimy sobie dopełnianiem utraconej energii. Prezentacja rozpoczyna się wyświetleniem filmu o tragedii podczas komercyjnego zdobywania Mt. Everestu w roku 2006.
[attachment=27996]
Punktem kulminacyjnym była prezentacja jednej z uczestniczek wyprawy na Aconcague, Andy. Dalej potem następowały dalsze górskie prezentacje innych członków tego braterstwa. Wraz z zakończeniem seansu wypróźniliśmy z DrE wszystkie zasoby, co ponagliło nas do zaniechania wszystkich czynności i w końcu zajęcia pozycji poziomej na swych legowiskach.
Dzień trzeci 29.11.
Szanowny mój przewodnik - DrE - miał w planie przejść do Raztoki w odwrotną stronę niż przewidywał plan z przeszłego dnia. Jednak tym razem pokrzyżował nam plany wiatr, zwany tutaj Halnym. Na grani musiało porządnie dmuchać, ponieważ w D5SP ledwo trzymaliśmy się na nogach.
[attachment=27997]
Pozostało nam tylko zejście prosto do Raztoki i próbować wariant szukania drogi na Wołoszyn od dołu. Jak się później okazało, była to dobra strategia. Szukanie zarośniętej drogi z pełnym plecorem nie jest kuszące. Najpierw jednak zejście do Raztoki, które poprzedza nałożeniem raków na czas zejścia czarnym szlakiem i niedowierzaniem, kiedy trzej chłopaczkowie w tenisówkach postanowili na styku czarnego i zielonego szlaku podążać w stronę Siklawy. Fajny to był ubaw. My w buciorach górskich i rakach a oni w tenisówkach. Siły ponownie nabieramy w Raztoce. W zaistniałej sytuacji nic się nie mieni. Żaden Forumowicz nas nie wita w schronisku, Pedro umawiał się dopiero na wieczór i wiatr jak dmucha, tak dmucha. Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne i DrE nakazał skręcić w las, który kiedyś był lasem. Teraz jednak to były tylko połamane kikuty, wywrócone pnie i mech. Odnalezienie zaginionej ścieżki porównałem do stylu "szukaj wiatra w polu". Można to powiedzieć normalnie, ponieważ nie jest nic dobrego słuchać jak w lesie spadają drzewa pod naporem wiatru. Jednak torowanie sobie drogi tym prehistorycznym lasem to była tylko słaba herbatka. Nawet zaświtała nadzieja w postaci usypiska o trafnej nazwie Usypisty Żleb, który by nas może doprowadził gdzieś wyżej na stok. Jednak Doctor trwał na odnalezieniu dawnej ścieżki i dlatego znów musieliśmy się zanurzyć w las. Uparcie drzeliśmy się do góry. Stok nie dał za wygraną i postawił nam na drodze (raczej bezdrożu) kosówkę. Przez tą prawdziwą iglastą ścianę rwaliśmy jeszcze jakiś czas. Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było. Chyba po godzinie tego umoru dostaliśmy się w miejsce zwanym Wyżne Skałki. Trochę nam się odsłonił widok w stronę Bielskich i na Palenicę.
[attachment=27998]
Spojrzenie do góry nie spowodowoło nam ulgi i uśmiechu na twarzy.
[attachment=27999]
Trzeba by było jeszcze godzinkę się przedzierać. Nie będziemy się przecież porywać z czekanami na biedną kosówkę. Jednogłośnie uznajemy dawną ścieżkę za zaginioną i trąbimy do odwrotu. Przyroda się uradowała i w zamian nas jeszcze przy zejściu kosówka za pomocą wiatru śmigała gałęziamu po tyłkach. Taki sobie kosówkowy śmigus dyngus. W zejściu kierujemy się w stronę żlebu. Chyba jedyne dogodne miejsce na wyjście na Wołoszyn.
[attachment=28000]
Nasza wycieczka powoli dobiega do końca. Trzeba wracać na Raztokę i starannie przygotować się na odwiedziny. Ma przyjść sam wielki administrator. W oczekiwaniu na gościa dopełniamy utraconą energię w jadalni schroniska.
[attachment=28001]
Pedro zjawił się wieczorem w samą porę. Ja z DrE byliśmy już długo na suchu i wyglądaliśmy jak zwiędłe kwiaty. Nowy przydział energii zadziałał na nas jak pokropieniem żywą wodą. Długo do nocy mogła potem nasza trójka dyskutować.
Dzień czwarty 30.11.
Dla mnie to był dzień powrotu. Musiałem się wieczorem meldować w D. Łomnej i dlatego ze smutkiem odmówiłem zaproszenie na następną wycieczkę na Hawrań. Chciałem tym dwom młodzieńcom towarzyszyć, żeby sobie gdzie na górach krzywdy nie zrobili. Mógłbym wtedy dostać po uszach, że ich nie upilnowałem. Jeszcze za ćmy się z DrE i Pedrem pożegnałem. Oni pognali w kopczyki aż się za nimi kurzyło. Ja spokojnie dospałem, potem śniadanko i w zwolnionym tempie wyruszyłem w drogę powrotną. Na tym zakończyło się moje wędrowanie po Taterkach w tym roku. Z łezką w oku opuściłem ten, dla mnie dosyć duchowo działający, kraj.
P.S. Co porabiał DrE w czwartek i w piątek do południa i potem z Pedrem w poniedziałek i wtorek, niech sami opiszą.
Pod koniec listopada nadarzyła mi się okazja przewietrzyć się po Taterkach. Bardzo się na ten okres cieszyłem i to z dwu powodów:
1. Koniec listopada to okres, kiedy po Taterkach wędrują albo uroczyście kończą rok już tylko prawdziwi górale i zarówno niby turystów góry już na samym początku z(od)rzucają.
2. No i nie trafia się na codzień robić sparingpartnera samotnemu guru Taterkowemu na GŚ - DrE i administratorowi - Pedrowi.
Dzień pierwszy 27.11.
Ten dzień miałem przeznaczony na przemieszczenie się z punktu A (tymczasowo to D. Łomna, Beskidy) do punktu B (schronisko na Raztoce, Tatry). Dalszym ważnym punktem programu było dostojne przywitanie się ze swoim przewodnikiem - wyżej wymienionym już DrE. Podróż przebiegała sprawnie na osi D. Łomna - Jabłonków - Poprad - Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody. Należycie obciążony wyruszam już po swych w stronę Palenicy i Raztoki. Jest godzina 12 w południe a trasa zieje pustkami. Właściwa pora dla przemieszczanie się tych, co nie lubią naszych świątecznych współtowarzyszy. Pogoda jako taka, nie promuje do zbytniego używania sprzętu fotograficznego.
[attachment=27988]
Bez problemów dochodzę do Raztoki. Okazuje się, że DrE nie jest w schronisku, ponieważ wyruszył na rekognoskację terenu. Mam wtedy czas na przygotowanie spotkania i dla otuchy częstuję się dwiema napojami jęczmiennymi. Przywitanie jest jak się na dwóch długo niewidzianych górołazów należy. Na rozmowie spędzamy całe popołudnie. Czas na plotkach szybko zleciał, że nawet nie udało się nam wyruszyć na zamyślaną wycieczkę do Moka. Jedynie czas od czasu wychodziliśmy przed schronisko w celu wędzenia doktorowych płuc (poniektórzy wiedzą, że się to dzieje dosyć często).
[attachment=27989]
Kiedy nastąpiła posucha, na dworze było już ciemno i dlatego postanowiliśmy udać się na spoczynek. Musiało to być jednak za wcześnie, ponieważ w nocy nas obudziły śpiewy pewnej grupy turystów, którzy chyba w Raztoce postanowili zakończyć swój sezon turystyczny.
Dzień drugi 28.11.
Uprzednio plan DrE przewidywał dojście do Piątki. Jednak nie najprościej Doliną Raztoki, bo za nudno, ale boczną granią na Wołoszyn, następnie do Krzyżnego i potem dopiero do schroniska.
[attachment=27990]
Miało to być chodnikiem, którym ostatnio chadzali partyzanci podczas wojny albo nieliczni turyści najdalej w latach 50-tych XX wieku. Jednak pogoda była moim sprzymierzeńcem i udało mi się namówić DrE na wariant raztocki i później się zobaczy. Doliną Raztoki idzie się nam sprawnie. Jednak powoli poznajemy, że w tym regionie zima zaczyna już panować. Płaty śnieżne na drodze są oblodzone i nawet vibram moich nowych bucików się tego wcale nie chwyta. Podejście czarnym szlakiem wogóle nas nie rozpieszcza.
[attachment=27991]
DrE coś mamrocze o rakach, ale ja go nie chcę słuchać i na dodatek jestem zbyt leniwy wyciągać je z wora. Wolę posuwać się stylem "starej babki z patykiem w ręku" (w tym miejscu chciałbym pozdrowić Kemota z jego pytaniem o niezapomnianych raczkach na miejskie chodniki). Po pokonaniu tych trudności, bez uszczerbku na zdrowiu, dochodzimy do Piątki. Na tej wysokości panuje zima już całym calem. Ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy się, że w schronisku jest dużo miejsc zarezerwowanych. Jakieś bractwo górołazów jest na kilkudniowym spotkaniu połączonym z wyświetlaniem video i foto prezentacji swoich wyczynów. Jednak jest wczesna pora (10:00) i udaje się nam zyskać dwa łóżeczka do spania. Po krótkim odpoczynku postanawiamy wyjść "normalką" na Kozi. Ja wiem, że dla niektórych to jest "tylko Kozi", ale nas nic innego nie oświeciło i bierzemy to jako wyjście aklimatyzacyjne. Drogę na Kozi nie trzeba drobiazgowo opisywać.
[attachment=27992][attachment=27993]
Podejście w Szerokim Żlebie już czyście zimowe i bez problemów w przypadku użycia zimowego ekwipunku. Śnieg był, jak mówił DrE, dobrze czepny. Największym niebezpieczeństwem były kawałki zmarzniętego śniegu uwolnionych wyżej lezącymi. Raz dostałem takim kawałkiem do nogi. No, nie chciałbym nim oberwać po g...e (buzi). Na samotny sczyt nie dotarliśmy. Tylko o 10 m niżej położoną przełęcz. Czas na powinną sesję zdjęciową.
[attachment=27994][attachment=27995]
Schodzenie z Koziego nam nie robi trudności. Mniej zaawansowani wybierają tzw. "babski styl" tj. twarzą do stoku (już nie wiem kto to pierwszy poznaczył na GŚ). Do schroniska dochodzimy o 14:30. Wnętrze zaczyna się zapełniać potencjalnymi słuchaczami albo ewentualnymi kandydatami spania na glebie. Z DrE zajmujemy dogodne miejsca, żeby później dobrze widzieć na płótno (ekran). Jakiekolwiek opuszczenie miejsca grozi jego utratą na rzecz innej osoby na cały wieczór. Czas do rozpoczęcia prezentacji krócimy sobie dopełnianiem utraconej energii. Prezentacja rozpoczyna się wyświetleniem filmu o tragedii podczas komercyjnego zdobywania Mt. Everestu w roku 2006.
[attachment=27996]
Punktem kulminacyjnym była prezentacja jednej z uczestniczek wyprawy na Aconcague, Andy. Dalej potem następowały dalsze górskie prezentacje innych członków tego braterstwa. Wraz z zakończeniem seansu wypróźniliśmy z DrE wszystkie zasoby, co ponagliło nas do zaniechania wszystkich czynności i w końcu zajęcia pozycji poziomej na swych legowiskach.
Dzień trzeci 29.11.
Szanowny mój przewodnik - DrE - miał w planie przejść do Raztoki w odwrotną stronę niż przewidywał plan z przeszłego dnia. Jednak tym razem pokrzyżował nam plany wiatr, zwany tutaj Halnym. Na grani musiało porządnie dmuchać, ponieważ w D5SP ledwo trzymaliśmy się na nogach.
[attachment=27997]
Pozostało nam tylko zejście prosto do Raztoki i próbować wariant szukania drogi na Wołoszyn od dołu. Jak się później okazało, była to dobra strategia. Szukanie zarośniętej drogi z pełnym plecorem nie jest kuszące. Najpierw jednak zejście do Raztoki, które poprzedza nałożeniem raków na czas zejścia czarnym szlakiem i niedowierzaniem, kiedy trzej chłopaczkowie w tenisówkach postanowili na styku czarnego i zielonego szlaku podążać w stronę Siklawy. Fajny to był ubaw. My w buciorach górskich i rakach a oni w tenisówkach. Siły ponownie nabieramy w Raztoce. W zaistniałej sytuacji nic się nie mieni. Żaden Forumowicz nas nie wita w schronisku, Pedro umawiał się dopiero na wieczór i wiatr jak dmucha, tak dmucha. Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne i DrE nakazał skręcić w las, który kiedyś był lasem. Teraz jednak to były tylko połamane kikuty, wywrócone pnie i mech. Odnalezienie zaginionej ścieżki porównałem do stylu "szukaj wiatra w polu". Można to powiedzieć normalnie, ponieważ nie jest nic dobrego słuchać jak w lesie spadają drzewa pod naporem wiatru. Jednak torowanie sobie drogi tym prehistorycznym lasem to była tylko słaba herbatka. Nawet zaświtała nadzieja w postaci usypiska o trafnej nazwie Usypisty Żleb, który by nas może doprowadził gdzieś wyżej na stok. Jednak Doctor trwał na odnalezieniu dawnej ścieżki i dlatego znów musieliśmy się zanurzyć w las. Uparcie drzeliśmy się do góry. Stok nie dał za wygraną i postawił nam na drodze (raczej bezdrożu) kosówkę. Przez tą prawdziwą iglastą ścianę rwaliśmy jeszcze jakiś czas. Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było. Chyba po godzinie tego umoru dostaliśmy się w miejsce zwanym Wyżne Skałki. Trochę nam się odsłonił widok w stronę Bielskich i na Palenicę.
[attachment=27998]
Spojrzenie do góry nie spowodowoło nam ulgi i uśmiechu na twarzy.
[attachment=27999]
Trzeba by było jeszcze godzinkę się przedzierać. Nie będziemy się przecież porywać z czekanami na biedną kosówkę. Jednogłośnie uznajemy dawną ścieżkę za zaginioną i trąbimy do odwrotu. Przyroda się uradowała i w zamian nas jeszcze przy zejściu kosówka za pomocą wiatru śmigała gałęziamu po tyłkach. Taki sobie kosówkowy śmigus dyngus. W zejściu kierujemy się w stronę żlebu. Chyba jedyne dogodne miejsce na wyjście na Wołoszyn.
[attachment=28000]
Nasza wycieczka powoli dobiega do końca. Trzeba wracać na Raztokę i starannie przygotować się na odwiedziny. Ma przyjść sam wielki administrator. W oczekiwaniu na gościa dopełniamy utraconą energię w jadalni schroniska.
[attachment=28001]
Pedro zjawił się wieczorem w samą porę. Ja z DrE byliśmy już długo na suchu i wyglądaliśmy jak zwiędłe kwiaty. Nowy przydział energii zadziałał na nas jak pokropieniem żywą wodą. Długo do nocy mogła potem nasza trójka dyskutować.
Dzień czwarty 30.11.
Dla mnie to był dzień powrotu. Musiałem się wieczorem meldować w D. Łomnej i dlatego ze smutkiem odmówiłem zaproszenie na następną wycieczkę na Hawrań. Chciałem tym dwom młodzieńcom towarzyszyć, żeby sobie gdzie na górach krzywdy nie zrobili. Mógłbym wtedy dostać po uszach, że ich nie upilnowałem. Jeszcze za ćmy się z DrE i Pedrem pożegnałem. Oni pognali w kopczyki aż się za nimi kurzyło. Ja spokojnie dospałem, potem śniadanko i w zwolnionym tempie wyruszyłem w drogę powrotną. Na tym zakończyło się moje wędrowanie po Taterkach w tym roku. Z łezką w oku opuściłem ten, dla mnie dosyć duchowo działający, kraj.
P.S. Co porabiał DrE w czwartek i w piątek do południa i potem z Pedrem w poniedziałek i wtorek, niech sami opiszą.

:
-co robić ?
......iść na Kozi( wielu tego dnia -miało podobny pomysł).
Przynajmniej oryginalnie było, zamiast z czekanami w śnieg, poszliście ze sprzętem w krzaki 
Jest śnieg! Może bez szału, ale jeszcze z pewnością w tym roku napada. Zatęskniło mi się strasznie 

Doktor to bardzo rozmowny gość - gawędziarz. Kiedy ostatnio widzieliśmy się z Andrzejem, przegadaliśmy sporo czasu do późnej nocy. Fajnie było.
doczłapałem się do Wodogrzmotów, gdzie odbiłem w dół, a 10 minut później witałem się ze wspomnianą wcześniej dwójką w schronisku ? wyciągając małe co nieco o pojemności 0,7 litra :-)
Tak połową, bo na drugiej leżał zwalony pień i trzeba było znów trochę akrobacji ale w końcu znaleźliśmy się dalej. W końcu też wyszliśmy z lasu. Gdzieś tam wysoko mknęły jak szalone chmury, no ale skoro był halny to i musiały nawet chmury fruwać. Po nasyceniu się jakimiś słodkościami przyszła kolej na raki, początkowo bez czekana gdyż ten i tak w bardzo starym lawinisku na nic by się nie przydał. A właśnie takie lawinisko zalegające w dość stromym żlebie było początkiem naszej ?wspinaczki?.