Kiedy to parkowałem niedzielnym wieczorem na Palenicy wiedziałem, że w Roztoce czekają już na mnie Stasiu i Doktor. Samochód za uzgodnieniem z parkingowym pozostawiłem za elektrycznym pastuchem, co by żadnemu niedźwiedziowi nie przyszło na myśl podotykać sobie mojego autka - no i wyruszyłem w drogę. Byłem totalnie sam, ani jednej osoby, dookoła ciemny las rozświetlany tylko zasięgiem mojej czołówki. Gdzieniegdzie świtała myśl, że misie to jeszcze chyba nie poszły spać.
Poza tym ciemność dała mi się podwójnie we znaki. Nie mogłem dobrze przypatrzyć się nowiutkiemu asfaltowi, czyli czemuś czym się zajmuje służbowo. Tak "nie spełniony" zawodowo
doczłapałem się do Wodogrzmotów, gdzie odbiłem w dół, a 10 minut później witałem się ze wspomnianą wcześniej dwójką w schronisku ? wyciągając małe co nieco o pojemności 0,7 litra :-)
A tam? Byliśmy sami. No oprócz pani w recepcji. A ta chyba jakaś nowa, bo jak pokazałem legitymację PTTK to zrobiła wielkie oczy i wykonała jakiś telefon z zapytaniem czy i ile zniżki na takową legitymację mi przysługuje. Po opłaceniu noclegu zamówiłem żurek, wypisany dużymi literami na kartce coś w stylu ?specjalność zakładu?. Degustacja nie wypadła jednak zbyt pomyślnie no i doszedłem do wniosku, że na ?niespecjalności? to ja ochoty tym bardziej nie mam.
Wieczór oczywiście ciekawy i sympatyczny, tylko niestety dowiedziałem się wtedy, że Stasiu nie będzie nam towarzyszyć na szlaku i jutro wraca do siebie. No nic, następnym razem. A my z Doktorem? No my po minionym wieczorze też musieliśmy wrócić do siebie
Tym bardziej, że chcieliśmy trochę poszaleć :-)
Rankiem znaleźliśmy się kilka kilometrów za granicą polsko-słowacką. Bardzo błotnista droga zagłębiła nas w las. Byliśmy ciekawi czy spotkamy tutaj jakiegoś dwunożnego żywego ducha. I spotkaliśmy. Zza drzewa wyłonił nam się pan w zielonej czapeczce i ze strzelbą w ręku. Spojrzeliśmy na siebie podejrzliwie i poszliśmy każdy w swoją stronę.
Nasza trasa nabrała niestety niedługo charakteru bardzo chaszczowatego. Trzeba było się mnóstwo naprzedzierać, upocić i w ogóle powyczyniać przeróżne akrobacje pomiędzy gałęziami powalonych drzew. Tak zasapani dotarliśmy w końcu do normalnej ścieżki i odetchnąwszy z ulgą puściliśmy się już żwawym krokiem w dół pobliskiego kanionu. A ten dość nietypowy i choć mocno zarośnięty to jednak zapadający w pamięć, wraz ze swymi wysokimi ścianami, miejscami zamarzniętym potokiem, no i co by nie było nutką tajemniczości.
Ledwo go opuściliśmy jak się okazało, że kawałek dalej kanion opuszczał się kilkudziesięciometrowym stromym progiem, fajny widok. Powoli rozpoczęły się odsłaniać wyższe partie Tatr. W oddali przyśnieżone Wołoszyny, gdzieś tam Giewont na horyzoncie... A my trafiliśmy znów w las, a po kolejnej chwili pokonywaliśmy stromy żleb w lesie połową mostka
Tak połową, bo na drugiej leżał zwalony pień i trzeba było znów trochę akrobacji ale w końcu znaleźliśmy się dalej. W końcu też wyszliśmy z lasu. Gdzieś tam wysoko mknęły jak szalone chmury, no ale skoro był halny to i musiały nawet chmury fruwać. Po nasyceniu się jakimiś słodkościami przyszła kolej na raki, początkowo bez czekana gdyż ten i tak w bardzo starym lawinisku na nic by się nie przydał. A właśnie takie lawinisko zalegające w dość stromym żlebie było początkiem naszej ?wspinaczki?.
Lód zmienił się niedługo w śnieg, a ten przeplatał się z trawkami na przemian zmrożonymi oraz tymi tylko mokrymi. Kąt nachylenia jakoś ciągle się nieprostował, a nawet bym powiedział że jeszcze się podniósł. Doszliśmy do jakiegoś prożku, patrzę a tu Doktor wyczynia jakieś akrobacje na skale. Popatrzyłem, pomyślałem i wywnioskowałem że co jak co ale ja tamtędy to na pewno nie idę. No i poszedłem w bok. Co prawda trawki, ale myślałem, że będzie łatwiej. I było, ale szkoda że przez parę pierwszych kroków. W końcu stanąłem i tak myślę, do góry za stromo, w bok nie bardzo, w dół hm w dół to też nie bardzo :-) Nastąpiła chwila konsternacji, bo tak właściwie to tu nijakiego chwytu nie było. Pomyślałem sobie raz kozie żleb no i chwilę później robiąc tymczasowy wycof stanąłem w nazwijmy to bezpiecznym miejscu, ale wciąż poniżej prożku.
Zalodzona i mało urzeźbiona skała jakoś mnie nie zachęcała, spróbowałem wariantem trzecim, troszkę wspomagając się kosodrzewiną no i tym razem się udało. A wyżej to już śnieg, taki w sam raz na raki, jeszcze przez jakiś mały i stromy wąwóz pozostało przejść i już byłem na górze. Tzn, na górze skalistej części żlebu, choć cały czas jakieś pewnie 300 metrów poniżej grzbietu.
Troszkę rozważań z Doktorem na temat naszego czasu, no i czy ma sens nasza wędrówka do góry. Po tej naradzie wojennej skierowaliśmy wzrok ku górze, a zaraz za wzrokiem nasze kroki. Tu uważam, że wkradł się w nasze poczynania pewien błąd. Nie wyciągnęliśmy czekanów. O ile na początku był to twardy śnieg przeplatający się z trawami, to po chwili tych trawek już nie było, a jak się obejrzałem w dół a później popatrzyłem na kijki w ręce to dalej stopnie i kroki robiłem już bardzo uważnie. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z zamierzeniami i koniec końców znaleźliśmy się na grzbiecie na wysokości około 1860 metrów.
Przed nami rozpościerała się dość połoga choć skalista grań, która wg naszych pierwotnych zamierzeń miała nas zaprowadzić na zaplanowany szczyt. Ten jednak będący niemal 300 metrów ponad nami i we wcale nie tak małej odległości zdawał się być celem nieosiągalnym przy dzisiejszej długości dnia, jeśli chcieliśmy za widoku zejść tym co by nie było przedstawiającym jakieś trudności stokiem. Tak więc odpuściliśmy.
Przez chwilę tylko pozwoliliśmy aby wiatr nas popieścił swoimi zimnymi podmuchami (w ten dzień na Kasprowym zarejestrowano podmuchy dochodzące do 144 km/h), popatrzyliśmy na spektakl chmurno-wietrzny no i rozpoczęliśmy powrót. Ten już dość szybki, choć trochę innym wariantem gdyż chcieliśmy ominąć wspomniany prożek. Niżej już prawie wchodząc w kosodrzewinę zaliczyłem małe poślizgnięcie na zlodowaciałym śniegu, ale z użyciem czekana zatrzymałem się pewnie raptem ze 3 metry niżej, cały, zdrowy, a nawet uśmiechnięty. No i tak to się skończyła nasza główna na dziś przygoda.
Jeszcze powrót u podnóża mało znanych choć całkiem sporych i przewieszonych w wielu miejscach wapiennych skał, później obiadek w Bukowinie Tatrzańskiej i powrót do Roztoki. A tam mieliśmy snuć plany na dzień jutrzejszy, choć prognozy pogody zbyt dobre to nie były...
Jak się okazało dnia następnego prognozy się nie sprawdziły. Pogoda była dużo gorsza od tej złej zapowiadanej. Podejmowanie jakichkolwiek wysokogórskich działań mijało się z celem gdyż z jakiejkolwiek grani to najprawdopodobniej by nas zwiało, a poza tym zaczęło padać.
Zmieniliśmy więc region na polskie Tatry Zachodnie, choć wycieczki nie ma co specjalnie opowiadać. Generalnie towarzyszyła nam ulewa która powyżej 1500 metrów, chwilami padała już bardziej poziomo niż pionowo, zaczęły się coraz większe zalodzenia trawek, widoczność słaba, choć na tej wysokości byliśmy jeszcze poniżej chmur. Po kilku godzinach moknięcia wróciliśmy do samochodu bez zdobycia żadnego konkretnego celu, za to dość przewietrzeni :-)
PS. Zdjęcia będą później.