14-12-2009, 03:57 PM
Kiedy tylko ukazała się ta wiadomość, od razu wiedziałem, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Stasiu, zapraszał wszystkich chętnych w okolice Filipki na wigilijne spotkanie w górskiej chacie. Znamy się osobiście od niedawna, ale to w zupełności wystarczyło, abym obdarzył tego górskiego zapaleńca wielką sympatią. I muszę tutaj przyznać, że takie sytuacje nie często maja miejsce w moich kontaktach towarzyskich. Na początku zainteresowanie tematem było dość spore, jednak im bliżej było terminu spotkania, tym zapały ewentualnych uczestników stygły w ekspresowym tempie. W ostateczności zostało nas trzech. Do naszej dwójki dołączył jeszcze Tomtur, który do samego końca trzymał nas w niepewności, jaki wariant dotarcia na miejsce wybierze. Z doskoku miał się również pojawić Mirek i na tym lista uczestników została definitywnie zamknięta.
Dzień pierwszy!
Na Filipkę postanowiłem dotrzeć drogą górską, przekraczając granicę na Małym Stożku. Tak też zresztą umówiłem się wcześniej ze Stasiem, potwierdzając ten fakt w ostatniej wiadomości w przeddzień wyjazdu. Od tej chwili zdani byliśmy tylko na samych siebie, z bardzo wątpliwym kontaktem za pomocą krótkich wiadomości tekstowych. Wątpliwym dlatego, że jak to często w górach bywa, zasięg sygnału ma bardzo ograniczone możliwości. Nasz plan spotkania, był jednak tak misternie przygotowany, że wystarczyła tylko jedna krótka, obustronna informacja i doskonale wiedzieliśmy, że wszystko idzie zgodnie z planem. Dla mnie, wszystko zaczęło się wcześnie rano w Wiśle Jaworniku, dokąd dotarłem środkami komunikacji państwowej. Dalej już na własnych nogach, obarczony niemiłosiernie ciężkim plecakiem. Jednak prowiant i to dodatkowe szkło cholernie dużo ważą. Niebo przez całą drogę fundowało mi delikatną mżawkę, a wokół panował ponury i mglisty klimat. Droga, choć początkowo błotnista, umykała jednak w szybkim tempie o czym dobitnie informowała mnie wszechogarniająca wilgoć mojej odzieży pierwszego kontaktu. W tym dniu jednak, nic mi nie przeszkadzało. Normalnie fluchciłbym na wszystkie świętosci, ale nie dzisiaj, mając w perspektywie co najmniej trzy dni spędzone w górach. Krajobraz, który do tej pory miał jeszcze typowo jesienny charakter, wraz z nabieraniem wysokości zaczynał przypominać, że kalendarz już od dawna grudniem stoi. Było mi tak dobrze, że wybrałem nawet najdłuższy z możliwych, wariant dojściowy. Pogwizdując sobie skocznie, wędrowałem pod girlandami gałęzi ośnieżonych świeżym puchem i podziwiałem otaczającą mnie przyrodę.
[attachment=28101][attachment=28103][attachment=28104][attachment=28105][attachment=28106]
Do jedynego postoju, jaki sobie zafundowałem, zmusił mnie głód. Wstąpiłem zatem do Lepiarzówki, która jest prywatną karczmą wybudowaną u stóp Soszowa i zamówiłem żurek z jajeczkiem. Oj, do dzisiejszego dnia wspominam jego smak.
[attachment=28107]
Szybciutko obliczyłem w pamięci, że droga do miejsca spotkania ze Stasiem, nie powinna zając mi więcej niż dwie godziny czasu i taką też informacje wysłałem w eter.
Wszystko w tym dniu przebiegało zgodnie z planem. Dalsza droga upłynęła mi na nieustającym ćwierkaniu ludzką mową sam ze sobą i podrygiwaniu ze szczęścia. Dopiero zejście na czeską stronę i kontynuowanie wędrówki szlakiem, który przeszedłem raz w życiu i to w dodatku w odwrotnym kierunku, zmusił mnie do krótkich, acz nielicznych chwil zastanowienia, czy aby na pewno dokonuję właściwego wyboru. Ścieżynka była bardzo wąska, a zaśnieżony teren, nie ułatwiał zadania. W końcu widzę przed sobą znajomą bryłę budynku, który w pierwotnym założeniu, był polską szkoła w Kobyliskach, a obecnie pełni funkcję centrum kulturalnego, czyli jedynej w najbliższej okolicy gospody. W malutkim pomieszczeniu, tuż przy szynku, w towarzystwie szklanicy piwa czekał już na mnie Stasiu. Uścisnęliśmy się serdecznie. Przywitałem się z jedynym tubylcem, jaki stanowił nasze towarzystwo i zmówiłem u przemiłej pani gospodzkiej zimne piweczko. Ale ulga dla stojącego jak kołek w płocie języka. Gardziołko też się bardzo ucieszyło. Uboga to i wyludniona osada, ale życzliwość ludzi i ich stosunek do przybyszów jest tak serdeczny, iż odnosi się wrażenie, jakoby było się starym, dobrym znajomym, który przyjechał po kilkunastu latach tułaczki. To istny fenomen, bo człowiekowi nie chce się opuszczać tak zacnego towarzystw, chociaż nasza znajomość jest zupełnie przelotna i powierzchowna. Jeszcze nie raz przyszło mi przy okazji następnych spotkań uzyskać potwierdzenie tej opinii. Szkoda było opuszczać tak domowa i sielską atmosferę, ale czas było pokonać ostatnie w dniu dzisiejszym wzniesienie i stanąć u wrót rozsławionej przez Stasia chaty na Filipce. Skąd inąd, to nazwa zarówno pobliskiego wzniesienia, jak i samego przysiółka liczącego kilka gospodarstw rolnych rozrzuconych po najbliższej okolicy. Wchodzimy do środka, rozglądam się po wnętrzu i przecieram oczy ze zdumienia. Usiadłem na dupie i przez pięć minut szukałem szczęki na podłodze. Pięciogwiazdkowe SPA przy tym, to pikuś. Zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
Szybciutko dokonałem wyboru apartamentu, gdzie miałem swoje miejsce do spania i rozpoczęliśmy penetracje okolicy.
[attachment=28108][attachment=28109][attachment=28110][attachment=28111][attachment=28112][attachment=28113][attachment=28114][attachment=28115]
Podczas tego rytuału musieliśmy zlokalizować miejsce, w którym można było uzyskać telefoniczny kontakt ze światem zewnętrznym, bo przecież ciągle czekaliśmy na wieści od Tomka, dotyczące szczegółów jego przyjazdu. Nie miał zielonego pojęcia jak tam dotrzeć i gdzie szukać chaty, a na dworze zapadły już egipskie ciemności. Szczęśliwie dla nas okazało się, że najmocniejszy sygnał, jest nie gdzie indziej, jak w pobliskiej gospodzie. Dziarsko weszliśmy do środka i kolejny szok dla mnie w dniu dzisiejszym. We wnętrzu, które swymi rozmiarami nie przytłaczało, odbywało się świąteczne spotkanie braci myśliwskiej, która była już w fazie dobrej, kulturalnej zabawy. Zamknięte spotkanie, pewnikiem zostaniemy wyproszeni ? pomyślałem sobie. Nic z tych rzeczy. Zostaliśmy zaproszeni do środka i do naszej dyspozycji została oddana jedyna wolna ława drewniana, jaka nie została zagospodarowana przez biesiadników. Aż miło było patrzeć, jak fantastycznie rozwijała się zabawa. Co rusz na stołach pojawiały się swojskie, regionalne potrawy. Żadne tam wykwintne dania rodem z Francji, ale proste, chłopskie jadło, którego zapach roznosił się po całej okolicy, a który momentalnie przypomniał mi o swoim żołądku. Kiedy gospodzka podała placki ziemniaczane, mój morganizm już nie wytrzymał. Kubki smakowe były podrażnione do tego stopnia, że ślina zalewała mnie od środka i tylko łkanie było słychać. W końcu zdecydowaliśmy się złożyć zamówienie. Niestety, tym razem musiałem obejść się smakiem. Ostatni talerz placków właśnie wylądował na stołach biesiadników. A było tak blisko, wystarczyło podjąć decyzję dosłownie sekundę wcześniej. Jak nam wyjaśniła gospodyni, z bardzo zresztą zatroskaną miną, wszystko było przegotowane na zamówienie i nie dysponują już żadnymi potrawami na ciepło. Było jej bardzo przykro z tego powodu. Aż mi się jej żal zrobiło, kiedy za wszelką cenę chciała nas ugościć, ale nie miała już czym. Pozostaliśmy zatem przy piwie, herbatce i kawie.
[attachment=28116]
W międzyczasie Tomek przysłał wiadomość, że właśnie wyruszył z domu. Mieliśmy około godziny czasu do zagospodarowania, zanim powinien pojawić się w pobliskim Gródku, skąd już tylko kilkanaście minut jazdy samochodem i jest się na miejscu. Decyzja: idziemy do chaty i po upływie przewidzianego czasu, wyjdziemy mu na spotkanie i wskażemy drogę dojazdu. Zamiar słuszny, ale jak się okazało, niewykonalny. Stasiu zgubił gdzieś po drodze klucze od drzwi wejściowych i szykowała nam się perspektywa koczowniczego biwaku w lesie przy temperaturze schodzącej poniżej zera. W namiocie i z odpowiednim ekwipunkiem, nie ma sprawy. Ale w naszej sytuacji? Zaopatrzeni w czołówki, wyruszyliśmy śladami naszej wędrówki na poszukiwania zguby. Marne szanse! Ciemno, zimno, śnieg i absolutna niewiedze, gdzie szukać. Poszliśmy nawet z powrotem do gospody w nadziei, że może wypadł z kieszeni, kiedy kurtki spoczywały w pozycji horyzontalnej na ławie. Niestety, bez rezultatu. Chociaż, nie do końca. Poczynania Stasia, wzbudziły zainteresowanie gospodzkiego, który z należytą uwagą przyglądał się poszukiwaniom. W końcu zebrał się na śmiałość i zapytał o co chodzi. Po złożeniu wyjaśnień uśmiechnął się szczerze i zaproponował zapasowy klucz, który ktoś przezorny zostawił kiedyś u niego, tak na wszelki wypadek. Gębule nam się uśmiechnęły i prawie że biegiem podrałowaliśmy sprawdzić, czy aby na pewno nasz przypadek był tym - wszelkim. Pasował!!! Jesteśmy w środku, co prawda w piecu już dawno wygasło i było zimno, ale nie w naszych wnętrzach, które skutecznie ogrzewały emocje. Sprowadzenie Tomka było już tylko formalnością, która zapoczątkowała imprezową cześć naszego spotkania. Na stole stanęła łącka miodula, którą Tomasz trzymał specjalnie na tą okazję. Obok gar pełen grzanej kiełbasy i zaczęła się integracja. Oj, pięknie było!!
[attachment=28117][attachment=28118][attachment=28119][attachment=28120]
Dzień pierwszy!
Na Filipkę postanowiłem dotrzeć drogą górską, przekraczając granicę na Małym Stożku. Tak też zresztą umówiłem się wcześniej ze Stasiem, potwierdzając ten fakt w ostatniej wiadomości w przeddzień wyjazdu. Od tej chwili zdani byliśmy tylko na samych siebie, z bardzo wątpliwym kontaktem za pomocą krótkich wiadomości tekstowych. Wątpliwym dlatego, że jak to często w górach bywa, zasięg sygnału ma bardzo ograniczone możliwości. Nasz plan spotkania, był jednak tak misternie przygotowany, że wystarczyła tylko jedna krótka, obustronna informacja i doskonale wiedzieliśmy, że wszystko idzie zgodnie z planem. Dla mnie, wszystko zaczęło się wcześnie rano w Wiśle Jaworniku, dokąd dotarłem środkami komunikacji państwowej. Dalej już na własnych nogach, obarczony niemiłosiernie ciężkim plecakiem. Jednak prowiant i to dodatkowe szkło cholernie dużo ważą. Niebo przez całą drogę fundowało mi delikatną mżawkę, a wokół panował ponury i mglisty klimat. Droga, choć początkowo błotnista, umykała jednak w szybkim tempie o czym dobitnie informowała mnie wszechogarniająca wilgoć mojej odzieży pierwszego kontaktu. W tym dniu jednak, nic mi nie przeszkadzało. Normalnie fluchciłbym na wszystkie świętosci, ale nie dzisiaj, mając w perspektywie co najmniej trzy dni spędzone w górach. Krajobraz, który do tej pory miał jeszcze typowo jesienny charakter, wraz z nabieraniem wysokości zaczynał przypominać, że kalendarz już od dawna grudniem stoi. Było mi tak dobrze, że wybrałem nawet najdłuższy z możliwych, wariant dojściowy. Pogwizdując sobie skocznie, wędrowałem pod girlandami gałęzi ośnieżonych świeżym puchem i podziwiałem otaczającą mnie przyrodę.
[attachment=28101][attachment=28103][attachment=28104][attachment=28105][attachment=28106]
Do jedynego postoju, jaki sobie zafundowałem, zmusił mnie głód. Wstąpiłem zatem do Lepiarzówki, która jest prywatną karczmą wybudowaną u stóp Soszowa i zamówiłem żurek z jajeczkiem. Oj, do dzisiejszego dnia wspominam jego smak.
[attachment=28107]
Szybciutko obliczyłem w pamięci, że droga do miejsca spotkania ze Stasiem, nie powinna zając mi więcej niż dwie godziny czasu i taką też informacje wysłałem w eter.
Wszystko w tym dniu przebiegało zgodnie z planem. Dalsza droga upłynęła mi na nieustającym ćwierkaniu ludzką mową sam ze sobą i podrygiwaniu ze szczęścia. Dopiero zejście na czeską stronę i kontynuowanie wędrówki szlakiem, który przeszedłem raz w życiu i to w dodatku w odwrotnym kierunku, zmusił mnie do krótkich, acz nielicznych chwil zastanowienia, czy aby na pewno dokonuję właściwego wyboru. Ścieżynka była bardzo wąska, a zaśnieżony teren, nie ułatwiał zadania. W końcu widzę przed sobą znajomą bryłę budynku, który w pierwotnym założeniu, był polską szkoła w Kobyliskach, a obecnie pełni funkcję centrum kulturalnego, czyli jedynej w najbliższej okolicy gospody. W malutkim pomieszczeniu, tuż przy szynku, w towarzystwie szklanicy piwa czekał już na mnie Stasiu. Uścisnęliśmy się serdecznie. Przywitałem się z jedynym tubylcem, jaki stanowił nasze towarzystwo i zmówiłem u przemiłej pani gospodzkiej zimne piweczko. Ale ulga dla stojącego jak kołek w płocie języka. Gardziołko też się bardzo ucieszyło. Uboga to i wyludniona osada, ale życzliwość ludzi i ich stosunek do przybyszów jest tak serdeczny, iż odnosi się wrażenie, jakoby było się starym, dobrym znajomym, który przyjechał po kilkunastu latach tułaczki. To istny fenomen, bo człowiekowi nie chce się opuszczać tak zacnego towarzystw, chociaż nasza znajomość jest zupełnie przelotna i powierzchowna. Jeszcze nie raz przyszło mi przy okazji następnych spotkań uzyskać potwierdzenie tej opinii. Szkoda było opuszczać tak domowa i sielską atmosferę, ale czas było pokonać ostatnie w dniu dzisiejszym wzniesienie i stanąć u wrót rozsławionej przez Stasia chaty na Filipce. Skąd inąd, to nazwa zarówno pobliskiego wzniesienia, jak i samego przysiółka liczącego kilka gospodarstw rolnych rozrzuconych po najbliższej okolicy. Wchodzimy do środka, rozglądam się po wnętrzu i przecieram oczy ze zdumienia. Usiadłem na dupie i przez pięć minut szukałem szczęki na podłodze. Pięciogwiazdkowe SPA przy tym, to pikuś. Zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
Szybciutko dokonałem wyboru apartamentu, gdzie miałem swoje miejsce do spania i rozpoczęliśmy penetracje okolicy.
[attachment=28108][attachment=28109][attachment=28110][attachment=28111][attachment=28112][attachment=28113][attachment=28114][attachment=28115]
Podczas tego rytuału musieliśmy zlokalizować miejsce, w którym można było uzyskać telefoniczny kontakt ze światem zewnętrznym, bo przecież ciągle czekaliśmy na wieści od Tomka, dotyczące szczegółów jego przyjazdu. Nie miał zielonego pojęcia jak tam dotrzeć i gdzie szukać chaty, a na dworze zapadły już egipskie ciemności. Szczęśliwie dla nas okazało się, że najmocniejszy sygnał, jest nie gdzie indziej, jak w pobliskiej gospodzie. Dziarsko weszliśmy do środka i kolejny szok dla mnie w dniu dzisiejszym. We wnętrzu, które swymi rozmiarami nie przytłaczało, odbywało się świąteczne spotkanie braci myśliwskiej, która była już w fazie dobrej, kulturalnej zabawy. Zamknięte spotkanie, pewnikiem zostaniemy wyproszeni ? pomyślałem sobie. Nic z tych rzeczy. Zostaliśmy zaproszeni do środka i do naszej dyspozycji została oddana jedyna wolna ława drewniana, jaka nie została zagospodarowana przez biesiadników. Aż miło było patrzeć, jak fantastycznie rozwijała się zabawa. Co rusz na stołach pojawiały się swojskie, regionalne potrawy. Żadne tam wykwintne dania rodem z Francji, ale proste, chłopskie jadło, którego zapach roznosił się po całej okolicy, a który momentalnie przypomniał mi o swoim żołądku. Kiedy gospodzka podała placki ziemniaczane, mój morganizm już nie wytrzymał. Kubki smakowe były podrażnione do tego stopnia, że ślina zalewała mnie od środka i tylko łkanie było słychać. W końcu zdecydowaliśmy się złożyć zamówienie. Niestety, tym razem musiałem obejść się smakiem. Ostatni talerz placków właśnie wylądował na stołach biesiadników. A było tak blisko, wystarczyło podjąć decyzję dosłownie sekundę wcześniej. Jak nam wyjaśniła gospodyni, z bardzo zresztą zatroskaną miną, wszystko było przegotowane na zamówienie i nie dysponują już żadnymi potrawami na ciepło. Było jej bardzo przykro z tego powodu. Aż mi się jej żal zrobiło, kiedy za wszelką cenę chciała nas ugościć, ale nie miała już czym. Pozostaliśmy zatem przy piwie, herbatce i kawie.
[attachment=28116]
W międzyczasie Tomek przysłał wiadomość, że właśnie wyruszył z domu. Mieliśmy około godziny czasu do zagospodarowania, zanim powinien pojawić się w pobliskim Gródku, skąd już tylko kilkanaście minut jazdy samochodem i jest się na miejscu. Decyzja: idziemy do chaty i po upływie przewidzianego czasu, wyjdziemy mu na spotkanie i wskażemy drogę dojazdu. Zamiar słuszny, ale jak się okazało, niewykonalny. Stasiu zgubił gdzieś po drodze klucze od drzwi wejściowych i szykowała nam się perspektywa koczowniczego biwaku w lesie przy temperaturze schodzącej poniżej zera. W namiocie i z odpowiednim ekwipunkiem, nie ma sprawy. Ale w naszej sytuacji? Zaopatrzeni w czołówki, wyruszyliśmy śladami naszej wędrówki na poszukiwania zguby. Marne szanse! Ciemno, zimno, śnieg i absolutna niewiedze, gdzie szukać. Poszliśmy nawet z powrotem do gospody w nadziei, że może wypadł z kieszeni, kiedy kurtki spoczywały w pozycji horyzontalnej na ławie. Niestety, bez rezultatu. Chociaż, nie do końca. Poczynania Stasia, wzbudziły zainteresowanie gospodzkiego, który z należytą uwagą przyglądał się poszukiwaniom. W końcu zebrał się na śmiałość i zapytał o co chodzi. Po złożeniu wyjaśnień uśmiechnął się szczerze i zaproponował zapasowy klucz, który ktoś przezorny zostawił kiedyś u niego, tak na wszelki wypadek. Gębule nam się uśmiechnęły i prawie że biegiem podrałowaliśmy sprawdzić, czy aby na pewno nasz przypadek był tym - wszelkim. Pasował!!! Jesteśmy w środku, co prawda w piecu już dawno wygasło i było zimno, ale nie w naszych wnętrzach, które skutecznie ogrzewały emocje. Sprowadzenie Tomka było już tylko formalnością, która zapoczątkowała imprezową cześć naszego spotkania. Na stole stanęła łącka miodula, którą Tomasz trzymał specjalnie na tą okazję. Obok gar pełen grzanej kiełbasy i zaczęła się integracja. Oj, pięknie było!!
[attachment=28117][attachment=28118][attachment=28119][attachment=28120]


] , piec z kaflami fajansowymi) -wykwintna impreza( Radegast poparty Łąką
)-tylko pogratulować ! 

))
