|
Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
|
| Autor |
Wiadomość |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Motto (dedykacja własna dla Stasia): "Stasiu, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Kiedy byłeś młody, to latałeś po kopcach jak kozica. Później, kiedy dojrzałeś, rozdawałeś mądre słowa jak sowa. Teraz inni latają po kopcach, inni też rozdają mądre słowa a Ciebie pozostała rola kulawego, wyleniałego starego wilka, który ledwie nadąża za forumową watahą (Watażką?). Powoli się zbliża ta przedostatnia platforma, gdzie są Ci, którzy każdy dzień mają niedzielę i chodzą pokopcach, kiedy inni zasuwają w pracy. Przygotuj się."
No i marzenie się spełniło. Letnia biba (chyba pierwsza) zleciała w bajecznych Dolomitach. Kto by pomyślał, że aż tyle forumowego luda pojawi się w tym przepięknym zakątku. Teraz, kiedy zaczynam opisywać nasze przeżycia, już trochę bokiem puściłem nasze wspólne dni i nawet jeszcze nie przeglądałem wszystkich zdjęć i filmów. To będę musiał zrobić w trakcie pisania tej relacji. Mam jednak wiarę w to, że wszystkie ważne wydarzenia będą tutaj ujawnione dla potomnych. Proszę o wygodne usadowienie się przed kompem i możemy zaczynać.
Dane techniczne:
DOBA : 8.8. - 23.8.2015
PRZESTRZEŃ: Dolomity (więcej danych u poszczególnych relacji)
OBIEKT (do spania): Camping Rocchetta, schronisko Vajolet, camping Malga Ciapela
ODLEGŁOŚĆ (obliczona według przeliczenia): Będzie podana u poszczególnych relacji
CZAS (według naszych danych): Będzie podany u poszczególnych relacji
OSOBY:
- forumowe - Bogusia, Emilia, Pablo, Pedro, Stasiu, tomtur, watażka, yoter
- nieforumowicze: Lidka, Sebastian, Wojtek
- otarli się o nas: nikt
PODARUNKI: Zapamiętałem nalewki pod różnymi postaciami.
Dzień pierwszy, sobota - Zlot
Sporo trzeba było przejechać kilometrów, żeby napalonych ferratowiczów zgromadzić na jednym miejscu i nie pogubili się w przestrzeni. Dojeżdżaliśmy pojedynczo czterema samochodami. Pierwszy Yoter z żoną, potem mnie podwożą kolega z pracy z żoną, następnie Pablo z żeńską switą i na koniec pod camping Rocchetta (w pobliżu Cortiny) zajeżdża bolid Pedra z Tomturem i Sebastianem. Watażki nadlecą dopiero za tydzień. Jest nas spora gromada, camping pęka w szwach i dlatego jesteśmy rozmieszczeni na trzech miejscach. To nam jednak później nie przeszkadza w integracji.
Chłopcy starali się wybudować coś bytelnego. Na stole widać napój turystyczny i reklamówkę z tajemniczą zawartością. Wszyscy chodzili koło niej jak kot obok gorącej kaszy.
Pierwszy nie wytrzymał Tomtur i postanowił zbadać zawartość reklamówki. Na światło dzienne wydostała się buteleczka z sokiem cytrynowym. Świetny napój do wieczornego planowania tras. Szkoda, że się tak rychło skończył. Wieczorna integracja i w dalekiej Italii była wciąż ta sama. Później jednak poznaliśmy, że nasi sąsiedzi przyjechali się do campingu wyspać a my przyjechaliśmy na urlop. Dobranoc. Jutro relacja już prosto z akcji ścianowej.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 02-09-2015 10:09 PM |
|
 |
tomtur
    
Postów: 7,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
No co ,namiot już stał Trunek zacny
"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
|
|
| 02-09-2015 10:21 PM |
|
 |
Pablo
pablo
    
Postów: 10,684
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2006
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Przeczytałem "jutro relacja z akcji śniadaniowej"
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
|
|
| 03-09-2015 08:36 AM |
|
 |
watażka
    
Postów: 597
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2014
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
mam nadzieję że wreszcie w sposób usystematyzowany dowiem się co mnie ominęło w pierwszym tygodniu :sob:
|
|
| 03-09-2015 04:38 PM |
|
 |
Fazik
Kierowca TYRa
    
Postów: 6,690
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2006
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
|
|
| 03-09-2015 06:09 PM |
|
 |
Em.
Em.
    
Postów: 1,795
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2014
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Stasiu.. Niecierpliwie przebieram nogami na ciag dalszy.. A póki co..
Przygotowałam sałatkę.. Warzywa i włoski spreck, który jeszcze się uchowal wchodzę na forum.. A tu.. Dolomity.. Pięknie.. Czas na wino
|
|
| 03-09-2015 07:05 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Dzień drugi, niedziela - Ostry start, Ferr. Truppe Alpine
Koniec zabawy. Już na poważnie zaczanamy ferratową przygodę. Na pierwszy plan taka niby łatwa i krótka Ferrata Truppe Alpine na Col Dei Bos niedaleko Passo Falzarego (2117 m). Jednak i ta ma swoje C/D. Wyśmiane buzie wyłażą z samochodów o 8:45.
Nim się ocknąłem, wszyscy polecieli we wskazanym kierunku nie patrząc na prawo i lewo. Trudne jest życie operatora kamery. Nim te bebechy wyciągnie, to wszyscy się ulotnią jak para nad garnkiem i trzeba potem gromadę ścigać.
Poranek mamy słoneczny z dalekimi widokami. Z wszystkich gór na zdjęciu wspomnę tylko piramidę w środku. To Antelao. Jeszcze go nie odwiedziłem. Jednak po obejściu Sorapisa (w danym dniu jeszcze nie), zaczynam na niego więcej myśleć. Rozgrzewamy się szybkim marszem pod ferratę w przeciągu 40 minut.
Z miejsca dawnego szpitala polowego nasza gospodyni pokazuje się w pełnej krasie. Nawet widać ludzkie mrówki, jak próbują wdrapywać się na wierzchołek. Na nas też przychodzi czas. W samą porę. Wszyscy są poekscytowani i nie mogą się doczekać wypróbowania swoich sił. Szybko się ubieramy i grzecznie stajemy w kolejce.
Ja staram się wtłoczyć między obiekty godne do zadokumentowania i żeby nie było przetomturowane. Mam szczęście. Jestem między Bogną i Em.
Początek trasy był trochę wyciskający dech, ale wszyscy przeszli go sprawnie. Niektórzy z uśmiechem na twarzy.
Dla innych to była dla odmiany ferratowa premiera i na twarzach nie było poczytalne co sobie takie osobniki myślą w danej chwili.
Może sobie wmawiają: "Co ja tu robię, czy nie było by lepiej gdzieś na plaży?". Zwłaszcza w miejscach, gdzie trzeba było dokleić się do ściany.
Człowiek wtedy odczuwa ciekawe uczucie. To nie to samo, kiedy para zakochanych tuli się do siebie, to te same organizmy, ale tutaj? Człowiek i skała. Całkiem odmienne organizmy. Z jednej strony martwa, zimna, twarda i ostra natura i z drugiej żywy, ciepły, miękki i poddajny człowiek. Jednak i w takich warunkach trzeba wytworzyć pewien rodzaj symbiozy.
Widać, że Em się tego rodzaju symbioza podobała. Może nam pomachać do aparatu. W tyle na zdjęciu widać Averau. Szybko nabieramy na wysokości. Bez trudu przechodzimy na kolejną część skały, gdzie można poznać, że powoli zbliża się koniec ferraty. No tak, ta dzisiejsza była tylko na rozgrzewkę i obmacanie skały.
Trzeba mi było jeszcze zrobić zdjęcie Tomturowi, żeby miał pamiątkę z chwytania drutów na Truppe Alpine. Po 2 godzinach kończy się ferrata. Niektórzy się z tego cieszą i próbują skakać wysoko.
Dla innych smutek, że tak szybko się skończyło. Na zdjęciu Em próbuje wyskoczyć wyżej niż jest w tyle widziane schronisko na Lagazuoi. Jeszcze parę kroków i jesteśmy na Col Dei Bos (2559 m). Dopiero tutaj chyba pierwszy raz tego dnia, taki niestały organizm, jak forumowa brać, udało się chociaż przez chwilę utrzymać po kupie. Powodem tego było wspólne wierzchołkowe zdjęcie.
Ferraciarze dumnie pozują przed jutrzejszym celem - Tofaną De Rozes. Klasycznie obstrykujemy odwiedzone miejsce i po dopełnieniu wybitej energii czas na powrót. Ten już jest w postaci Via Normale.
Wszystko dobrze, ale te dziadkowe kolana. Jeszcze nie jest 14:00 i my po 6 km i 5 godzinach znów jesteśmy na Falzarego. Jednak pora wczesna i szkoda wracać do campingu. Decydujemy na kawkę z widokiem i w drodze powrotnej zatrzymujemy się w osadzie Pocol w Belvedere.
Widoki na z tarasu na Cortinę i okoliczne kopce są ładne. Tylko pani barman, kiedy nam parzyła kawę, wyglądała jak by przeżywała największą katorgę w życiu. Po dojechaniu do głównej bazy i dokonaniu oczysty, gromadzie było tego mało i postanowiła prawoskrzydłowym atakiem zdobyć wieczorną Cortinę. Zgłodniałe wilki tak długo krążyły po mieście, aż natrafiły na przyjazną pizzerię.
Po jednym takim wilku widać, że smakowało. Wieczorem znów tradycyjne posiedzenie przy świeczce. Nawet poznaliśmy jedno nowe włoskie słowo - "piano".
Dobranoc życzy twórca tej relacji z tarasu Belvedere.
Cdn...na ferracie G. Lipella.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 03-09-2015 07:46 PM |
|
 |
Pablo
pablo
    
Postów: 10,684
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2006
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Piano czyli be quiet w języku Szekspira
Stanisław, dziękuję i proszę o więcej
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
|
|
| 03-09-2015 08:07 PM |
|
 |
Em.
Em.
    
Postów: 1,795
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2014
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Stasiu..doskonale się czyta.. A juz w ogóle świetnie, gdy jest się jednym z bohaterów relacji..
|
|
| 03-09-2015 09:07 PM |
|
 |
yoter
    
Postów: 1,095
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: May 2009
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Fajnie wrócić do tych dni .
góry to początek nieba
|
|
| 04-09-2015 08:01 AM |
|
 |
gabi82
    
Postów: 1,081
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2010
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Motto (dedykacja własna dla Stasia): "Stasiu, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Kiedy byłeś młody, to latałeś po kopcach jak kozica. Później, kiedy dojrzałeś, rozdawałeś mądre słowa jak sowa. Teraz inni latają po kopcach, inni też rozdają mądre słowa a Ciebie pozostała rola kulawego, wyleniałego starego wilka, który ledwie nadąża za forumową watahą (Watażką?). Powoli się zbliża ta przedostatnia platforma, gdzie są Ci, którzy każdy dzień mają niedzielę i chodzą pokopcach, kiedy inni zasuwają w pracy. Przygotuj się."
To brzmi jakoś tak nostalgicznie...pesymistycznie...a przecież to też fajna rola... widzieć teraz wszystko z tej kolejnej perspektywy. Wszak zobacz jak chowasz młodą trzódkę Dolomitową 
Dla innych to była dla odmiany ferratowa premiera i na twarzach nie było poczytalne co sobie takie osobniki myślą w danej chwili...
Zwłaszcza w miejscach, gdzie trzeba było dokleić się do ściany...
Widać, że Em się tego rodzaju symbioza podobała...
gratulacje !
Rewelacyjnie czyta się tą opowieść...a zdjęcia są ekscytujące. To przyklejanie się do ściany szczególnie mi się podoba...aż czuję dreszczyk emocji. Jeszcze trochę posiłować się muszę z naszymi skałami i kto wie może ja też w przyszłym roku stanę na Dolomitowych ferratach
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-09-2015 08:14 AM przez gabi82.
|
|
| 04-09-2015 08:13 AM |
|
 |
szewczyczek
    
Postów: 4,477
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2011
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Co ja tu robię, czy nie było by lepiej gdzieś na plaży?
O to, to, Stasiu.
Odwiedzona ostatnim czasem plaża pozostawiła mi wspaniałe wspomnienia
Hej ho, zwariowana przygodo!
|
|
| 04-09-2015 07:05 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Dzień trzeci, poniedziałek - Od razu na całego, Ferr. G. Lipella
Wczoraj była rozgrzewka, dzisiaj zaciąg na całego. Aczkolwiek Ferrata G. Lipella nie przekracza stopnia trudności poprzedniego dnia (C/D), to tutaj już inna zabawa. Trzeba liczyć na chasanie po skałach cały dzień. Bo też Tofana De Rozes ma 3225 m a my wychodzimy od Rif. Dibona 2037 m. Z tego trzeba 600 m wysokości i 4,5 godziny w postroju ferratowym. Cała ta impreza trwała nam 10 godzin.
Autkami dojeżdżamy do schroniska. Widać, że chęci pomacania skały na Rozes ma więcej śmiałków. Parking będzie dzisiaj zapełniony. Jednak to miejsce jest też punktem wypadowym dla sznurkowców i napewno trochę się przerzedzi na trasę pod ferratę. Jest 8:00 i jeszcze o świeżych siłach wyruszamy. Najpierw trzeba obejść południową ścianę, która nie jest dla nas przeznaczona. My mamy wydzieloną zachodnią ścianę. Z tego powodu musi każdy według stanu dróg oddechowych, układu krążenia i o własnych siłach przedostać się 2 km w poziomie i 400 m w pionie pod właściwe miejsce.
Na zdjęciu widać parking przy schronisku i zygzak ścieżki, którą będziemy schodzić po 10 godzinach od Rif. Giussani. O tych skalnych kolasach, Sorapis i Antalao, nawet nie wspominam. Kiedy podchodzimy pod pionową ścianę, zaczyna być jasne, że trzeba wypatrywać punktu wypadowego.
Punktem orientacyjnym jest też widoczna górna stacja kolejki na Kl. Lagazuoi. Po godzinie drałowania we własnym pocie jesteśmy na miejscu. Początek Lipelli ma inny charakter niż inne ferraty. Nic dla klaustrofobów. Przeciskanie się 800 m sztolnią. Do ferratowego postroju trzeba z tego powodu dodać czołówkę.
Wejście jest jeszcze wypiększone stalowymi drabinkami umocowanych obok resztki drewnianych z czasów IWW. Wydaje się, że to normalna skalna dziura. Jednak chłodniejsze, wilgotne powietrze, nachylenie większe jak małe daje i ciasna przestrzeń daje w d...ę.
Kobieca część wyprawy daje znać, że takie przeszkody uśmiech na ustach im nie gaszą.
Jednak inny osobnik z ekipy wygląda, że podtrzymywanie ściany dla pozostałych daje mu porządnie we znaki. Ja też sporo musiałem wydalić potu, nim zobaczyłem skuteczne światło na końcu tunelu.
Lipella ma kolejną anomalię ferratową, która mi się wogóle nie podoba. Co człowiek trudno wydrałuje jak ten osobnik w tunelu, to wnet straci na piargach.
Tutaj chwila po wyjśćiu z tunelu. Rozmyślałem co ten Seba zamierza? Wygląda, jak by chciał ten kawał skały wyrwać i zebrać ze sobą. Faktycznie jeszcze ani porządnie nie zabraliśmy się do ferratowania. Rozes, to potężna góra i trzeba koło niej się sporo nadreptać, nim się człowiek gdzieś dostanie.
No i po czasie doczekaliśmy się naszej ulubionej zabawy. Dolna część nie przyspaja zbytnich problemów. Uśmiech na ustach uczestników nie zamarza.
Są jednak miejsca, kiedy zastanawiamy się nad właściwym stylem podejścia. To jednak nie dotyczy miejsc, gdzie trzeba zrobić zasadniczy krok nad próżnią.
Długonodzy wciąż z uśmiechem. Jednak Ci mniejsi potrzebują wsparcia do pokonania takiej przeszkody. Polecam każdemu wypróbować to uczucie, kiedy patrzymy pionowo w dół i zarazem przemieszczamy swoje ciało nad próżnią robiąc ze swoimi nogami szpagat.
Im wyżej, tym więcej przepaściste widoki. Skalne półki się zwężają. Na zdjęciu widzimimy Dolinę Travenanzes, która w czasie IWW miała strategiczne znaczenie. Ona rozpoczyna się w Forc. Travenanzes, między Lagazuoi i Col De Bois i w Forc. Col De Bois, między Col De Bois i Tofaną (przypominam, że dzień wcześniej byliśmy na Col De Bois). Oba te siodła Austriacy zaciekle bronili. Kiedy by się Włosi przedarli do do doliny, wtedy by nic trudnego nie stało na przeszkodzie opanować Dolinę Pustertal, która służyła do zaopatrywania całego frontu Dolomitowego.
Z wysokością robi się też więcej pionowo. No bo przecież trzeba tą wysokość wydrałować. Skała jest jednak dobrze chwytna i nie trzeba stosować górolskich metod.
Na zdjęciu nareszcie widzimy coś konkretnego z naszego dzisiejszego wyczynu. Ta zaznaczona czerwonym kółkiem skała z zarysami ludzkich mrówek, to miejsce zwane Tre Dita (2694 m). W tym miejscu można w razie niepogody zejść do Rif. Giussani. Od tego miejsca nas w ferratowych sprawach czeka jeszcze skalny amfiteatr. O historyczno-wojennym znaczeniu tego miejsca może kiedyś napiszę na innym miejscu.
Cd. zaraz nastąpi
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 08-09-2015 09:34 PM |
|
 |
Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Cd...
Operator filmowy ma zawsze sporo trudności zamieścić całą ekipę w jednym kadrze i to na dodatek z kawałkiem akcji. Tutaj brakuje tylko Yotera, który szedł przede mną. Więcej się nie dało.
Tego mam udokumentowanego na tle Tre Dita, która nam się przybliżyła na wyciągnięcie ręki. Na przełęczy jest czas na wyluzowanie i obstrykanie uczestników z przepięknym tłem. Ze wszystkich pstryków wybrałem ten z Sebą.
Dobrze się prezentuje na tle Tofan Di Dentro i Di Mezzo, sióstr naszej Tofany De Rozes. Koniec bambelania i znów do pracy nas woła Rozes. Długo na nas nie będzie czekać. Kawałek skalnej półki i mamy w zasięgu wzroku ostatni ferratowy odcinek.
300 m skalnego amfiteatru. Niektórym forumowiczom tutaj już koniecznie zamarzł uśmiech na ustach. Jest to najtrudniejszy odcinek, tutaj bodajże jest jedno C/D, jednak nic trudnego. Raczej człowiek sobie pomyśli, że już by chciał zakończyć to ferratowanie a tu trzeba drałować jeszcze 1 godzinę i to jeszcze nam brakuje kolejnych 250 m do szczytu. No nic, mamy to, co sobie życzyliśmy.
Dla rozluzowania sprawy może ktoś niedolomitowy odgadnie do kogo należą dłonie w rękawicach. Jeszcze były siły na prowadzenie takich wygłupów.
Yoter idzie przodem i ma sporo czasu oglądać się za siebie i patrzeć jak drudzy sobie radzą w trzymaniu się skały. Co go tak śmieszy?
Odwracam się o 180 stopni i pstrykam zdjęcie. Mnie się wydaje, że wiara ferratowa sobie dobrze radzi i w tym amfiteatrze. Dla mnie godzna minęła jak by z bicza strzelił.
W tym miejscu ogłaszam tym pode mną, że to już koniec ferraty. Od teraz nas czeka jeszcze suche drałowanie na szczyt i na koniec wszystko to ferratowanie zniwelujemy schodzeniem. Zrzucamy postroje i po paru chwilach dochodzimy do miejsca, gdzie spotykamy się z tymi z Via Normale. Bardzo lubię to miejsce. Gospodyni z tego miejsca dumnie się prezentuje i wabi, jak syrena, do siebie przybyszów z dolin.
Przed czterema laty uwieczniłem z tego miejsca Tomtura. Teraz był czas pstryknąć naszą królewnę z Em i Yoterem. Pozostali turyści nam służą jako traserki do właściwego wyznaczenia drogi na szczyt. Ta nas jeszcze naciąga o kolejne pół godziny. Około 14:45 jesteśmy na najwyższym dzisiejszym punkcie ? Tofana De Rozes (3225 m). Następuje klasyka wierzchołkowa. Z wielu zdjęć wybieram to to jedno.
Grupa szczytowa zasługuje na udokumentowanie wraz z Dentro i Mezzo. Jesteśmy w D dwa dni, niektórzy byli dzień wcześniej na zerowej wysokości i teraz na więcej jak 3 tysiące. Ten deficyt tlenowy musi mieć wpływ na nieaklimatyzowany układ oddechowy. Jednak wszyscy się z tym uporaliśmy.
Wygramolić się na szczyt, to jedno, ale stoczyć się w dół, to też nie jest bułka z masłem. Na szczęście w połowie tej czynności nas czeka wyśnione schronisko.
Tomtur nam wyznacza właściwą drogę. To nic, że zwie się Rif. Giussani (2580 m) i ceny są w europejskiej walucie. Dopiero tam jest czas i miejsce, gdzie można skromnie uczcić odwiedziny Rozes.
Każdy według swoich chęci. Czy to nie fajnie być tak pod okiem naszej dzisiejszej gospodyni? Mamy 600 m za sobą. Czeka nas jeszcze tyle samo. Dobrze, że te kolejne są dla kolan, zwłaszcza tych od dziadków, więcej tolerancyjne.
Jest też czas na obstrykanie kolejnych bliskich i dalekich wyzwań. Takie Monte Pelmo lub Civetta poskładane zupełnie w tyle zasługują na bliższą uwagę dla tych, co myślą poważnie na długi czas głaskać skały w D. Przed Civettą widać mniej znany kopczyk Monte Cernera. Tam operował w tym czasie nasz admin Pedro.
Mamy 18:00 i czas, żeby już zakończyć naszą dzisiejszą wyprawę. Rif. Dibona na nas zaczekała i przyjaźnie podała dłoń na przywitanie. W samą porę. Ten dzisiejszy dzień zaczynał mi się już dłużyć. Odjazd do bazy i wieczorne rozmowy całkowicie były pod dominacją dzisiejszych wybryków.
Dobranoc życzy dzisiejsza grupa zejściowa (bez Tomtura).
Cdn... Ferrata M. Bianchi
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|
| 08-09-2015 09:50 PM |
|
 |
Em.
Em.
    
Postów: 1,795
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2014
Status:
Offline
|
RE: Jak mnie posmykano po Dolomitach - letnia biba 2015 GŚ
Pięknie, pięknie 
Ależ wspomnienia.. Stasiu.. Idealna lektura na sen.. Tak by sie rozmarzyć
|
|
| 08-09-2015 09:59 PM |
|
 |
|
|