Dzień 6: Ze schroniska Angel Orus (2115 m n.p.m.) na Pico de Posets (3375 m n.p.m.) i z powrotem.
Ten dzień to była chyba nagroda za te poprzednie. Dostajemy w prezencie bezchmurne niebo ? idealną pogodę aby wejść na Posets - drugi co do wysokości szczyt w Pirenejach. Najwyższy to Pico de Aneto ? 3404 m n.p.m. w Masywie Maladeta.
Wyruszamy wczesnym rankiem tak jak większość osób wybierających się tego dnia na Posets. Najpierw idziemy w zwartej grupie ? jakby pielgrzymka, ale po pewnym czasie każdy podąża już swoim tempem
Pierwsza część drogi nie jest trudna, możemy więc spokojnie rozglądać się dookoła i popatrzeć na to co wczoraj było zasłonięte chmurami.
Ze zdumieniem patrzymy też na efekty działania sił natury.
(bo chyba raczej nie zrobili tego wkurzeni kibice
)
Myślę, że za ?bramę? stanowiącą początek wejścia na Pico de Posets można uznać Canal Fonda ? krótką dolinę położoną pomiędzy Diente de Llardana i Tuca Alta. Jest to miejsce w którym dość długo leży śnieg.
Dalsza droga na szczyt prowadzi południową granią zwaną Espalda de Posets.
Poruszanie się po śniegu w obszarze niezacienionym nie stanowi większego problemu. Dylematy pojawiają się gdy trzeba pokonać odcinek, do którego jeszcze nie dotarło słońce.
Z tego miejsca kilka osób zawróciło do schroniska. Jednak nie my
My popatrzyłyśmy przed siebie, zobaczyłyśmy pana, który bez raków daje radę i zdecydowałyśmy, że idziemy. Pozostali ludzie przygotowujący się do dalszej drogi z zaciekawieniem pytali skąd jesteśmy. Gdy usłyszeli, że z Polski przyjmowali naszą niezachwianą chęć podążania dalej, tłumacząc ją sobie faktem, że jesteśmy obeznane ze śniegiem
Generalnie raczej nie dało się nas nie zauważyć bo byłyśmy chyba jedynymi kobietami idącymi tego dnia na Posets.
Początek był całkiem OK. Nasze stopy idealnie wpasowywały się w ?stopnie? uformowane ze zamarzniętych śladów naszych poprzedników, którzy pewnie dzień wcześniej przemierzali ten odcinek. Kasia szła pierwsza i wręcz idealnie wybierała drogę. Kijki okazały się w tej sytuacji dużą pomocą. Jednak w pewnym momencie, gdy kąt nachylenia stoku troszkę się zwiększył, a wcześniej pozostawione ślady nie stanowiły już stabilnych ?stopni? mężczyzna idący przed nami zatrzymał się i ? zaczął zakładać raki.
Chciałabym widzieć wtedy nasze zdziwione miny
My niestety nawet nie pomyślałyśmy o rakach, chociaż można było je wypożyczyć w schronisku. Ze względu na okoliczności przemieszczałyśmy się wolniej. Pojawiały się więc pytania czy iść dalej i jak w ogóle będzie wyglądało zejście.
Nagle pojawili się przy nas dwaj duzi mężczyźni w rakach ? i po prostu zaczęli nas asekurować. I w ten oto sposób ? noga za nagą ? noga przy nodze - udało nam się pokonać najtrudniejszy odcinek !
Jak tylko wyszłyśmy z zacienionego obszaru śnieg (niezamarznięty) nie stanowił już problemu. Oczywiście postanowiłyśmy uwiecznić to miejsce na zdjęciach.
Kolejny dłuższy postój robimy przy Dienta de Llardana
Kończy się wędrowanie po śniegu i zaczyna zdobywanie 'właściwego' szczytu. Początek drogi na szczyt wygląda tak
a kolejne etapy tak
Ostatni odcinek grani niestety nas pokonał. Wiatr, coraz węższa grań i luźne kamienie pod stopami sprawiają, że w pewnym momencie nie robimy już kolejnego kroku. Zbliżamy środek ciężkości naszych ciał do stabilnych skał i robimy zdjęcia z pozycji siedzącej.
Widok w kierunku Masywu Aneto
Widok na zachód w kierunku Picos de Baguenola o de Grist w lewym dolnym rogu widać ostrą grań wspomnianego już wcześniej Diente de Llardana
Pozostałych zdjęć nie jestem pewna więc nie będę na wszelki wypadek pisać co na nich widać, żeby nie wprowadzać w błąd
Cieszymy oczy widokami i schodzimy
Śnieg nie jest już zmrożony i zejście okazuje się być dobrą zabawą.
Widok na rzekę Torrente de Llardaneta
i na górujące nad nią Forcau Alto i Forcau Baixo
Docieramy na brzeg rzeki i odpoczywamy w słońcu
Podobnie jak inni
Ciężko się zmotywować ale trzeba ruszać. Po drodze spotykamy kolejnych 'tambylców'
W schronisku wieczorkiem pijemy winko z naszymi 'górskimi dobroczyńcami', dzięki którym rano pokonałyśmy odcinek zmrożonego śniegu. Dostajemy od nich na pamiątkę małe kamyki przyniesione przez nich z samego czubka Posets, od którego jak twierdzą, dzieliło nas kilkanaście/kilkadziesiąt metrów. Ich zdaniem odcinek który dzielił nas od szczytu był dużo łatwiejszy niż to co do tamtego momentu udało nam się przejść. My jesteśmy jednak odmiennego zdania
Ależ te góry są subiektywne ...
cdn.