![]() |
|
Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Wersja do druku +- Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl/forum) +-- Forum: Wyprawy, relacje, opisy (/forumdisplay.php?fid=18) +--- Forum: Tatry (/forumdisplay.php?fid=19) +--- Temat: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 (/showthread.php?tid=2500) |
Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Stasiu - 09-12-2009 07:56 PM Motto (dedykacja własna dla DrE): "Doktorze Etkerze trzeba już porzucić historyczne opisy tras po Taterkach, nastał czas na wytworzenie własnego przewodnika o nazwie "Wertepami po Tatrach z DrE". Zamawiam pierwszy egzemplarz." Pod koniec listopada nadarzyła mi się okazja przewietrzyć się po Taterkach. Bardzo się na ten okres cieszyłem i to z dwu powodów: 1. Koniec listopada to okres, kiedy po Taterkach wędrują albo uroczyście kończą rok już tylko prawdziwi górale i zarówno niby turystów góry już na samym początku z(od)rzucają. 2. No i nie trafia się na codzień robić sparingpartnera samotnemu guru Taterkowemu na GŚ - DrE i administratorowi - Pedrowi. Dzień pierwszy 27.11. Ten dzień miałem przeznaczony na przemieszczenie się z punktu A (tymczasowo to D. Łomna, Beskidy) do punktu B (schronisko na Raztoce, Tatry). Dalszym ważnym punktem programu było dostojne przywitanie się ze swoim przewodnikiem - wyżej wymienionym już DrE. Podróż przebiegała sprawnie na osi D. Łomna - Jabłonków - Poprad - Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody. Należycie obciążony wyruszam już po swych w stronę Palenicy i Raztoki. Jest godzina 12 w południe a trasa zieje pustkami. Właściwa pora dla przemieszczanie się tych, co nie lubią naszych świątecznych współtowarzyszy. Pogoda jako taka, nie promuje do zbytniego używania sprzętu fotograficznego. [attachment=27988] Bez problemów dochodzę do Raztoki. Okazuje się, że DrE nie jest w schronisku, ponieważ wyruszył na rekognoskację terenu. Mam wtedy czas na przygotowanie spotkania i dla otuchy częstuję się dwiema napojami jęczmiennymi. Przywitanie jest jak się na dwóch długo niewidzianych górołazów należy. Na rozmowie spędzamy całe popołudnie. Czas na plotkach szybko zleciał, że nawet nie udało się nam wyruszyć na zamyślaną wycieczkę do Moka. Jedynie czas od czasu wychodziliśmy przed schronisko w celu wędzenia doktorowych płuc (poniektórzy wiedzą, że się to dzieje dosyć często). [attachment=27989] Kiedy nastąpiła posucha, na dworze było już ciemno i dlatego postanowiliśmy udać się na spoczynek. Musiało to być jednak za wcześnie, ponieważ w nocy nas obudziły śpiewy pewnej grupy turystów, którzy chyba w Raztoce postanowili zakończyć swój sezon turystyczny. Dzień drugi 28.11. Uprzednio plan DrE przewidywał dojście do Piątki. Jednak nie najprościej Doliną Raztoki, bo za nudno, ale boczną granią na Wołoszyn, następnie do Krzyżnego i potem dopiero do schroniska. [attachment=27990] Miało to być chodnikiem, którym ostatnio chadzali partyzanci podczas wojny albo nieliczni turyści najdalej w latach 50-tych XX wieku. Jednak pogoda była moim sprzymierzeńcem i udało mi się namówić DrE na wariant raztocki i później się zobaczy. Doliną Raztoki idzie się nam sprawnie. Jednak powoli poznajemy, że w tym regionie zima zaczyna już panować. Płaty śnieżne na drodze są oblodzone i nawet vibram moich nowych bucików się tego wcale nie chwyta. Podejście czarnym szlakiem wogóle nas nie rozpieszcza. [attachment=27991] DrE coś mamrocze o rakach, ale ja go nie chcę słuchać i na dodatek jestem zbyt leniwy wyciągać je z wora. Wolę posuwać się stylem "starej babki z patykiem w ręku" (w tym miejscu chciałbym pozdrowić Kemota z jego pytaniem o niezapomnianych raczkach na miejskie chodniki). Po pokonaniu tych trudności, bez uszczerbku na zdrowiu, dochodzimy do Piątki. Na tej wysokości panuje zima już całym calem. Ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy się, że w schronisku jest dużo miejsc zarezerwowanych. Jakieś bractwo górołazów jest na kilkudniowym spotkaniu połączonym z wyświetlaniem video i foto prezentacji swoich wyczynów. Jednak jest wczesna pora (10:00) i udaje się nam zyskać dwa łóżeczka do spania. Po krótkim odpoczynku postanawiamy wyjść "normalką" na Kozi. Ja wiem, że dla niektórych to jest "tylko Kozi", ale nas nic innego nie oświeciło i bierzemy to jako wyjście aklimatyzacyjne. Drogę na Kozi nie trzeba drobiazgowo opisywać. [attachment=27992][attachment=27993] Podejście w Szerokim Żlebie już czyście zimowe i bez problemów w przypadku użycia zimowego ekwipunku. Śnieg był, jak mówił DrE, dobrze czepny. Największym niebezpieczeństwem były kawałki zmarzniętego śniegu uwolnionych wyżej lezącymi. Raz dostałem takim kawałkiem do nogi. No, nie chciałbym nim oberwać po g...e (buzi). Na samotny sczyt nie dotarliśmy. Tylko o 10 m niżej położoną przełęcz. Czas na powinną sesję zdjęciową. [attachment=27994][attachment=27995] Schodzenie z Koziego nam nie robi trudności. Mniej zaawansowani wybierają tzw. "babski styl" tj. twarzą do stoku (już nie wiem kto to pierwszy poznaczył na GŚ). Do schroniska dochodzimy o 14:30. Wnętrze zaczyna się zapełniać potencjalnymi słuchaczami albo ewentualnymi kandydatami spania na glebie. Z DrE zajmujemy dogodne miejsca, żeby później dobrze widzieć na płótno (ekran). Jakiekolwiek opuszczenie miejsca grozi jego utratą na rzecz innej osoby na cały wieczór. Czas do rozpoczęcia prezentacji krócimy sobie dopełnianiem utraconej energii. Prezentacja rozpoczyna się wyświetleniem filmu o tragedii podczas komercyjnego zdobywania Mt. Everestu w roku 2006. [attachment=27996] Punktem kulminacyjnym była prezentacja jednej z uczestniczek wyprawy na Aconcague, Andy. Dalej potem następowały dalsze górskie prezentacje innych członków tego braterstwa. Wraz z zakończeniem seansu wypróźniliśmy z DrE wszystkie zasoby, co ponagliło nas do zaniechania wszystkich czynności i w końcu zajęcia pozycji poziomej na swych legowiskach. Dzień trzeci 29.11. Szanowny mój przewodnik - DrE - miał w planie przejść do Raztoki w odwrotną stronę niż przewidywał plan z przeszłego dnia. Jednak tym razem pokrzyżował nam plany wiatr, zwany tutaj Halnym. Na grani musiało porządnie dmuchać, ponieważ w D5SP ledwo trzymaliśmy się na nogach. [attachment=27997] Pozostało nam tylko zejście prosto do Raztoki i próbować wariant szukania drogi na Wołoszyn od dołu. Jak się później okazało, była to dobra strategia. Szukanie zarośniętej drogi z pełnym plecorem nie jest kuszące. Najpierw jednak zejście do Raztoki, które poprzedza nałożeniem raków na czas zejścia czarnym szlakiem i niedowierzaniem, kiedy trzej chłopaczkowie w tenisówkach postanowili na styku czarnego i zielonego szlaku podążać w stronę Siklawy. Fajny to był ubaw. My w buciorach górskich i rakach a oni w tenisówkach. Siły ponownie nabieramy w Raztoce. W zaistniałej sytuacji nic się nie mieni. Żaden Forumowicz nas nie wita w schronisku, Pedro umawiał się dopiero na wieczór i wiatr jak dmucha, tak dmucha. Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne i DrE nakazał skręcić w las, który kiedyś był lasem. Teraz jednak to były tylko połamane kikuty, wywrócone pnie i mech. Odnalezienie zaginionej ścieżki porównałem do stylu "szukaj wiatra w polu". Można to powiedzieć normalnie, ponieważ nie jest nic dobrego słuchać jak w lesie spadają drzewa pod naporem wiatru. Jednak torowanie sobie drogi tym prehistorycznym lasem to była tylko słaba herbatka. Nawet zaświtała nadzieja w postaci usypiska o trafnej nazwie Usypisty Żleb, który by nas może doprowadził gdzieś wyżej na stok. Jednak Doctor trwał na odnalezieniu dawnej ścieżki i dlatego znów musieliśmy się zanurzyć w las. Uparcie drzeliśmy się do góry. Stok nie dał za wygraną i postawił nam na drodze (raczej bezdrożu) kosówkę. Przez tą prawdziwą iglastą ścianę rwaliśmy jeszcze jakiś czas. Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było. Chyba po godzinie tego umoru dostaliśmy się w miejsce zwanym Wyżne Skałki. Trochę nam się odsłonił widok w stronę Bielskich i na Palenicę. [attachment=27998] Spojrzenie do góry nie spowodowoło nam ulgi i uśmiechu na twarzy. [attachment=27999] Trzeba by było jeszcze godzinkę się przedzierać. Nie będziemy się przecież porywać z czekanami na biedną kosówkę. Jednogłośnie uznajemy dawną ścieżkę za zaginioną i trąbimy do odwrotu. Przyroda się uradowała i w zamian nas jeszcze przy zejściu kosówka za pomocą wiatru śmigała gałęziamu po tyłkach. Taki sobie kosówkowy śmigus dyngus. W zejściu kierujemy się w stronę żlebu. Chyba jedyne dogodne miejsce na wyjście na Wołoszyn. [attachment=28000] Nasza wycieczka powoli dobiega do końca. Trzeba wracać na Raztokę i starannie przygotować się na odwiedziny. Ma przyjść sam wielki administrator. W oczekiwaniu na gościa dopełniamy utraconą energię w jadalni schroniska. [attachment=28001] Pedro zjawił się wieczorem w samą porę. Ja z DrE byliśmy już długo na suchu i wyglądaliśmy jak zwiędłe kwiaty. Nowy przydział energii zadziałał na nas jak pokropieniem żywą wodą. Długo do nocy mogła potem nasza trójka dyskutować. Dzień czwarty 30.11. Dla mnie to był dzień powrotu. Musiałem się wieczorem meldować w D. Łomnej i dlatego ze smutkiem odmówiłem zaproszenie na następną wycieczkę na Hawrań. Chciałem tym dwom młodzieńcom towarzyszyć, żeby sobie gdzie na górach krzywdy nie zrobili. Mógłbym wtedy dostać po uszach, że ich nie upilnowałem. Jeszcze za ćmy się z DrE i Pedrem pożegnałem. Oni pognali w kopczyki aż się za nimi kurzyło. Ja spokojnie dospałem, potem śniadanko i w zwolnionym tempie wyruszyłem w drogę powrotną. Na tym zakończyło się moje wędrowanie po Taterkach w tym roku. Z łezką w oku opuściłem ten, dla mnie dosyć duchowo działający, kraj. P.S. Co porabiał DrE w czwartek i w piątek do południa i potem z Pedrem w poniedziałek i wtorek, niech sami opiszą. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 09-12-2009 09:00 PM Pięknie to Stasiu opisałeś ![]() Uzupełnie małym fotoreportażykiem :1.Naczynka osuszone -co robić ?2 ......iść na Kozi( wielu tego dnia -miało podobny pomysł).3.No to staneliśmy na wcięciu w grani wierzchołkowej. 4.A stąd takie widoki: w stronę Świnicy. 5.Hrubego i Krywania. 6.Mięguszowieckich. 7.Ku Gerlachowi. 8.I poniżej -patrząc w stronę Szpiglasowej . RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 09-12-2009 09:12 PM 1-2.Pomyślnie staczamy się w dół i jesteśmy z tego powodu very happy. 3.Jest późno-zatem kierunek schron w DPSP.(ciekawa sprawa Przedni Staw już zamarznięty w przeciwieństwie do Wielkiego-zapewne spowodowane to różnicą wielkości między nimi). 4.Mimo godziny 14-wciąż napotykamy całe mnóstwo chętnych szczytowania na Kozim. 5-8.Kultura,kultura i jeszcze raz kultura.
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 09-12-2009 09:27 PM 1-3.Napotykamy obiecujący piarg w lesie.... 4....po czym go porzucamy , na rzecz badań na niegdyś pono istniejąco ścieżką. 5...pośród ładnych widoków na Bielskie... 6.... docieramy do grupy skałek na zawrotnej wysokości c.a 1500m. 7...skąd tylko z powrotem, ale wciąż z ładnymi widokami. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - tomtur - 09-12-2009 09:31 PM O q....a a mnie tam nie było chłopaki fajnie ale w piatek wieczorem JESTEM RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - magda.s.77 - 09-12-2009 09:45 PM Ja myślałam, że z DrE to jak z najlepszą i najbardziej szczegółową mapą, można iść w ciemno i na ślepo A się okazuje, że Doktor też może wyprowadzić na manowce Przynajmniej oryginalnie było, zamiast z czekanami w śnieg, poszliście ze sprzętem w krzaki ![]() Uradowały się moje gały Jest śnieg! Może bez szału, ale jeszcze z pewnością w tym roku napada. Zatęskniło mi się strasznie
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 09-12-2009 10:09 PM magda.77 napisał(a): A się okazuje, że Doktor też może wyprowadzić na manowce
Bo to były badania naukowe... RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Agnieszka.S - 09-12-2009 10:39 PM No piknie mieliście Panowie! Zamarzyły mi się zimowe Tatry, tym bardziej, że takich jeszcze nie zaznałam.., ale co tam-wszystko przede mną.. Doktór-tak właśnie myślałam, że to były badania naukowe Ps. Stasiu, czego szukasz na tej etykietce?
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - lapikus - 09-12-2009 11:16 PM Stasiu! Widzę, że żona nie kazała Ci się sobą długo zajmować, skoro relacja już powstała. ![]() Oj, wysmykoł Cie ten nasz Doktor po taterkach,.... wysmykoł! Kiedy się dwóch starych lisów wysokogórskich spotyka, to musi z tego wyjść impreza przedniego gatunku. Hulaszczy wiaterek trochę szyki Wam pokrzyżował, ale nie za bardzo daliście mu satysfakcji z wygranego pojedynku. Nawet drwiny rzekomej ścieżki, która skutecznie zagrała z Wami w chowanego, nie były w stanie wybić Was z rytmu dobrej zabawy. Ale najbardziej zazdroszczę Wam spotkań wieczorową porą odbywanych przy wtórze bulgotu gorzałki wychylanej za zdrowie Wasze. Ach, aż mi ślinka pociekła....Następnym razem! RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - magda.s.77 - 09-12-2009 11:18 PM dr.Etker napisał(a): Bo to były badania naukowe...
![]() A przy tym inhalacja kosówkowymi olejkami eterycznymi... :rolleyes:
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - maciek - 10-12-2009 09:14 AM Stasiu napisał(a): Na rozmowie spędzamy całe popołudnie.
O tak! Stasiu napisał(a): Trzeba nam szukać tej tajemniczej ścieżki na Wołoszyn. Najpierw bagatelka - podchodzimy do rozstania szlaków na Polanie pod Wołoszynem. Tutaj kończą się wszystkie wymogi cywilizacyjne... Jednak zaginionej ścieżki jak nie było, tak nie było.
Faktycznie, odnalezienie tej ścieżki graniczy z cudem. Próbowałem tego dokonać w latach dziwięćdziesiątych ubiegłego stulecia Stasiu napisał(a): ... Łysa Polana. Tutaj miałem ostatnią możliwość zaopatrzyć się w należyty prowiant i napój zcelujący. Lubię te miejscowe specjały, tym razem to był napój z czarnej jagody.
Chyba nie to? RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Arrow - 10-12-2009 09:39 AM Jak zwykle świetna relacja. Widzę że kultura zastępuje dawne "nudy" ![]() Fajnie by było kiedyś się z Wami ukulturalnić. Niestety na Filipke się nie uda wyrwać ![]() Tomek RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Pedro - 10-12-2009 09:41 AM Kiedy to parkowałem niedzielnym wieczorem na Palenicy wiedziałem, że w Roztoce czekają już na mnie Stasiu i Doktor. Samochód za uzgodnieniem z parkingowym pozostawiłem za elektrycznym pastuchem, co by żadnemu niedźwiedziowi nie przyszło na myśl podotykać sobie mojego autka - no i wyruszyłem w drogę. Byłem totalnie sam, ani jednej osoby, dookoła ciemny las rozświetlany tylko zasięgiem mojej czołówki. Gdzieniegdzie świtała myśl, że misie to jeszcze chyba nie poszły spać. Poza tym ciemność dała mi się podwójnie we znaki. Nie mogłem dobrze przypatrzyć się nowiutkiemu asfaltowi, czyli czemuś czym się zajmuje służbowo. Tak "nie spełniony" zawodowo doczłapałem się do Wodogrzmotów, gdzie odbiłem w dół, a 10 minut później witałem się ze wspomnianą wcześniej dwójką w schronisku ? wyciągając małe co nieco o pojemności 0,7 litra :-)A tam? Byliśmy sami. No oprócz pani w recepcji. A ta chyba jakaś nowa, bo jak pokazałem legitymację PTTK to zrobiła wielkie oczy i wykonała jakiś telefon z zapytaniem czy i ile zniżki na takową legitymację mi przysługuje. Po opłaceniu noclegu zamówiłem żurek, wypisany dużymi literami na kartce coś w stylu ?specjalność zakładu?. Degustacja nie wypadła jednak zbyt pomyślnie no i doszedłem do wniosku, że na ?niespecjalności? to ja ochoty tym bardziej nie mam. Wieczór oczywiście ciekawy i sympatyczny, tylko niestety dowiedziałem się wtedy, że Stasiu nie będzie nam towarzyszyć na szlaku i jutro wraca do siebie. No nic, następnym razem. A my z Doktorem? No my po minionym wieczorze też musieliśmy wrócić do siebie Tym bardziej, że chcieliśmy trochę poszaleć :-)Rankiem znaleźliśmy się kilka kilometrów za granicą polsko-słowacką. Bardzo błotnista droga zagłębiła nas w las. Byliśmy ciekawi czy spotkamy tutaj jakiegoś dwunożnego żywego ducha. I spotkaliśmy. Zza drzewa wyłonił nam się pan w zielonej czapeczce i ze strzelbą w ręku. Spojrzeliśmy na siebie podejrzliwie i poszliśmy każdy w swoją stronę. Nasza trasa nabrała niestety niedługo charakteru bardzo chaszczowatego. Trzeba było się mnóstwo naprzedzierać, upocić i w ogóle powyczyniać przeróżne akrobacje pomiędzy gałęziami powalonych drzew. Tak zasapani dotarliśmy w końcu do normalnej ścieżki i odetchnąwszy z ulgą puściliśmy się już żwawym krokiem w dół pobliskiego kanionu. A ten dość nietypowy i choć mocno zarośnięty to jednak zapadający w pamięć, wraz ze swymi wysokimi ścianami, miejscami zamarzniętym potokiem, no i co by nie było nutką tajemniczości. Ledwo go opuściliśmy jak się okazało, że kawałek dalej kanion opuszczał się kilkudziesięciometrowym stromym progiem, fajny widok. Powoli rozpoczęły się odsłaniać wyższe partie Tatr. W oddali przyśnieżone Wołoszyny, gdzieś tam Giewont na horyzoncie... A my trafiliśmy znów w las, a po kolejnej chwili pokonywaliśmy stromy żleb w lesie połową mostka Tak połową, bo na drugiej leżał zwalony pień i trzeba było znów trochę akrobacji ale w końcu znaleźliśmy się dalej. W końcu też wyszliśmy z lasu. Gdzieś tam wysoko mknęły jak szalone chmury, no ale skoro był halny to i musiały nawet chmury fruwać. Po nasyceniu się jakimiś słodkościami przyszła kolej na raki, początkowo bez czekana gdyż ten i tak w bardzo starym lawinisku na nic by się nie przydał. A właśnie takie lawinisko zalegające w dość stromym żlebie było początkiem naszej ?wspinaczki?.Lód zmienił się niedługo w śnieg, a ten przeplatał się z trawkami na przemian zmrożonymi oraz tymi tylko mokrymi. Kąt nachylenia jakoś ciągle się nieprostował, a nawet bym powiedział że jeszcze się podniósł. Doszliśmy do jakiegoś prożku, patrzę a tu Doktor wyczynia jakieś akrobacje na skale. Popatrzyłem, pomyślałem i wywnioskowałem że co jak co ale ja tamtędy to na pewno nie idę. No i poszedłem w bok. Co prawda trawki, ale myślałem, że będzie łatwiej. I było, ale szkoda że przez parę pierwszych kroków. W końcu stanąłem i tak myślę, do góry za stromo, w bok nie bardzo, w dół hm w dół to też nie bardzo :-) Nastąpiła chwila konsternacji, bo tak właściwie to tu nijakiego chwytu nie było. Pomyślałem sobie raz kozie żleb no i chwilę później robiąc tymczasowy wycof stanąłem w nazwijmy to bezpiecznym miejscu, ale wciąż poniżej prożku. Zalodzona i mało urzeźbiona skała jakoś mnie nie zachęcała, spróbowałem wariantem trzecim, troszkę wspomagając się kosodrzewiną no i tym razem się udało. A wyżej to już śnieg, taki w sam raz na raki, jeszcze przez jakiś mały i stromy wąwóz pozostało przejść i już byłem na górze. Tzn, na górze skalistej części żlebu, choć cały czas jakieś pewnie 300 metrów poniżej grzbietu. Troszkę rozważań z Doktorem na temat naszego czasu, no i czy ma sens nasza wędrówka do góry. Po tej naradzie wojennej skierowaliśmy wzrok ku górze, a zaraz za wzrokiem nasze kroki. Tu uważam, że wkradł się w nasze poczynania pewien błąd. Nie wyciągnęliśmy czekanów. O ile na początku był to twardy śnieg przeplatający się z trawami, to po chwili tych trawek już nie było, a jak się obejrzałem w dół a później popatrzyłem na kijki w ręce to dalej stopnie i kroki robiłem już bardzo uważnie. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z zamierzeniami i koniec końców znaleźliśmy się na grzbiecie na wysokości około 1860 metrów. Przed nami rozpościerała się dość połoga choć skalista grań, która wg naszych pierwotnych zamierzeń miała nas zaprowadzić na zaplanowany szczyt. Ten jednak będący niemal 300 metrów ponad nami i we wcale nie tak małej odległości zdawał się być celem nieosiągalnym przy dzisiejszej długości dnia, jeśli chcieliśmy za widoku zejść tym co by nie było przedstawiającym jakieś trudności stokiem. Tak więc odpuściliśmy. Przez chwilę tylko pozwoliliśmy aby wiatr nas popieścił swoimi zimnymi podmuchami (w ten dzień na Kasprowym zarejestrowano podmuchy dochodzące do 144 km/h), popatrzyliśmy na spektakl chmurno-wietrzny no i rozpoczęliśmy powrót. Ten już dość szybki, choć trochę innym wariantem gdyż chcieliśmy ominąć wspomniany prożek. Niżej już prawie wchodząc w kosodrzewinę zaliczyłem małe poślizgnięcie na zlodowaciałym śniegu, ale z użyciem czekana zatrzymałem się pewnie raptem ze 3 metry niżej, cały, zdrowy, a nawet uśmiechnięty. No i tak to się skończyła nasza główna na dziś przygoda. Jeszcze powrót u podnóża mało znanych choć całkiem sporych i przewieszonych w wielu miejscach wapiennych skał, później obiadek w Bukowinie Tatrzańskiej i powrót do Roztoki. A tam mieliśmy snuć plany na dzień jutrzejszy, choć prognozy pogody zbyt dobre to nie były... Jak się okazało dnia następnego prognozy się nie sprawdziły. Pogoda była dużo gorsza od tej złej zapowiadanej. Podejmowanie jakichkolwiek wysokogórskich działań mijało się z celem gdyż z jakiejkolwiek grani to najprawdopodobniej by nas zwiało, a poza tym zaczęło padać. Zmieniliśmy więc region na polskie Tatry Zachodnie, choć wycieczki nie ma co specjalnie opowiadać. Generalnie towarzyszyła nam ulewa która powyżej 1500 metrów, chwilami padała już bardziej poziomo niż pionowo, zaczęły się coraz większe zalodzenia trawek, widoczność słaba, choć na tej wysokości byliśmy jeszcze poniżej chmur. Po kilku godzinach moknięcia wróciliśmy do samochodu bez zdobycia żadnego konkretnego celu, za to dość przewietrzeni :-) PS. Zdjęcia będą później. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Pablo - 10-12-2009 10:58 AM Ładnie ![]() Bardzo fajnie, nowe nie nieodkryte rejony... a mówi się że TAtry takie małe, oba opowiadania to dobry przykład, że bez zdobywania szczytu można dobrze się bawić a i pretekst jest by tam wrócić nastepnym razem
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Mallaidh - 10-12-2009 02:49 PM Obie relacje stylowe - generalnie to się nałaziliście po krzokach Gratulacje, ze nic Was nie zeżarło
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 10-12-2009 03:39 PM No to jeszcze fotoreportaż. 1.W chaszczatym kanionie... 2....dokonuję ciekawej obserwacji florystycznej.Skalnica gronkowa(wapieniolubna) rosnąca na podkładzie zdecydowanie kwaśnym(zmruszały konar). 3.Odsłaniają się powoli widoki -to focimy. 4....mosty pana starosty.... 5....i sposoby ich przejścia. 6.Cel już widoczny.... 7....no to dyla w górę , dolną ,wąską i nieco skalistą częścią żlebu.(W trakcie jakichkolwiek stopni lawinowych -nie proponuję-to swoisty kolektor ściekowy z leja powyżej). 8.Widoczek z trawiastej buli, tuż ponad dolną częścią żlebu. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 10-12-2009 03:53 PM 1-3.Na bocznej grani odsłaniają się widoczki... w prawo... 4....lewo... 5...przed siebie(trochę wieje-chwilami). 6-7...no to focimy , patrzymy na zegarki.... i w dół. 8-9.Na polanie. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 10-12-2009 04:09 PM 1-2.Jeszcze widoki z polany. 3...jest domek.... 4.... i zasięg-można by mieszkać. ![]() 5-8.Chwała i cześć-chitynowcom. 9-10.Następny dzień-jakiś taki deszczowy.
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - lapikus - 10-12-2009 07:05 PM Nie powiem, niezłe wrażenie robi ten grizzly na zdjęciu nr. 7 z postu 17. ![]() Kiedy tak czytam sobie, gdzie to ten nasz Doktór prowadzi swoich towarzyszy, to zaczynam mieć niejakie wątpliwości, czy aby na pewno będzie dobrym pomysłem spotykanie się z nim w jego naturalnym środowisku. Może jednak bardziej adekwatnym do moich umiejętności, będzie jakieś niezobowiązujące party na wypłaszczeniu. Muszę nad tym pomyśleć? Na razie, niech się męczą inni, a ja sobie poczytam! Relacja w dechę.
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 10-12-2009 07:42 PM lapikus napisał(a): Kiedy tak czytam sobie, gdzie to ten nasz Doktór prowadzi swoich towarzyszy, to zaczynam mieć niejakie wątpliwości, czy aby na pewno będzie dobrym pomysłem spotykanie się z nim w jego naturalnym środowisku.
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Stasiu - 10-12-2009 07:58 PM lapikus napisał(a): Nie powiem, niezłe wrażenie robi ten grizzly na zdjęciu nr. 7 z postu 17.
![]() Kiedy tak czytam sobie, gdzie to ten nasz Doktór prowadzi swoich towarzyszy, to zaczynam mieć niejakie wątpliwości, czy aby na pewno będzie dobrym pomysłem spotykanie się z nim w jego naturalnym środowisku. Może jednak bardziej adekwatnym do moich umiejętności, będzie jakieś niezobowiązujące party na wypłaszczeniu. Muszę nad tym pomyśleć? Na razie, niech się męczą inni, a ja sobie poczytam! Relacja w dechę. ![]()
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - lapikus - 10-12-2009 09:25 PM dr.Etker napisał(a): Zapraszam do uczestnictwa w podobnych imprezach Ciebie wraz z Małżonką.
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 10-12-2009 09:54 PM lapikus napisał(a): Tego, że w końcu uściśniemy sobie nasze prawice, jestem pewien, jedynym pytaniem pozostaje: kiedy?
Oby rychło RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - bober37 - 11-12-2009 12:34 PM Pierwszorzędne relacje, ciekawe zakręcone po krzokach, wyborne towarzystwo, mimo jednak nie sprzyjającej pogody czas w górach miło spędziliście, zazdroszczę troszkę że nie mogłem pojechać, fajowe focie mimo nie sprzyjającej pogody, pozdrówka dla calej Trójcy góraołazów ))
RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - Yaremka - 11-12-2009 12:59 PM Taż wam panowie zazdroszczę. Relacja fajna, fotki też całkiem całkiem. Widzę, iż zima w Tatrach na całego. Pozdrawiam wszystkich. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - paaulo - 11-12-2009 03:32 PM Jak nie Wołoszyn, to Hawrań. Recydywa panowie. ![]() Mało zimowe warunki, ale i tak fajnie mieliście. RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - dr.Etker - 15-12-2009 11:45 AM paaulo napisał(a): Recydywa panowie.
![]()
Rekondycja Paaulo-tylko rekondycja(też wyraz na Re) RE: Wędrowanie z DrE - Tatry, listopad 2009 - kasat - 27-01-2010 04:02 PM Może trochę późno na odpowiedż ale dopiero teraz dokopałem się ![]() Piękne relacje napisaliście Panowie , cud ![]() A co do Doktora to tak On lubi człeka przez chaszcze poprowadzić w celu odnalezienia ścieżyny którą albo nie odnajdujemy lub znajdujemy nie tą co miała być , ale do celu zawsze dojdziesz. W Tarach Bielskich jak poszliśmy w poszukiwaniu "Etosu" to myślałem że ducha wyzionę na początku takie chaszcze i jeszcze stromo że ho ho.. Dlatego z Doktorem zawsze i wszędzie (Doktorze wymyśl coś na tatery jak wrócisz z Kościelca i co tam jeszcze) Ładnie się czyta wasze relacje bo są z humorkiem - macie łeb ![]() Hejka. |