Nocleg z 3 na 4 września spędziliśmy w okolicach miejscowości Roosevelt. Po raptem 3-4 godzinach snu nastąpiła pobudka i ruszyliśmy w stronę najbardziej znanego miasta tego regionu - Salt Lake City.
Okolica stała się ponownie bardziej górzysta, a pogoda zaczęła nam bardziej sprzyjać. Ze względu na duży pośpiech w czasie jazdy, nie zatrzymywaliśmy się jednak zbyt często na trasie.
W niedalekiej odległości od Salt Lake City wjechaliśmy na autostradę. Kolejne kilometry upływały bardzo szybko. Wkrótce zarysowały się po lewej słynne skocznie olimpijskie. Co chwila przejeżdżaliśmy przez malownicze wąwozy i pośród wysokich gór. Nie było jednak możliwości zatrzymania się i zrobienia zdjęcia. Te widoki pozostały tylko w pamięci.
Salt Lake City odwiedzaliśmy z kilku powodów. Po pierwsze jest to miasto położone w bardzo ładnej górskiej okolicy. Jest największym miastem regionu. Mieliśmy nadzieję na możliwość dokonania korzystnych zakupów, tym bardziej iż akurat trwały dni o powszechnych w wielkich sklepach dużych promocjach. Wreszcie Salt Lake City, było miastem z którego pochodzi Utah Jazz - zespół NBA, którym od dawna interesował się Grzesiek.
Była już godzina 16:00 kiedy to rozpoczęliśmy dalszą podróż. Plan na dziś, a właściwie także na dzisiejszą noc był bardzo ambitny. Do przejechania mieliśmy ponad 700 kilometrów. Chcieliśmy zobaczyć nocne Las Vegas...
Podczas wyjazdu z miasta po raz kolejny niezwykłe usługi oddał nam GPS. Osobiście nie wiem jak poradzilibyśmy sobie podczas całego wyjazdu, bez tego właśnie urządzenia. Potężne węzły komunikacyjne, węzły autostrad i dróg szybkiego ruchu, miejscami nie mieściły się nawet w całości na ekranie GPS-a. Kilkupoziomowe wiadukty, autostrady sześciopasmowe, były dla mnie pewnego rodzaju sprawdzianem jako kierowcy, który do tej pory jeździł głównie po polskich drogach.
Po wyjechaniu z miasta, okolica coraz to bardziej przypominała tzw. step. Niska roślinność, kaktusy i piasek. Były to elementy krajobrazu, które przez parę najbliższych dni miały nam nieustannie towarzyszyć.
Nastał wieczór, a później noc. Cały czas jechaliśmy w stronę południowego-zachodu. Byłem już bardzo zmęczony za kierownicą, kiedy to zatrzymałem się na krótką drzemkę. Potężny huraganowy chwilami wiatr sprawił, że schowaliśmy się samochodem za jakiś przydrożny budynek. Było bardzo gorąco...
Kiedy obudziłem się około godziny 2:00 w nocy, do Las Vegas pozostało ponad 250 kilometrów. Pozostali oczywiście dalej spali, ja natomiast ruszyłem, aby jeszcze za ciemności dojechać do naszego celu.
W okolicach godziny 3:00 przekroczyliśmy granicę stanu Nevada. Brak snu dawał mi się odczuć za kierownicą. Uważałem jednak, że jestem w stanie bezpiecznie dojechać do celu. Pozostawało jeszcze ponad 100 kilometrów.
Godzinę później znaki informowały o bliskości Las Vegas. Czekałem aż ukaże się na horyzoncie. Nie spodziewałem się jednak, że stanie się to tak nagle...
Właśnie pokonywaliśmy kolejny podjazd. Byliśmy już prawie na samej górce, kiedy to można było zobaczyć świetlną łunę na niebie. Chwilę później odsłoniło się nam może świateł po sam horyzont. Niezwykle oświetlone kasyna, hotele o przeróżnych kształtach. Światła właściwie we wszystkich kolorach: żółte, zielone, czerwone, fioletowe... Właśnie wjeżdżaliśmy do największego miasta hazardu na świecie. Granice słynnego Las Vegas zostały za nami.
Mieliśmy niewiele czasu na nocne zwiedzanie tego miasta. Świt miał nastąpić za jakieś półtorej godziny. Chcieliśmy dotrzeć w tym czasie do centrum. Do miejsca skupiającego w sobie te największe i najbardziej ekskluzywne kasyna. Mieliśmy GPS, ale nie wiedzieliśmy na jaki adres powinniśmy go ustawić.
Zjechaliśmy z autostrady. Wjechaliśmy na szerokie ulice Las Vegas. Wszędzie dookoła migotały przeróżne światła. Krajobraz miejski urozmaicały wszechobecne palmy. Zatrzymaliśmy się na pobliskiej stacji benzynowej, aby zasięgnąć informacji.
Pół godziny później byliśmy w centrum. Pozostawiliśmy samochód na parkingu i udaliśmy się na nocne przejście po mieście. Było już dość pusto. Pewnie była to jedyna pora w ciągu doby, kiedy życie było tutaj prawie wymarłe.
W dwie godziny byliśmy z powrotem przy samochodzie. Spora ilość zdjęć, wrażeń, ale w ciągu ostatnich dwóch dni, spałem może łącznie z 6 godzin. Zrobiłem za kierownicą ponad 1500 kilometrów. Musiałem odpocząć...
Na hotel nie chcieliśmy się zdecydować. Raczej za droga sprawa... Szukałem czegoś pod miastem. Po południu mieliśmy jechać na wschód. Wyszukałem więc na mapie pierwsze lepsze miejsce na zachód i tam pojechaliśmy.
Kiedy opuszczaliśmy granicę Las Vegas był już zaawansowany poranek. Ruch samochodowy był potężny, ale szerokie autostrady pomagały go rozładować. Zmierzaliśmy na zachód. Tereny pustynne i stepowe nie dawały wiele szans na znalezienie cienia. Upały były potężne...
Wkrótce skręciliśmy na boczną drogę. Na horyzoncie zamajaczyło nam kilka drzew. Zbliżaliśmy się też do tutejszych gór. Niestety wszędzie gdzie można było znaleźć cień, była tabliczka informująca o terenie prywatnym.
Na szczęście znalazło się też miejsce teoretycznie publiczne, choć pozbawione ludzi. Ustawiliśmy się pod jednym z nielicznych drzew. Po kilkugodzinnej drzemce czekały na nas kolejne przygody...
Niedaleko nas, na horyzoncie majaczyły czerwone potężne skały. Na mapie również znaleźliśmy informację o tym miejscu, jako o wartym zobaczenia. Ruszyliśmy więc w stronę rezerwatu Red Rocks.
Im bliżej byliśmy, tym większą ochotę mieliśmy poznać lepiej to miejsce. Jak się okazało, można było wykupić bilet wjazdu na widokową drogę przez rezerwat. Nie namyślając się wiele przekroczyliśmy bramki wjazdowe.
Kilkunastomilowa droga poprowadziła nas w świat skał i kaktusów. Okolice krajobrazem przypominające sceny z dawnych westernów mogliśmy zobaczyć na własne oczy. Oczywiście pogoda była rewelacyjna, co jest chyba standardem dla tej okolicy.
Na terenie rezerwatu oprócz drogi widokowej, poprowadzone jest sporo ścieżek spacerowych i trekkingowych. Mieliśmy sporą ochotę udać się jedną z nich, jednak jak zwykle czas nas ostro popędzał. Jak zwykle mieliśmy dziś ambitny plan.
Po pobycie w rezerwacie Red Rocks, wróciliśmy do znanych nam już rejonów w Las Vegas. Będąc w tak sławnym miejscu, i my chcieliśmy spróbować gry w kasynie. Oczywiście nie nastawialiśmy się na wygrane, co zresztą okazało się słusznym założeniem. Każdy z nas przegrał kilka do kilkunastu dolarów. Niemniej wizyta i gra w najbardziej znanych kasynach na świecie stała się dla nas faktem.
Zapora Hoovera jest jedną z największych tego typu budowli na świecie. Została zbudowana z 2,5 mln m
3 betonu, a jej wysokość wynosi ponad 220 metrów. Powstałe w jej wyniku jezioro Mead zajmuje obszar aż 593 km
2.
Oddalona od Las Vegas o około 50 kilometrów na południowy-wschód, była naszym najbliższym celem. Tutaj też po raz pierwszy mieliśmy się spotkać z wielką rzeką Kolorado. Wyjeżdżaliśmy z miasta. Pogoda w dalszym ciągu była upalna, chociaż słońce ze względu na dość zaawansowane popołudnie chyliło się coraz niżej.
Ruch był dość spory. Górzysty teren skutkował ciągłymi podjazdami i zjazdami. Pomimo niewielkiej odległości od zapory ciągle nie mogliśmy jej wypatrzeć.
Pierwszym zwiastunem dojeżdżania do celu były posterunki policji. Sprawdzane były tam ładunki wszystkich samochodów bagażowych i ciężarowych. Samochody osobowe z reguły nie były zatrzymywane. Po przejechaniu punktu kontroli rozpoczęły się serpentyny, a w dole ujrzeliśmy zaporę i początek Jeziora Mead. Zatrzymaliśmy się na pobliskim parkingu.
Zapora i zbiornik wodny zrobiły na nas spore wrażenie. Duże wysokości, potężne betonowe konstrukcje. W pamięci najbardziej zapadło nam jednak coś innego... Potężne betonowe słupy wznoszące się ponad kanionem, usadowione na skalnych stokach, niemal nad przepaściami, miały być wkrótce podporą dla autostrady poprowadzonej pewnie kilkaset metrów ponad rzeką Kolorado. Niezwykłe osiągnięcie inżynierskie, a przede wszystkim niezwykle odważny, kosztowny i widokowy projekt do dziś kojarzy mi się z potężną zaporą Hoovera.
Pół godziny później przemierzaliśmy samochodem pierwsze dla nas kilometry w stanie Arizona. Od dość dawna ciągnął się za nami długi podjazd. Dookoła dominowały tylko skały i formacje stepowe. Zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych.
Daleko w dole można było wypatrzeć potężną Kolorado. Intensywne popołudniowe promienie słoneczne oświetlały całą okolicę. Gdzieś pomiędzy niedalekimi kaktusami przemknął kojot. Myślę, że wszyscy czuliśmy odmienność tego miejsca. Odmienność od tego co widzieliśmy do tej pory i do warunków w których żyjemy na co dzień. Słońce, skały, pustynia. Musieliśmy jechać dalej...
Powoli rozpoczynał się zmierzch. Zmierzaliśmy w kierunku miejscowości Kingman. Nie widziałem jeszcze nigdy tak długiego odcinka całkowicie prostej drogi. Bez najmniejszego zakrętu droga ciągnęła się na przestrzeni pewnie z 60-70 kilometrów.
W dniu dzisiejszym postanowiliśmy przespać się w motelu znajomej sieci motel 6. Według GPS-a najbliższy znajdował się właśnie w Kingman, a więc w miejscu już niezbyt odległym i dokładnie na naszej trasie. Wreszcie zapowiadał się wieczór odpoczynku.
Po wykupieniu pokoju na dzisiejszą noc, od razu udaliśmy się na basen. Byliśmy sami. Jeszcze raz naszły mnie wspomnienia niedawnej pracy przy łososiach. Dzisiaj, zajechaliśmy dobrym samochodem pod motel. Mieliśmy klimatyzowany pokój, oczywiście telewizje i Internet. Popijając piwo, kąpaliśmy się w basenie. Byliśmy teoretycznie w rejonach pustynnych, ale poza wysoką temperaturą nie odczuwaliśmy tego. Odczuwaliśmy natomiast niesamowitą przyjemność z danej chwili. Teraz to można było powiedzieć, że jesteśmy na wakacjach...
Przejdź do strony:
1 2 3 4
Powyższe zdjęcia są chronione prawem autorskim. Publikowanie, kopiowanie, przetwarzanie lub wykorzystanie zdjęć bez wiedzy i zgody autora jest zabronione.