Odpowiedz  Napisz temat 
Strony (2): « Pierwsza [1] 2 Następna > Ostatnia »
Filipka - grudzień 2009 !
Autor Wiadomość
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #1
Filipka - grudzień 2009 !

Kiedy tylko ukazała się ta wiadomość, od razu wiedziałem, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Stasiu, zapraszał wszystkich chętnych w okolice Filipki na wigilijne spotkanie w górskiej chacie. Znamy się osobiście od niedawna, ale to w zupełności wystarczyło, abym obdarzył tego górskiego zapaleńca wielką sympatią. I muszę tutaj przyznać, że takie sytuacje nie często maja miejsce w moich kontaktach towarzyskich. Na początku zainteresowanie tematem było dość spore, jednak im bliżej było terminu spotkania, tym zapały ewentualnych uczestników stygły w ekspresowym tempie. W ostateczności zostało nas trzech. Do naszej dwójki dołączył jeszcze Tomtur, który do samego końca trzymał nas w niepewności, jaki wariant dotarcia na miejsce wybierze. Z doskoku miał się również pojawić Mirek i na tym lista uczestników została definitywnie zamknięta.

Dzień pierwszy!

Na Filipkę postanowiłem dotrzeć drogą górską, przekraczając granicę na Małym Stożku. Tak też zresztą umówiłem się wcześniej ze Stasiem, potwierdzając ten fakt w ostatniej wiadomości w przeddzień wyjazdu. Od tej chwili zdani byliśmy tylko na samych siebie, z bardzo wątpliwym kontaktem za pomocą krótkich wiadomości tekstowych. Wątpliwym dlatego, że jak to często w górach bywa, zasięg sygnału ma bardzo ograniczone możliwości. Nasz plan spotkania, był jednak tak misternie przygotowany, że wystarczyła tylko jedna krótka, obustronna informacja i doskonale wiedzieliśmy, że wszystko idzie zgodnie z planem. Dla mnie, wszystko zaczęło się wcześnie rano w Wiśle Jaworniku, dokąd dotarłem środkami komunikacji państwowej. Dalej już na własnych nogach, obarczony niemiłosiernie ciężkim plecakiem. Jednak prowiant i to dodatkowe szkło cholernie dużo ważą. Niebo przez całą drogę fundowało mi delikatną mżawkę, a wokół panował ponury i mglisty klimat. Droga, choć początkowo błotnista, umykała jednak w szybkim tempie o czym dobitnie informowała mnie wszechogarniająca wilgoć mojej odzieży pierwszego kontaktu. W tym dniu jednak, nic mi nie przeszkadzało. Normalnie fluchciłbym na wszystkie świętosci, ale nie dzisiaj, mając w perspektywie co najmniej trzy dni spędzone w górach. Krajobraz, który do tej pory miał jeszcze typowo jesienny charakter, wraz z nabieraniem wysokości zaczynał przypominać, że kalendarz już od dawna grudniem stoi. Było mi tak dobrze, że wybrałem nawet najdłuższy z możliwych, wariant dojściowy. Pogwizdując sobie skocznie, wędrowałem pod girlandami gałęzi ośnieżonych świeżym puchem i podziwiałem otaczającą mnie przyrodę.
                   
Do jedynego postoju, jaki sobie zafundowałem, zmusił mnie głód. Wstąpiłem zatem do Lepiarzówki, która jest prywatną karczmą wybudowaną u stóp Soszowa i zamówiłem żurek z jajeczkiem. Oj, do dzisiejszego dnia wspominam jego smak.
   
Szybciutko obliczyłem w pamięci, że droga do miejsca spotkania ze Stasiem, nie powinna zając mi więcej niż dwie godziny czasu i taką też informacje wysłałem w eter.
Wszystko w tym dniu przebiegało zgodnie z planem. Dalsza droga upłynęła mi na nieustającym ćwierkaniu ludzką mową sam ze sobą i podrygiwaniu ze szczęścia. Dopiero zejście na czeską stronę i kontynuowanie wędrówki szlakiem, który przeszedłem raz w życiu i to w dodatku w odwrotnym kierunku, zmusił mnie do krótkich, acz nielicznych chwil zastanowienia, czy aby na pewno dokonuję właściwego wyboru. Ścieżynka była bardzo wąska, a zaśnieżony teren, nie ułatwiał zadania. W końcu widzę przed sobą znajomą bryłę budynku, który w pierwotnym założeniu, był polską szkoła w Kobyliskach, a obecnie pełni funkcję centrum kulturalnego, czyli jedynej w najbliższej okolicy gospody. W malutkim pomieszczeniu, tuż przy szynku, w towarzystwie szklanicy piwa czekał już na mnie Stasiu. Uścisnęliśmy się serdecznie. Przywitałem się z jedynym tubylcem, jaki stanowił nasze towarzystwo i zmówiłem u przemiłej pani gospodzkiej zimne piweczko. Ale ulga dla stojącego jak kołek w płocie języka. Gardziołko też się bardzo ucieszyło. Uboga to i wyludniona osada, ale życzliwość ludzi i ich stosunek do przybyszów jest tak serdeczny, iż odnosi się wrażenie, jakoby było się starym, dobrym znajomym, który przyjechał po kilkunastu latach tułaczki. To istny fenomen, bo człowiekowi nie chce się opuszczać tak zacnego towarzystw, chociaż nasza znajomość jest zupełnie przelotna i powierzchowna. Jeszcze nie raz przyszło mi przy okazji następnych spotkań uzyskać potwierdzenie tej opinii. Szkoda było opuszczać tak domowa i sielską atmosferę, ale czas było pokonać ostatnie w dniu dzisiejszym wzniesienie i stanąć u wrót rozsławionej przez Stasia chaty na Filipce. Skąd inąd, to nazwa zarówno pobliskiego wzniesienia, jak i samego przysiółka liczącego kilka gospodarstw rolnych rozrzuconych po najbliższej okolicy. Wchodzimy do środka, rozglądam się po wnętrzu i przecieram oczy ze zdumienia. Usiadłem na dupie i przez pięć minut szukałem szczęki na podłodze. Pięciogwiazdkowe SPA przy tym, to pikuś. Zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
Szybciutko dokonałem wyboru apartamentu, gdzie miałem swoje miejsce do spania i rozpoczęliśmy penetracje okolicy.
                               
Podczas tego rytuału musieliśmy zlokalizować miejsce, w którym można było uzyskać telefoniczny kontakt ze światem zewnętrznym, bo przecież ciągle czekaliśmy na wieści od Tomka, dotyczące szczegółów jego przyjazdu. Nie miał zielonego pojęcia jak tam dotrzeć i gdzie szukać chaty, a na dworze zapadły już egipskie ciemności. Szczęśliwie dla nas okazało się, że najmocniejszy sygnał, jest nie gdzie indziej, jak w pobliskiej gospodzie. Dziarsko weszliśmy do środka i kolejny szok dla mnie w dniu dzisiejszym. We wnętrzu, które swymi rozmiarami nie przytłaczało, odbywało się świąteczne spotkanie braci myśliwskiej, która była już w fazie dobrej, kulturalnej zabawy. Zamknięte spotkanie, pewnikiem zostaniemy wyproszeni ? pomyślałem sobie. Nic z tych rzeczy. Zostaliśmy zaproszeni do środka i do naszej dyspozycji została oddana jedyna wolna ława drewniana, jaka nie została zagospodarowana przez biesiadników. Aż miło było patrzeć, jak fantastycznie rozwijała się zabawa. Co rusz na stołach pojawiały się swojskie, regionalne potrawy. Żadne tam wykwintne dania rodem z Francji, ale proste, chłopskie jadło, którego zapach roznosił się po całej okolicy, a który momentalnie przypomniał mi o swoim żołądku. Kiedy gospodzka podała placki ziemniaczane, mój morganizm już nie wytrzymał. Kubki smakowe były podrażnione do tego stopnia, że ślina zalewała mnie od środka i tylko łkanie było słychać. W końcu zdecydowaliśmy się złożyć zamówienie. Niestety, tym razem musiałem obejść się smakiem. Ostatni talerz placków właśnie wylądował na stołach biesiadników. A było tak blisko, wystarczyło podjąć decyzję dosłownie sekundę wcześniej. Jak nam wyjaśniła gospodyni, z bardzo zresztą zatroskaną miną, wszystko było przegotowane na zamówienie i nie dysponują już żadnymi potrawami na ciepło. Było jej bardzo przykro z tego powodu. Aż mi się jej żal zrobiło, kiedy za wszelką cenę chciała nas ugościć, ale nie miała już czym. Pozostaliśmy zatem przy piwie, herbatce i kawie.
   
W międzyczasie Tomek przysłał wiadomość, że właśnie wyruszył z domu. Mieliśmy około godziny czasu do zagospodarowania, zanim powinien pojawić się w pobliskim Gródku, skąd już tylko kilkanaście minut jazdy samochodem i jest się na miejscu. Decyzja: idziemy do chaty i po upływie przewidzianego czasu, wyjdziemy mu na spotkanie i wskażemy drogę dojazdu. Zamiar słuszny, ale jak się okazało, niewykonalny. Stasiu zgubił gdzieś po drodze klucze od drzwi wejściowych i szykowała nam się perspektywa koczowniczego biwaku w lesie przy temperaturze schodzącej poniżej zera. W namiocie i z odpowiednim ekwipunkiem, nie ma sprawy. Ale w naszej sytuacji? Zaopatrzeni w czołówki, wyruszyliśmy śladami naszej wędrówki na poszukiwania zguby. Marne szanse! Ciemno, zimno, śnieg i absolutna niewiedze, gdzie szukać. Poszliśmy nawet z powrotem do gospody w nadziei, że może wypadł z kieszeni, kiedy kurtki spoczywały w pozycji horyzontalnej na ławie. Niestety, bez rezultatu. Chociaż, nie do końca. Poczynania Stasia, wzbudziły zainteresowanie gospodzkiego, który z należytą uwagą przyglądał się poszukiwaniom. W końcu zebrał się na śmiałość i zapytał o co chodzi. Po złożeniu wyjaśnień uśmiechnął się szczerze i zaproponował zapasowy klucz, który ktoś przezorny zostawił kiedyś u niego, tak na wszelki wypadek. Gębule nam się uśmiechnęły i prawie że biegiem podrałowaliśmy sprawdzić, czy aby na pewno nasz przypadek był tym - wszelkim. Pasował!!! Jesteśmy w środku, co prawda w piecu już dawno wygasło i było zimno, ale nie w naszych wnętrzach, które skutecznie ogrzewały emocje. Sprowadzenie Tomka było już tylko formalnością, która zapoczątkowała imprezową cześć naszego spotkania. Na stole stanęła łącka miodula, którą Tomasz trzymał specjalnie na tą okazję. Obok gar pełen grzanej kiełbasy i zaczęła się integracja. Oj, pięknie było!!
               




Załączone pliki Miniatury
   

Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!

Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2009 04:19 PM przez lapikus.

14-12-2009 03:57 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Mallaidh

*****


Postów: 3,717
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2008
Status: Offline
Post: #2
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Weekend z tak zacnymi ludźmi, ciekawymi przygodami i w górskim otoczeniu - a do tego dobre jadło i napitek - czegóż chcieć więcej? Big Grin
Organizacja zapewne była wspaniała. Wypada żałować Sad
Może jeszcze będzie okazja?...


14-12-2009 04:31 PM
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
dr.Etker

*****


Postów: 8,828
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2006
Status: Offline
Post: #3
RE: Filipka - grudzień 2009 !

W wytwornych wnętrzach(toaletka narożna [styl późny Gustav Husak ? uhm ] , piec z kaflami fajansowymi) -wykwintna impreza( Radegast poparty Łąką Cool )-tylko pogratulować ! ok



14-12-2009 04:44 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
mirek

*****


Postów: 6,460
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2008
Status: Offline
Post: #4
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Sorki za zamieszanie,nieopatrznie zamieściłem foty z 2 dnia.innocent



..To wódka? ? słabym głosem zapytała Małgorzata.(...) ? Na litość boską, królowo ? zachrypiał ? czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.?
Michaił Bułhakow - Mistrz i Małgorzata
14-12-2009 05:04 PM
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Sokół
Brak aktywacji konta


Post: #5
RE: Filipka - grudzień 2009 !

jak sobie pomyślę, że w tym czasie najpierw fedrowałem jak głupi a potem spałem, a potem nie pamietam, to...... Sad


14-12-2009 07:02 PM
Zacytuj ten post w odpowiedzi
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #6
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Dzień drugi!

Kiedy otworzyłem oczy, otaczały mnie jeszcze zupełne ciemności. Spojrzałem na zegarek i przekląłem swój zegar biologiczny. Była czwarta trzydzieści, czyli dokładanie ta godzina, o której codziennie uskuteczniam pobudkę, będąc w domu. Skoro już oczęta się same otworzyły, to skorzystałem z okazji i pocwałowałem do odpowiedniego przybytku ulżyć mojemu pęcherzowi. Podrzemałem jeszcze do siódmej i rozpocząłem właściwy dzień. Głód doskwierał mi niemiłosiernie, choć wieczorem dnia poprzedniego wcale się nie oszczędzałem z jedzeniem. Nie wiem, co się działo, ale to miejsce działało na mnie jak pijawka, wysysając wszystkie treści żołądkowe zanim jeszcze zaczęły zamieniać się w pożyteczną energie. Dlatego też, nie żałowałem sobie na pierwszy tego dnia posiłek. Reszta towarzystwa, która już też krzątała się po izbach, poszła w moje ślady i dopełniła porannego obowiązku. Pierwszy tego dnia spacer, który miał być małą rozgrzewka, poświęciliśmy na ponowienie prób odnalezienia zagubionego klucza. No i cóż. Jednak w dzień widać o wiele więcej. Już na pierwszym podejściu, Staś, tryumfalnie wzniósł ręce do góry, a w jednej z nich trzymał zagubiony przedmiot. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie trzeba będzie wymieniać zamka. Taki sukces trzeba odpowiednio uczcić, więc swoje kroki skierowaliśmy w stronę znanej nam już dobrze gospody. Tam też postanowiliśmy spędzić zbytek czasu, jaki pozostał do przybycia Mirka. Każdy z nas zamówił odpowiednie dla siebie napoje i konwersacja toczyła się już lekkim językiem. Podziwialiśmy grupkę starszych panów, którzy byli stałymi bywalcami tego miejsca i traktowali go jak swój drugi dom. Wszyscy w bardzo podeszłym wieku, ale energii i werwy mogliśmy im pozazdrościć. Żartowali sobie z gospodynią, że znów im zmieniła układ stolików, do którego zdążyli już się przyzwyczaić, i przez to nie mają pewności, czy są we właściwym miejscu. Wiele bym dał, żeby dane mi było zestarzeć się w takiej kondycji otoczony swoimi górskimi towarzyszami. Strasznie im zazdrościłem. Jak się okazało, nie ja sam. Nawiązanie kontaktu z Mirkiem zaowocowało wiadomością, że jest już w Gródku i zmierza w naszym kierunku. Żeby przyspieszyć mu tempa, Staś, wysłał mu wiadomość, że od tego momentu wszystkie zamówienia idą na jego rachunek. Żebyście widzieli w jakim stanie do nas przyleciał. Wodę z jego ubrania można było wykręcać razem z nim. Ale honoru, nie można mu odmówić. Pierwszą czynnością, jaką zrobił po doprowadzeniu się do porządku, było złożenie zamówienia na cztery sztamperle śliwowicy, którymi wkupił się w towarzystwo.
           
Na resztę dopołudniowego czasu przenieśliśmy się do chaty.
       
Tym razem ze swoim rarytasem ujawnił się Staś. Na stole stanęła gruszkówka. Ale nie jedna z tych, których produkcja polega na zalaniu owoców spirytusem, a był to czystej wody destylat, którego niebiański smak przywrócił nam wiarę w zasadność ręcznej roboty. Żeby dorównać tej wykwintności sięgnąłem w najgłębszy zakamarek mojego plecaka i wydobyłem swojską kiełbasę, która bynajmniej nie stanowiła elementu dekoracyjnego stołu.
               
Atmosfera, z każdą upływającą minutą i zmniejszającą się ilością trunku w butelce, stawała się coraz bardziej wesoła i towarzyska. Jak wszystko, co dobre i tutaj szybko się skończyło. We wczesnych godzinach popołudniowych swój przyjazd zapowiedziała szanowna małżonka Stasia, a my obiecaliśmy, że wyjdziemy jej naprzeciw. Czas naglił, więc trzeba było ruszać. Praktycznie już w biegu napoczęliśmy jeszcze morelówkę od Mirka i ruszyli w drogę. Marszruta przebiegała bardzo sprawnie, choć do tej pory nie bardzo pojmuję dlaczego wtedy wydawało mi się, że droga, która podążaliśmy, była zdecydowanie szersza niż dłuższa. Humory były jednak przednie. Nadspodziewanie szybko spotkaliśmy się z żoną Stasia, choć to bardziej jej należy przypisać tą zasługę. Staś, jak na dobrego i opiekuńczego męża przystało, towarzyszył już zonie w drodze na Filipkę, a ja z Tomkiem odprowadziliśmy Mirka pod sam praktycznie Gródek i tam się pożegnaliśmy.
               
Późnym popołudniem, ku wielkiej nas wszystkich uciesze, udaliśmy się z wizytą do Kobylisk. Chcieliśmy odwiedzić starego przyjaciela Stasia, który to bardziej z sentymentu, niż dla zarobku prowadzi wspomnianą już wcześniej gospodę. Przyjął nas z otwartymi rękami i uraczył wszystkim, co tylko miał najlepszego. I znów poznałem, co to znaczy gościnność. Największy gwóźdź programu, był dopiero przed nami. To specjalność tutejszej gastronomi. Szmolcówka, bo tak się zwie ów rarytas, to nic innego, jak domowej roboty destylat calvadosu uzupełniony o gorącą jeszcze wędzoną słoninę, zeskwarzoną na patelni. Tym razem jednak, calvados musiała zastąpić śliwowica. Tomek miał wielkie opory przed dokonaniem degustacji, ja natomiast, uznałem ten wynalazek za arcydzieło sztuki barmańskiej. I do tego tan zapach, kiedy przyrządzana zostaje wkładka. Nie muszę chyba dodawać, że wszystko pochodzi z własnej produkcji, mówiąc po naszemu, zabijaczki. Dostaliśmy takiego pypcia, że postanowiliśmy zakupić większą ilość tego świńskiego dobrodziejstwa z przeznaczeniem na poranną jajecznicę, dnia następnego. Szczęśliwi, usatysfakcjonowani i wielce poruszeni tutejszą gościnnością, w zupełnych już ciemnościach wracaliśmy przez las torując sobie drogę oświetleniem czołowym. W oddali widoczne były jeszcze przez jakiś czas malutkie punkty świetlne, które były oznaką życia tej zapomnianej przez świat dziedziny.
           
Jakoś dziwnie oczy mi zawilgotniały, kiedy sobie uświadomiłem, jak wielkim darem dla człowieka jest zwykła ludzka życzliwość, która jest zupełnie bezinteresowna i nie żąda nic w zamian i o nic nie pyta. W dzisiejszych czasach ze świecą takiej szukać. Wiem na pewno, że jeszcze wrócę do tych ludzi i wielkim honorem będzie dla mnie, kiedy będę mógł zasiąść z nimi przy wspólnym stoliku. W takim oto nastroju wróciliśmy do naszej chaty i zgromadziwszy się wokół buchającego ciepłem kominka, zajadając lokalny przysmak nazwany utopencami, prowadziliśmy wspólne, długie dysputy o wszystkim i o niczym. Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w łóżku i momentalnie pogrążyłem w błogim śnie.
               



Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!

Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2009 09:18 PM przez lapikus.

14-12-2009 07:21 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
bober37

*****


Postów: 1,194
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Nov 2008
Status: Offline
Post: #7
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Pięknie Panowie pięknie, szkoda że taak mało ludzi tam się pojawiło ale Wy sądząc z opisu świetnie się bawiliście, zazdroszczę troszkę, może kiedyś dam radę wpaśc na taka miłą integracjeSmile))



Życie jest za krótkie....więc po cholerę być przeciętnym człowiekiem.... Kazimierz Kutz
14-12-2009 07:31 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Fazik
Kierowca TYRa
*****


Postów: 6,690
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2006
Status: Offline
Post: #8
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Lokal pierwsza klasa, towarzystwo wyborne, za oknem góry... Ech, Jak Wy się dobrze rozkręcaliście Ja zasuwałem z paczkami świątecznymi z Niemiec, może ktoś z forumowiczów taką dostanie Smile



Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
14-12-2009 07:42 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
mirek

*****


Postów: 6,460
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2008
Status: Offline
Post: #9
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Kilka moich fotek;




Załączone pliki Miniatury
                       

..To wódka? ? słabym głosem zapytała Małgorzata.(...) ? Na litość boską, królowo ? zachrypiał ? czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.?
Michaił Bułhakow - Mistrz i Małgorzata
14-12-2009 07:56 PM
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #10
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Marek, fajnie to opisałeś ok. Wiedziałem na kogo można polegać. Z niecierpliwością czekam na dzień trzeci i pojawienie się dalszego gościa. W niedzielę zawitała na Filipkę Pani Zima w pełnej krasie. Nie zawiodła nasze oczekiwania. Big Grin



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
14-12-2009 08:55 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #11
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Stasiu!

Obiecuję, że część trzecia będzie jutro, dzisiaj już nie dam rady.



Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!
14-12-2009 09:23 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #12
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Ode mnie chociaż parę zdjęć:
    - trochę egzotyki
    - Nowicjusze na Filipce giggle
    - domek sąsiadki - pani Sikorowej
    - Pani Zima na Stożku



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-12-2009 10:04 PM przez Stasiu.

14-12-2009 10:03 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
tomtur

*****


Postów: 7,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status: Offline
Post: #13
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Ha ha widzę że cenzura ma sie dobrze i tak trzymac ShyBig Grin Stasiu za rok w grudniu też rezerwuj ja jestem w ciemno to pisze ok



"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
14-12-2009 10:26 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #14
RE: Filipka - grudzień 2009 !

Tomek!

Ja, nie nazwałbym tego cenzurą, a jedynie dbaniem o dobre imię całego składu filipkowego.



Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!
15-12-2009 06:59 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
lapikus

*****


Postów: 2,441
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2009
Status: Offline
Post: #15
RE: Filipka - grudzień 2009!

Dzień trzeci!

Przez całą noc padał drobny śnieg, więc można było mieć nadzieję, że czeka nas powitanie prawdziwej zimy w Beskidzie Śląskim. Nadzieja, choć matka głupich, tym razem została spełniona. Za oknami rozpościerał się fantastyczny widok. Wszystko dokoła zostało pobielone puszystą pierzynką i skrzyło się na delikatnym mrozie. Tym razem dzień zapowiadał się na typowo górski. W kuchni też gorączkowa krzątanina od samego rano, bo przecież czekała nas niezwykła uczta. Stasiu, przejął obowiązki nadwornego kucharza i z wielkim namaszczeniem kroił wszystkie przygotowane uprzednio wiktuały. Kiedy znalazły się w wielkim rondlu i zaczęły delikatnie skwarzyć, cała chata wypełniła się niebiańskim zapachem, który byłby zdolny zwabić nawet tatrzańskie niedźwiadki. Kiedy boczek, słonina i kiełbasa nabrały już odpowiednich rumieńców, zalane zostały kopą jaj i zaczęła się ceremonia mieszania. Mając w nozdrzach tak przenikliwy zapach, nawet syty by się skusił, a co dopiero tak wygłodniałe wilki, jak my. To była uczta. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zmogłem tak ogromną porcję.
           
Wydęte jak balony brzuszyska przenieśliśmy na salonowe fotele i w bezruchu podziwialiśmy przygotowane przez Stasia prezentacje jego górskich wyczynów. Ile jednak górołaz może wysiedzieć w bezczynności? Decyzja zapadła. No przecież być na Filpce i nie wyjść na Stożek, to byłby niewybaczalny błąd. Śnieg ciągle posypywał, atmosfera robiła się coraz bardziej świąteczna, a nas aż roznosiło na podejściach. Niektórzy nawet zmuszeni byli do zrzucenia wierzchniej garderoby, bo para z nich buchała, jak z kotła jakiego. Szlak wiedzie cały czas przez leśne ostępy, wijąc się zakosami pomiędzy wąskimi przesmykami tworzonymi przez gałęzie drzew. Dosłownie na naszych oczach zima zagarniała coraz to większe połacie terenu, przywłaszczając go sobie na długie miesiące. Jedynymi przeszkodami na szlaku, były pozostałości po ostatnim Halnym, który również w Beskidy zapuścił swoje macki. Kilka zwalonych drzew trochę spowolniło nasze tempo, ale nie na długo. Techniki pokonywania były różne, ale wszystkie skuteczne. Najgorsze podejście, jest pod sam szczyt, ale i tak wybraliśmy, chociaż niejednomyślnie, łagodniejszą wersję prowadzącą po polskiej stronie. Z wywalonymi jęzorami stanęliśmy przed schroniskiem.
                                                       
Teraz miał nastąpić kulminacyjny moment. Zimne piweczko i talerz pełen smakołyków. Miałem jakieś złe przeczucia. Wchodzimy do środka i totalna konsternacja. Nie było dosłownie gdzie szpilki wetknąć. Jakiś jegomość udzielił nam łaskawie informacji, że odbyła się tu wielka świąteczna impreza i dopiero teraz wszyscy zaczynają dochodzić do siebie przy schroniskowym bufecie. I pomyśleć, że kiedy odwiedziliśmy ze Stasiem to schronisko tydzień wcześniej, trzeba się było do drzwi dobijać, bo obsługa nie przypuszczała, że zjawi się jakiś klient. Spragnieni i wygłodniali, ale niezmiernie szczęśliwi, ruszyliśmy w drogę powrotną. Jednak przyjemności z odbytego spaceru już nikt nam nie mógł odebrać. W międzyczasie chatę nawiedzili nowi goście. Sama młodzież. Rodzina Stasia, była już prawie w komplecie. Zjawił się jego syn z żoną oraz córka ze swoim chłopakiem. Zamieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań i trzeba się było zacząć szykować do opuszczenia tego niezwykłego miejsca. Opieszale i powoli, żeby maksymalnie późnić ten moment, zaczęło się pakowanie plecaków. Ostatnie spojrzenie na okolicę, pożegnanie się z pozostałymi gośćmi i w drogę. Obawialiśmy się trochę zjazdu górską droga, ale sypki i zmrożony śnieg okazał się naszym sprzymierzeńcem i dobrze trzymał opony samochodu w ryzach, nie dopuszczając do poślizgu. Po godzinie jazdy zameldowałem się w domu, ale czy byłem z tego powodu szczęśliwy?

Epilog

Kiedy z perspektywy czasu rozpamiętuję te wszystkie wydarzenia, których dane mi było być świadkiem, mogę jednoznacznie stwierdzić, że absolutnie niczego nie żałuję. Podziwiam naszego gospodarza, który nie wiedząc ilu będzie chętnych i nie bacząc na horrendalnie wysokie koszty, wynajął całą chatę tylko po to, żeby sprawić przyjemność swoim formowym gościom. Dwoił się i troił, żeby dogadzać nam na każdym kroku i nie pozwalał w niczym się wyręczać twierdząc, że to przecież jego obowiązek. Stasiu, na Twoje ręce, publicznie składam serdeczne podziękowania za cały trud, jaki włożyłeś w przygotowanie tego wigilijnego spotkania. Za to, że otoczyłeś nas tak troskliwą opieką, zadbałeś o wszelkie wygody i nie pozwoliłeś się nudzić. Za kawał historii tego terenu i ludzi, którą tak wnikliwie mi przedstawiłeś, a która niechybnie zaginie, jeżeli nie będziemy jej pielęgnować i przekazywać następnym pokoleniom. Przykro mi tylko było, kiedy patrzyłem na strapioną i zafrasowaną minę Stasia tym, że taki nikły odzew wywołało jego zaproszenie. Do samego końca wierzył, że to miała być z naszej strony niespodzianka i całą hordą ściągniemy w jego progi. Niestety, tym razem nie wyszło. Może następne spotkania uda się zorganizować w większym już gronie, czego i Stasiowi i sobie życzę. Ja będę na pewno!!! Dzięki mój druhu za wszystko.



Życie już dawno nauczyło mnie wielkiego szacunku, pokory i cierpliwości do gór!!!
15-12-2009 02:28 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: