Pora śniadaniowa. Tratina w pobliżu meteo:
Tak, tak jesteśmy w Gruzji:
Jeszcze raz oświetlona stacja meteo i Kazbek. Miejsce skąd robione jest zdjęcie to też jedyne miejsce z przerywanym zasięgiem sieci komórkowych.
No i koniec sielanki, idziemy dalej w górę:
Przy białym krzyżu:
I przy czarnym krzyżu:
Wchodzimy na lodowiec - ten już uszczeliniony. Związanie na tym odcinku jest raczej jedyną rozsądną opcją.
Czas na odcinek wzdłuż ściany z której w każdej chwili leci kilka bądź nawet kilkadziesiąt kamieni mniejszych i większych. Na szczęście ścieżka idzie raczej poza obszarem rażenia, choć czujnym trzeba być.
Wyżej, wciąż wyżej.
Po drodze przekraczamy jeszcze kilka szczelin, choć co do ich głębokości trudno się jasno wypowiedzieć - większość dopiero się zaczynała odsłaniać po niedawnych opadach śniegu. Część pewnie przekroczona nieświadomie 
Popołudniem docieramy w miejsce naszego noclegu na plateau - około 4300 m.
Dziś serwują tu m.in. beef stoganoff:
Czas powoli włazić do namiotów. Słońce coraz niżej, a temperatura spada bardzo gwałtownie. Śnieg przed chwilą roztopiony momentalnie zamarza.
Na noc mamy plany wyjścia w stronę szczytu. Z kolei na rano zapowiadane jest załamanie pogody. Mamy zatem bacznie obserwować pogodę.
Koniec końców wiatr który pojawił się w nocy (kilkukrotnie obkopywałem namiot wyciętymi z lodowca blokami śniegu) oraz prognozowane załamanie pogody sprawia, że podejmujemy z Justyną decyzję o powrocie...
Szkoda, no ale może będzie kiedyś następny raz? Tak właściwie góra przy dobrych warunkach śnieżnych i pogodowych, odpowiedniej aklimatyzacji i warunkach kondycyjnych oraz właściwym sprzęcie nie stanowi wielkiej trudności. Oczywiście respekt do niej zachowuję jednak wielki.
Rozstajemy się też już z naszymi obecnymi współtowarzyszami. Kierunki naszych dalszych działań nie pokrywają się.
Ciąg dalszy niedługo nastąpi.
Tym razem będziemy w dużo cieplejszych stronach, a w dodatku może nawet jeszcze ciekawszych?