Dzień po zejściu z gór udajemy się do Tbilisi. Postanawiamy, że zrobimy sobie chwilę przerwy w górołażeniu na rzecz poznania choć trochę tego ciekawego kraju. Zwiedzamy okolice stolicy Gruzji oraz objeżdżamy krainę gruzińskiego wina - czyli Kachetię. Ponieważ nie wiąże się to w istotniejszym stopniu z górami pominę ten etap w opisywaniu.
Trzeciego dnia od opuszczenia Kaukazu nachodzą nas jednak myśli co tu dalej zrobić. Byliśmy już wówczas w miasteczku Signagi na południowym wschodzie Gruzji.
Swoją drogą bardzo polecam to miasteczko. Położone na malowniczych wzgórzach - a przy dobrej widoczności widać stąd rozciągające się na horyzoncie pasmo Wielkiego Kaukazu. Jak na warunki gruzińskie jest to miasteczko zadbane, ze swoim stylem i z przynajmniej kilkoma lokalami w których można fajnie wieczorami posiedzieć.
Już od paru dni oczy moje oglądając mapę Gruzji wędrowały ku tajemniczym krańcom południowo-wschodnim przy granicy z Azerbejdżanem. Na mapie zaznaczony był park narodowy do którego prowadziła wyłącznie jedna droga z kategorii "drogi inne" o długości kilkudziesięciu kilometrów. Dookoła żadnych miejscowości, a na ulotkach które udało nam się zdobyć dla tego regionu pojawiały się zdjęcia niesamowitych formacji "gór piaskowcowych", wulkanów błotnych, czy innych krajobrazów jak z Marsa. Dodatkowo była informacja, że turystów tam mało, że to rejon wymagający. Nie da się tam dojechać transportem publicznym bo droga wymaga napędu 4x4. Na terenie około 250 km2 znajduje się 5 punktów z tzw. bungalowami w których przebywają strażnicy parku i można się przespać w bungalowach lub rozbijając tam namiot. Trzeba mieć ze sobą dużo wody, bo kupić na terenie parku praktycznie nie da się nic. Taki trochę survival.
W dalszym jednak ciągu informacji wiele nie było. Jak na wymagający rejon kilkustronicowa kolorowa ulotka z pobieżną mapą to nie za wiele. Wystarczająco jednak jak dla nas aby się zdecydować tam wybrać

Poprzez gospodarza naszego hoteliku namierzyliśmy kierowcę Subaru - niejakiego Elisbara (imię napisane ze słyszenia
). Ustaliliśmy cenę na poziomie 150 lari (około 270 zł) za dowóz do parku - około 110 km w jedną stronę, w tym około 50 km drogą gruntową.
Nasze bagaże gotowe na spotkanie z Vashlovani:
Pierwszym celem jest miasteczko Dedoplitskari - ostatnie miasteczko gruzińskiego przed dalszymi pustkowiami. Nasz taksówkarz zawozi nas do biura parku Vashlovani gdzie musimy się zarejstrować i uzyskać pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej. Pani oprowadza nas jeszcze po różnych gablotach ze zdjęciami jadowitych węży i innych gadów, a ponadto antylop, niedźwiedzi, rysi i lamparta i daje do podpisania zeszyt, że jesteśmy świadomi na co się piszemy 
W sumie to nie całkiem byliśmy. Ale podpisaliśmy. Pan w informacji turystycznej w Signagi mówił, że Vashlovani to bezpieczne miejsce 
Po wpisach w zeszycie parku wyglądało, że tylko my tego dnia w to uwierzyliśmy 
Jeszcze stacja gazowa:
Odwiedzamy też ostatni sklep, kupujemy dodatkowe litry wody/napojów. No i w drogę. Z każdym kolejnym kilometrem zjeżdżaliśmy coraz niżej, ale temperatura na termometrze szła coraz wyżej. W sumie w ulotce pisało, że to klimat suchy gorący kontynentalny, a krajobrazy półpustynne 
Elisbar co chwila się zatrzymywał na kolejnych nieoznaczonych skrzyżowaniach dróg gruntowych z zapytaniem gdzie teraz. Taki żarcik z jego strony 
Właściwie to teraz chyba dopiero uświadomiliśmy sobie, że wybór naszego celu turystycznego padł na bardzo odludne miejsce na końcu świata. Podczas całej drogi nie spotkaliśmy ani jednego samochodu z turystami, a na ostatnich pewnie 30-kilometrach żadnego samochodu pomimo wczesnych godzin popołudniowych.
Po pewnie 2 godzinach jazdy od Dedoplitskaro wyłaniają się nagle zza wzniesienia pojedyncze budynki tutejszej "bazy turystycznej". Oczywiście nie ma nikogo 
No poza psem, który w przypływie radości próbuje bawić się z nami gryząc nas w nogi, ale co do delikatności jego zabawy można mieć pewne zastrzeżenia 
Elisbar uczula nas na wchodzenie w jakiekolwiek większe trawy bo tam węże. Wyciąga jeszcze butelkę ponoć swojego wina z bagażnika no i nas zostawia. No co chcieliśmy to mamy. Zostawia jeszcze numer telefonu i mówi, że jak co to tu za grzbietem jest ostatnie miejsce gdzie jest zasięg - to możemy zadzwonić i on w 3 godziny po nas przyjedzie. Umawiamy się wstępnie na za 3 dni. No i zostajemy sami... 
Dziś już się stąd nie ruszamy bo kolejna baza jest 16 km stąd, a w środku dnia jest zbyt gorąco żeby chodzić. Tymczasem jednak zajeżdża jakiś samochód. Turyści? Hehe, oczywiście że nie 
Z autka wysiada 5 facetów uzbrojonych w długą broń palną. Raczej takich niezbyt uśmiechniętych. Po głowie chodzą myśli... co my tutaj robimy? 
Chwilę siedzimy z nimi, ale łatwa rozmowa nie jest. My nie gawarit po ruski a oni don't speak English. Taki stan rzeczy nie sprzyja budowaniu dobrych relacji
Wyciągam piwo i częstuje. To już trochę lepiej działa. Niemniej ich kamienne miny wiele się nie zmieniają. Chwilę później czterech z nich wsiada w samochód i odjeżdża. Zostajemy sami ze strażnikiem. Takim dość mało kontaktowym.
Coś by tu robić... Decydujemy się z Justyną na małą przechadzkę po okolicy na lekko. Butelki z piciem w ręce i idziemy. Pies idzie z nami. No ale przynajmniej przestał nas już próbować gryźć 
Tutejszy przykład zwierzyny na szlaku:
Po około 2-3 kilometrach dochodzimy do punktu widokowego nazwanego Kaniony.
Widoki interesujące aczkolwiek czujemy w powietrzu, że jesteśmy tutaj absolutnie sami zdani na tutejsze warunki, w nieznanym środowisku. Na razie przynajmniej węży nie spotkaliśmy.
Z dołu Kanionów dochodzą za to odgłosy niemal jak z jakiejś dżungli. Jakby świerszcze z całej Polski się zjechały i w jednym czasie chciały dać koncert. Choć co to konkretnie grało? Nie mamy pojęcia.
Wracamy do bungalowu. I o dziwo czeka nas mała imprezka. Do naszego strażnika przyjechali znajomi. Zostajemy zaproszeni. Oczywiście na stole jest tutejszy bimber czyli czacza, a ponadto trochę różnych zakąsek z gruzińskim chlebem na czele.
Próbuję też ustalić cokolwiek na temat gdzie my jesteśmy i gdzie możemy iść. Okazuje się, że jesteśmy całkiem nie tam gdzie nam powiedział nasz kierowca 
No nic to. Towarzystwo wkrótce się rozjeżdża. Znów zostajemy tylko ze strażnikiem parku. Z tą różnicą, że my rozbijamy swój domek. No i oczywiście jest pies 
W nocy bokiem przechodzi burza, ponoć prawie niespotykane tutaj zjawisko 
Dobranoc z rejonu nazwanego potocznie gruzińską Afryką.
Jutro rano ruszamy w teren.
CDN 
*Większość zdjęć autorstwa Justyny