W piękną, wrześniową sobotę postanowiłyśmy odwiedzić Baranią Górę. Tak się jakoś zawsze składało, że przy zdobywaniu okolicznych górek zawsze o niej zapominałam - więc prz najbliższej okazji postanowiłam to nadrobić.
Start zapewniamy sobie dość wysoki, bo z Przełęczy Salmopolskiej. I niestety też późny - pomimo, że to pierwszy autobus, na miejscu jesteśmy około 9.00. Tutaj pierwsze moje zdziwienie - z autobusu wysiada dość sporo ludzi i gramolą się razem z nami na szlak. Wygląda na to, że dzisiaj możemy zapomnieć o czymś takim, jak pustki w beskidach 
Poranne jesienne światełko sprawia, że podczas pierwszgo podejścia w lesie praktycznie nie chowam aparatu. Niestety las dość szybko się kończy.
Temperatura nie jest już tak jesienna. Słońce przygrzewa mocno, ale nie ma co narzekać - cieszymy się błękitnym niebem 
Widoczność nie powala. Nawet Królowa Niepogód tak jakby niezbyt miała ochotę się dzisiaj komukolwiek pokazywać... 
Docieramy na szczyt Baraniej Góry, a tu tłumy. Przeciskamy się na wieżę widokową. W oddali majaczą Tatry, w dole zaś dość przygnębiający krajobaz 'jak po wojnie', tak charakterystyczny dla tej części Beskidu Śląskiego. Na szczęście jest też skrawek lasu, który jeszcze troszkę żyje i znacząco poprawia sytuację.
Niezbyt widzi mi się powrót tym samym szlakiem - jak to było w planie. A, że Ola podziela moje zdanie, współnie więc stwierdzamy, że idziemy dalej. Wyruszamy w stronę Przysłopu.
Tutaj las jakoś się trzyma. Co jakiś czas ukazują się widoki na Małą Fatrę.
Docieramy do schroniska. Nerwowo patrzę na zegarek i zaczynam przesądzać, że naszą dzisiejszą wycieczkę zakończymy jednak w Wiśle.
Po jakimś czasie dochodzimy do asfaltowej drogi, której jedyną atrakcją jest Czarna Wisełka.
Po dojściu do cywilizacji podejmujemy marną próbę dostania się do niebieskiego szlaku, która niestety poprzez obtarcia Oli i dość późną godzinę kończy się tak :
I tak podziwiam dziewczynę za to, że w takich buciorach przeszła te kilometry.
W rezultacie zadowolone łapiemy stopa do Wisły i stamtąd długa i zawiła droga PKP do Bielska. Ważne, że z uśmiechem na twarzy 
Widzę, że Ola naprawdę dała się wkręcić w górołażenie i to mnie naprawdę cieszy. Jest zadowolona i już planujemy kolejne trasy.
A ja obiecuję sobie, że na Baranią Górę wrócę zimą. Jak pogoda pozwoli, to jeszcze w tym roku