Ferrata Ivano Dibona
Masyw Monte Cristallo
Zaczęliśmy w tym samym miejscu, gdzie byłem z Sylwkiem i DrE rok wcześniej, poniżej Paso Tre Croci przy Rio Gere, bilet w jedną stronę na podwójną kolejkę do Rif. G. Lorenzi. Na dole nowoczesnymi krzesełkami potem przesiadka w budzące wiele emocji małe puszeczki z zeszłego wieku, powyginane ze skromnej skorodowanej cienkiej blachy, ale to już było? wyskakujemy, zresztą tak jak wskoczyliśmy w biegu. Koło schroniska dokonujemy "kamuflażu" i w drogę, tym razem nie w prawo na krótką, acz treściwą ferratę M. Bianchi, tylko w lewo na Ivano Dibonę piękną i długą trasę, bez możliwości w razie w. wcześniejszego opuszczenia, ze względu na jej wysokogórski graniowy charakter. Droga nie trudna ale bardzo malownicza, sama trasa wiodąca pięknymi formami skalnym, miejscami dużo powietrza, widoki na otaczające dalekie szczyty wokół, robą wielkie wrażenie. Początek słynnym, najdłuższym wiszącym mostem w Dolomitach, z niego od razu pionowe drabinki w górę i łatwa grań. Dalej skręciliśmy na rozstaju w lewo na boczną krótką grańkę by zdobyć pierwszy dzisiejszego dnia trzytysięcznik Cristallino Dampezzo. Dzięki temu, że są na niego droga wejściowa i zejściowa, udaje się wracając tą samą, wyprzedzić grupę dość głośnych, niemieckojęzycznych oldbojów. Momentami trasa wiedzie nas trawersami południową ścianą, półkami skalnymi, mijając co jakiś czas ruiny z I Wojny Światowej, w jednej z nich Ric Buffa di Perrero, lepiej zachowanej, można awaryjnie zabiwakować, zachował się nawet dach, a w środku jakieś pozostałości żołnierskich pryczy. Już dalej, w momencie gdy stalowa lina niknie zaczyna się bardzo nieprzyjemny fragment najpierw trawersu, potem w dół okropnym piarżyskiem, niżej stającej dęba ściany. Trzeba uważać na każdy krok, bo w takim "łatwym" terenie najłatwiej właśnie o wypadek. Dalej już spokojnie dochodzimy do przełęczy, na której ostro w dół żlebem, którym po prostu wszystko zjeżdża w dół, nie wiadomo jaką tu technikę zsuwania obrać, by nie zjawić się za szybko na dole, trasa ferraty wiedzie dalej trawersem w prawo, my jednak nie opuszczamy żlebu i dajemy w dół, jest to po paru godzinach trasy pierwsze miejsce zejściowe. Dalej po stromych trawach zakosami i znów piargiem, ale już nie tak stromym, można swobodnie zjeżdżać jak w śniegu, choć nogi nie powiem, strasznie paliły po tych praktykach. Teraz już wchodzimy w las i wzdłuż ściany, lekko w górę, w odwrotnym kierunku niż jeszcze parę godzin temu kilkaset metrów wyżej. Tu niżej na 2 tyś metrów jest bardzo upalnie, więc przy sztucznym zbiorniku wodnym na Paso Son Forcia robimy popas z moczeniem nóg, potem skracamy drogę kawałek trasą narciarską i dalej normalną znakowaną wąską ścieżką, przez czyjąś tam łąkę z pasącymi się milkami, aż do samochodu. I tak oto zdrowo zmęczeni, z bananami na gębach wróciliśmy na kemping.
Ps Madzia pamiętasz ekipę rodaków z Punta załadowanego po sufit ?? czekany, spodnie zimowe, kochery itd.. zdrowo atakowali ?
PS. dwa -Ten skrót wydarzeń napisałem wczoraj jadąc w pociągu, pozostaje jeszcze tylko jakieś fotki dodać.
Pozdrawiam
p.
blaszane piguły - ulotne wrażenie bezpiecznego podróżowania 
cepry na tarasie schroniska Rif. G Lorenzi
ludziki na f. M. Bianchi
Most Ponte Cristallo - 26 m dł. drewnianych deseczek na wiszących nad przepaścią linach.
spojrzenie wstecz na R. Lorenzi
dokarmianie ptactwa (Wieszczki)
Dziewczyny na deskach - jak na molo w Sopocie 
Ric Buffa di Perrero
Sentierro-ferrata i dziewczyny
i już po trudnościach
klapkowiczki nad mokiem
ścieżka przez łąkę z milkami czy mućkami, jak kto woli