Po wstępnych porządkach w schronisku, wnosimy z zewnątrz, wyniesione na czas noclegu ławy i stoliki. Całe schronisko szykuje się do śniadania. A śniadanie jest naprawdę godne uwagi. Wniesiona przez nas wczoraj opłata po 100 SK za śniadanie trochę mnie intrygowała. Okazało się jednak, że byłem zaskoczony ale nadzwyczaj pozytywnie. Został zorganizowany bowiem szwedzki stół. Pokrojone salami, ser żółty w plastrach, pomidory, ogórki i papryka to tylko część menu. Uzupełniały je także mleko z musli, jogurty, ugotowane jajka, miód i dżem. Naprawdę patrzyłem na to wszystko w szoku, bo to było najlepsze moje śniadanie od paru dni. A trzeba pamiętać że to jest najwyżej położone schronisko w Tatrach, a więc całość wyżywienia wnoszona jest tutaj przez tragarzy na plecach. Teraz już wiem, że jeśli kiedyś będę jeszcze tutaj nocować - to na pewno wykupię także tutejsze śniadanie. Brawo dla gospodarza!
Po tak sutym posiłku zbieramy się do drogi, bardzo dalekiej drogi. Naszym pierwszym celem jest Koprowy Wierch (2363 m). Zrezygnowaliśmy dzisiaj z wejścia ponownie na wierzchołek Rysów, tak więc udajemy się od razu na dół, drogą którą tutaj wczoraj przyszliśmy. Ludzi jest jeszcze nie wiele, jest zbyt wcześnie. Mijamy łańcuchy, oraz lśniące pod nimi Żabie Stawy Mięguszowieckie. Dopiero tutaj troszkę wzmaga się ruch turystyczny. Zauważamy też jednego z tragarzy. Nie wiem ile niósł na plecach, z pewnością ładnych kilkadziesiąt kilogramów (dostępne zdjęcie pod opisem). Jest to naprawdę niesamowicie ciężka praca, choć i na pewno bardzo szkodliwa dla zdrowia. Schodzimy dalej. Wkrótce stajemy u połączenia z niebieskim szlakiem. O ile wczoraj przyszliśmy tutaj z lewej strony, to dzisiaj skręcamy tu w prawo. Uznajemy, że nie ma sensu iść znowu do Schroniska nad Popradzkim Stawem. Rozpoczynamy więc dość długie podejście Doliną Mięguszowiecką. Obok towarzyszy nam Mięguszowiecki Potok. Kawałek jest jedynie lekko pod górkę, ale wkrótce szlak zaczyna wznosić się ostro do góry. Podchodzimy pod próg Doliny Hińczowej. Tutaj ponownie plecak daje mi się ogromnie we znaki. Co prawda nie mogę się równać z mijanym tragarzem pod względem ładunku, ale z 15 kg także dźwigam. W takich chwilach naprawdę zastanawiam się po co. Słońce mimo że wrześniowe, ale daje znać o sobie. Szczególnie w miejscach osłoniętych od wiatru. W tych drugich trzeba umieć przyjąć kompromis w ubraniu - z góry od słońca promieniuje ciepłem, ale z boku wieje zimny wiatr. Idę i idę do góry, Tomek już mnie wyprzedził o ładnych parę minut drogi. Jednak jak się odwracam chwilami i podziwiam krajobrazy to wiem, że i on nie będzie się nudził czekając później na mnie.
Niesamowita dolina i niesamowicie piękna pogoda. W końcu osiągam Hińczową Dolinkę. Widnieje już niezbyt stąd odległy Koprowy Wierch, widać także Mięguszowieckie Szczyty (2438 m). Zatrzymujemy się chwilę nad Wielkim Hińczowym Stawem. Jest to największy staw po słowackiej stronie Tatr, a czwarty w całych Tatrach. Tutaj ścieżka odbija trochę w lewo, i po krótszym łagodniejszym odcinku rozpoczyna się wejście zakosami na Wyżnią Koprową Przełęcz (2180 m). Na tym odcinku na uwagę zasługuje Mały Hińczowy Staw, pięknie wkomponowany w tło Grani Baszt. Po wejściu na przełęcz, odsłania się widok na Mur Hrubego oraz Krywań. Zanim jednak docieramy na szczyt Koprowego, mija jeszcze trochę czasu. Ścieżka co prawda w dalszym ciągu jest dość wygodna, pozbawiona trudności, ale w dalszym ciągu trwa dość ostre podejście. Zmęczony wcześniejszym wejściem idę tutaj dość wolno. Widoki są piękne, ale jest dużo ludzi. Pocieszam się jedynie tym, że schodzić będziemy na stronę Doliny Koprowej, a tam prawie nikt nie schodzi - prawie wszyscy wracają na stronę Doliny Mięguszowieckiej. Wolne wejście sprawia, że dopiero około 12.15 stajemy na szczycie. Widok stąd jest bardzo szeroki. Widać nawet Giewont (1894 m), widać też prawie całą grań Orlej Perci. Nie zostajemy tutaj bardzo długo, w zasadzie tylko na czas zjedzenia paru czekolad i batonów. Potem robię parę zdjęć i schodzimy na dół. Przed nami jeszcze bardzo daleka droga - idziemy do Podbańskiej.
Stajemy ponownie na Wyżniej Koprowej Przełęczy. Żegnamy tutaj wzrokiem Mięguszowieckie Szczyty, Rysy i Wysoką. Rozpoczynamy zejście. Na pierwszym etapie jest ono dość strome, bardzo szybko tracimy wysokość. Dopiero na wysokości około 1850 metrów ścieżka robi się łagodniejsza, choć w dalszym ciągu szlak wiedzie ciągle w dół. Znajdujemy się teraz u podnóża Muru Hrubego. Potężne ściany, które zaczynają się tutaj dźwigać, przewyższają nas o 600 a nawet 800 metrów. W pewnej odległości od nas zauważamy spokojnie pasącą się kozicę. Tak, tutaj jest naprawdę cicho. Oprócz nas nie ma tu nikogo, jedynie na horyzoncie widzimy jeszcze dwójkę turystów. Im bardziej schodzimy w dół tym większy i głośniejszy staje się Hliński Potok. W pewnym momencie przechodzimy obok niezwykle malowniczego niewielkiego kanionu, jaki wyrzeźbił sobie potok przez tysiące lat. Jest on tym bardziej malowniczy że porastające go rośliny i mchy przyjmują już kolory jesieni. Na jego końcu widać wystające szczyty Tatr Wysokich. Wraz z zejściem i upływem czasu jestem coraz to bardziej zafascynowany tą doliną. Na pewno wpisze się do moich ulubionych dolin. Nie za bardzo co prawda mogę powiedzieć o jakiejkolwiek dolinie tatrzańskiej żeby była brzydka, ale są doliny ładne i ładniejsze. Ta należy na pewno do tych drugich. Mijamy pasmo kosodrzewiny i wchodzimy w las. Niebawem osiągamy dno Doliny Koprowej, przechodząc nad Ciemnosmreczyńskim Potokiem. Jednak to nie w tym miejscu nasza ścieżka odbija w lewo. Zaraz za potokiem musimy wejść znowu kilkadziesiąt metrów w górę, gdzie od naszego szlaku odbija w prawo szlak zielony, wiodący na Przełęcz Zawory (1879 m). W tym miejscu napotykamy też wiatę, w której to odpoczywamy przez chwilę.
Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Nasza ścieżka utrzymuje teraz kierunek południowo-zachodni. Jest ona już tutaj bardzo szeroka. Co pewien czas napotykamy w lesie jakiś prześwit, bądź niewielką polankę. W oczy rzucają się tutaj głównie dwa szczyty: Garajowa Strażnica (2238 m) oraz Krywań (2495 m). Po niecałej godzinie drogi od odpoczynku w wiacie, dochodzimy do ścieżki wiodącej do Niżniej Niewcyrskiej Siklawy. Z racji, że czas wskazany to 3 minuty drogi odbijamy bez chwili zastanowienia. Faktycznie, w bardzo niewielkiej odległości od szlaku swoimi wodami spada niesamowity, czterdziestometrowy wodospad. Z pewnością jest to godne polecenia miejsce dla każdego, kto przemierza Dolinę Koprową. Schodząc dalej, w niewielkiej odległości od wodospadu trafiamy już na asfaltową drogę. Tutaj czujemy już nasze zmęczenie i chociaż idziemy bardzo szybko to do celu mamy jeszcze ładnych parę kilometrów. Dopiero rozstaj pod Gronikiem (1104 m) zwiastuje już powoli koniec naszej wędrówki. Choć naprawdę powoli - do Podbańskiej stąd 1.30 h drogi.
Od teraz idziemy według zielonych znaków zbliżając się ku wylotowi Doliny Cichej. Po 40 minutach szybkiego ciągłego marszu dochodzimy wreszcie do znaków żółtych. Jesteśmy niedaleko Podbańskiej. Cały czas jednak nurtuje nas myśl, gdzie będziemy nocować. Nie mamy tutaj żadnej rezerwacji, a nawet nie mamy żadnego namiaru gdzie moglibyśmy znaleźć jakąkolwiek kwaterę. Dlatego też zależało nam cały czas, aby zejść o jak najwcześniejszej godzinie na dół. Gdy mijamy pierwsze zabudowania spotykamy pierwszego mieszkańca. Po kilku wymienionych zdaniach, prowadzi nas pod pewien dom gdzie mówi aby się popytać, powinny być wolne miejsca. Domek wygląda przyzwoicie, wkrótce też zjawia się właścicielka. Okazuje się, że miejsca są - cena po 200 SK. Wiedząc, że zostaniemy tutaj co najmniej dwie noce wykupujemy od razu 2 noclegi. Wewnątrz dom jest ładnie urządzony, warunki są dobre, a mieszkająca tutaj rodzina sprawia na nas dobre wrażenie. Po krótkim odpoczynku wyruszamy, oczywiście już bez bagażu, poszukać czy da się tutaj coś zjeść. Sama Podbańska to bardzo mała miejscowość. Zaczęliśmy już nawet martwić, że nie znajdziemy tutaj nic do jedzenia. Trafiamy jednak na znajdujący się obok mostku na Białej Liptowskiej parking, na którym są tablice informacyjne o pobliskim bufecie. Na szczęście bufet jest otwarty, a jedzenie okazuje się całkiem przyzwoite. Wracamy z powrotem na kwaterę. Teraz widzimy, że jest ona ładnie położona na tle masywu Krywania. Tak minął nam ostatni dzień tegorocznej, wrześniowej wędrówki po słowackich Tatrach Wysokich. Następnego dnia udaliśmy się już bowiem w Tatry Zachodnie. Zapraszam do kolejnej relacji

































