Budzimy się, jemy śniadanie, ostatnie dopakowanie no i oczywiście co chwila wyglądamy jak sytuacja przed naszym guest housem. Sytuacja wydaje się być w porządku 
Czekamy jeszcze na naszego czworonożnego kolegę, czyli konia - który nam pomoże wynieść pewnie z 60-70 kg na 3000 metrów. Tzn. właściwie czekamy na jego właściciela, choć na konia jednak bardziej. No i statecznie krok za krokiem ruszamy przez zabudowania wioski Gergeti:
Dzień jest piękny, dolina powoli zostaje w dole.
Pierwszy etap to dojście w pobliże znanego klasztoru Tsminda Sameba. My jednak w tę stronę nie podchodzimy tuż pod niego. Nam teraz kierunek tam gdzie pod górę 
Po drodze była jeszcze krótka chwila zadumy...
Chwilę później odbijam wraz naszym transportem konnym w bok w celu obejścia trudniejszego dla konia odcinka. (Pozostali poszli normalną ścieżką).
Tam się okazuje, że mój kolega (dwunożny - imienia zapomniałem
) ma wielkiego kaca i chyba problemy żołądkowe po jakiejś nocnej imprezie. Zostaję na dłuższą chwilę sam na sam z koniem i z wodzami w ręce. Muszę przyznać, że wraz z upływającymi minutami i rosnącym zniecierpliwieniem konia moje obawy czy nasz opłacony tragarz nie zrobi mi czegoś i z nim nie odbiegnie wzrastają 
Przygoda kończy się jednak szczęśliwie i wkrótce dalej zmierzamy w górę.
Kazbek trochę bawi się chowanego - ale jest zbyt duży jak na tę chmurkę żeby zniknąć 
Arsha Pass coraz bliżej.
Tutaj bierzemy już wszystkie plecaki na nasze plecy. Najpierw kawałek delikatnie w dół, później potok ponoć czasem sprawiający problemy w przejściu. Dziś można niemal suchą nogą.
Miejsce biwakowe - jemy tu nasz obiad.
Według pierwszych planów mieliśmy tu dziś nocować, godzina jednak wczesna, siły są, idziemy do meteo.
Zaraz za biwakiem, kolor zielony bardzo szybko ustępuje odcieniom szaro-brązowo-białym.