Bardzo dziękuje Wam za miłe słowa 
Dzień 5: Schronisko Estós (1895 m n.p.m.) - Schronisko Angel Orus (2115 m n.p.m.)
Budzimy się rano i niestety okazało się, że pogoda sprzyja nam coraz mniej - na zewnątrz jest mgliście i mokro. Nie jesteśmy zadowolone. To jest dzień naszego przemieszczania się do drugiego schroniska. Zastanawiamy się czy nie zmienić planów i nie iść drogą z którą na pewno nie będziemy miały problemów. Decydujemy się jednak działać zgodnie z planem (zielona trasa na mapce) i pomimo ograniczonej widoczności idziemy szlakiem, o którym w przewodniku pisano, że miejscami jest słabo oznaczony i łatwo się zgubić. Zakładamy, że jak będzie bardzo źle to zawsze można wrócić i plany siłą rzeczy zmienić jeszcze bardziej 
Już na samym początku okazało się, że wczorajsze rozpoznanie terenu po drugiej stronie rzeki było bardzo pomocne. We mgle, w której się poruszałyśmy niektóre kopczyki mogłyby umknąć naszej uwadze gdybyśmy nie widziały dnia poprzedniego. Wzdłuż poziomic, po zalesionym terenie przemieszczamy się dość szybko i po 1,5 godziny osiągamy pierwszy charakterystyczny punkt, w którym jeszcze możemy zdecydować aby pójść inną drogą.
Cabana de Batisielles i jeziorko Ibonet de Batisielles. Cabana okazała się wyglądać zupełnie inaczej niż te które mijałyśmy pierwszego dnia.
Jeziorko pomimo, że znajdowało się bardzo blisko nas, było prawie zupełnie niewidoczne. Jednak nagle nad nami zrobiła się "dziura w niebie" i mogłyśmy zobaczyć trochę więcej.
Decydujemy, że idziemy dalej zgodnie z planem. Trawers się skończył i teraz będzie już tylko pod górkę aż do jeziora Ibón de la Pllana i przełęczy Collada de la Pllana (2702 m n.p.m.). Dalej niestety będzie trzeba zejść do schroniska Angel Orus (2115 m n.p.m.)
Można powiedzieć, że w dalszej drodze szczęście nam sprzyja i właściwie cały czas mamy nad sobą "dziurę w niebie". To zdecydowanie ułatwia orientację w terenie i podążanie właściwą drogą, która generalnie wyglądała tak (nie jest trudna ale zgubić się łatwo)
Wypatrywanie kopczyków ułożonych z kamieni w tym gruzowisku bywało trudne, a było jeszcze trudniejsze gdyby nie nasza "dziura w niebie" 
Po intensywnym podejściu osiągamy wypłaszczenie. Zgodnie z mapą powinno tu być całkiem spore jezioro Ibón Gran de Batisielles. Niestety nic nie widać.
Idziemy dalej trochę po omacku. I nagle "nasza dziura" znowu była nad nami i mogłyśmy lepiej przyjrzeć się temu co nas otaczało.
Podążamy dalej szlakiem, który od tego momentu był oznaczony dodatkowo kolorowymi biało-czerwonymi drewnianymi palikami.
Zbliżamy się do góry, która zauroczyła mnie jak żadna inna ? Aguiles de Perramó. Jak się okazało są to trzy szczyty, które "nakładają się" na siebie w perspektywie. Zdjęcia tego niestety nie oddają ale skała miała dość niecodzienny kolor. Może to kwestia światła i tych chmur ? nie wiem, ale była niesamowicie majestatyczna, dostojna i jakby magiczna.
Wspominam ją dodziś.
Dalsza droga na chwilę stanęła pod znakiem zapytania. Przed nami znowu pojawiła się, wyglądająca na pionową, ściana. Przypominała nam trochę tą z którą męczyłyśmy się w drodze na Pico Gias.
Idziemy dalej trzymając się szlaku z przekonaniem że jakoś musi tam się dać wejść w rozsądny sposób.
Kolorowe paliki niestety znikają i pojawiają się małe kopczyki kamieni. To dość strome podejście, gdzie rzeczywiście potrzebne były ręce, pokonujemy więc raczej intuicyjnie wyznaczając kierunek - szukając przede wszystkim bezpiecznej drogi. Tak naprawdę było tylko jedno bardziej trudne miejsce, które rzeczywiście trochę napędziło nam strachu. Po pewnym czasie jesteśmy na górze.
i podążamy dalej za małymi stożkami kamieni wyznaczającymi szlak. Trasa prowadzi dalej pod górę ale ściany nie są aż tak pionowe
Miejsce, w którym się znalazłyśmy było bardzo specyficzne. Do użytku wewnętrznego nazwałyśmy je z Kasią "księżycowym krajobrazem". Otaczały nas skały i chmury. Podczas całego przejścia nie spotkałyśmy ani jednego człowieka. Całości dopełniała dziwna akustyka tego miejsca i świadomość, że najprawdopodobniej jesteśmy tam tylko my. To wszystko wywołało w nas odmienne odczucia. Kasia nie czuła się tam bezpiecznie - ja wręcz przeciwnie. Dla mnie było to coś nowego, czego nie znałam i miałam wielką ochotę poznać
na szczęście Kasia była moim 'osobistym rozsądkiem' 
Czasem chmury znikały i nad nami pojawiało się błękitne niebo. Jednak dalekie widoki nie były nam dane tym razem.
Mijamy kolejne jeziora (Ibón de la Pllana i Ibón de Grist) i zaczynamy schodzić. Teren jest łatwy i nie przysparza już żadnych trudności. Zmęczenie daje się jednak we znaki. Jeden moment nieuwagi i ląduję jedną nogą po kolano w potoku, który trzeba było jakoś "przeskoczyć". Potok, który mnie pokonał wyglądał tak
Z mokrą stopą dreptanie nie było już tak przyjemne. Na szczęście w oddali widać już było schronisko.
Decydujemy się na dłuższy postój i chwilę suszenia. Okazuje się też, że w końcu mamy zasięg i można wysłać kontrolne smsy do domu.
Wydaje się, że dalsza droga nie zajmie nam już dużo czasu. Jednak puste przestrzenie mają to do siebie, że trudno jest ocenić odległość bo brak jest punktów odniesienia.
Na zdjęciu ten prostokącik na środku to dach Cabany de Llardaneta. Jest porównywalnej wielkości do tego małego kopczyka ułożonego z kamieni, który wyznacza szlak. Na tym zdjęciu fajnie widać jak mylący jest brak perspektywy zbieżnej, do której przywykliśmy w mieście. Cabana wydawała się być na wyciągnięcie ręki, jednak dotarcie do niej zabrało nam zaskakująco dużo czasu (dziś już nie pamiętam ile). Była jak punkt, który oddala się w miarę naszego przybliżania.