Chimborazo
Zgłębianie tajników ekwadorskiej służby zdrowia
Autobus wysadza nas przy drodze, pośrodku niczego. Widoczność na 10-15 metrów. Jesteśmy w środku wielkiej chmury. Pada i jest zimno. Złapaną "okazją" docieramy do niższego ze schronisk na stokach wulkanu Chimborazo. Jest wcześnie więc robimy sobie przerwę na ciepłą herbatkę i oglądamy pobliski cmentarz tragicznie zmarłych andystów, którzy nigdy z Chimborazo nie powrócili. Przejście do Refugio Edward Whymper położonego na wysokości 5 tys m n.p.m. zajmuje nam tylko 30 min. Tradycyjnie zaraz po przyjściu do schroniska chcemy zorientować się ile osób idzie na szczyt oraz jaką mają strategię. Wchodzimy do środka, a tam pusto. Ani żywej duszy. Jestem zaskoczona i załamana. Zaskoczona bo Chimborazo to najwyższy szczyt w Ekwadorze - a więc wydawało się bardzo popularny. Załamana bo nie znamy drogi na szczyt - śladów nie ma, bo śnieg pada intensywnie i ewentualna ścieżka została zasypana. Po krótkiej i zgodnej naradzie postanowiliśmy odpuścić sobie jutrzejszy atak szczytowy - jutro zrobimy sobie rekonesans do lodowca, wybadamy teren....
Psychicznie zrelaksowani grzejemy się przy kominku, gdy do Refugio wkracza 5 osób. Szybki wywiad i już wiemy: są z Quito, w nocy atakują szczyt, jeden z nich był na Chimborazo 6 razy, wyruszają o północy.
Szybka zmiana planów: idziemy z nimi!
Gdy w nocy wyruszaliśmy na akcje górską przyjrzałam się Ekwadorczykom raz jeszcze. Wyglądali na mocnych zawodników - 5 facetów w sile wielu. Będzie dobrze.
Ruszamy. Nie ma żadnej ścieżki. Pierwsza osoba przeciera szlak zapadając się po kolana. Kolejne osoby mają już tylko łatwiej..... Trzymamy się naszej zaprzyjaźnionej grupy. Nie znamy drogi, ale idąc za nimi mam wrażenie, ze oni chyba też jej nie znają: raz w prawo, raz w lewo, za skałką, przed skałka, kuluarem do góry, trawers...... straszne kluczenie. Na dodatek nasza grupa idzie bardzo wolno - za wolno jak na Ten Wulkan. Na Chimborazo trzeba szybko wejść i szybko (wcześnie) schodzić. To bardzo niebezpieczna góra - lawiny schodzą tu bardzo często - kilka dni temu zginął w ten sposób Rosjanin.
Idziemy za naszymi Ekwadorczykami i myśl o zagrożeniu lawinowym cały czas mam w głowie. Po drodze przecinamy trzy "świeże" lawiniska... Cały czas pada śnieg. I właśnie te opady śniegu to był nasz wielokrotny problem.... Raz: ryzyko lawiny. Dwa: ciężko się idzie - trzeba przecierać szlak i niewiele widać. Trzy: zasypało ścieżkę, która mogłaby zostać po wspinaczach przechodzących tędy kilka dni wcześniej. I właśnie z uwagi na ten ostatni aspekt nie decydujemy się naszych Ekwadorczyków wyprzedzić.
Gdy zaczyna świtać stajemy. Ekwadorczycy naradzają się i ......zawracają.
- It's too dangerous - mówią mijając nas. Jesteśmy w szoku.
- Co robimy? - zastanawiamy się
Zostaliśmy sami na polu boju - mniej więcej w połowie drogi na szczyt. W pierwszym odruchu chciałam wracać za nimi (oczywiście nie powiedziałam tego na głos), ale sama myśl, że jutro miałabym raz jeszcze zrobić to samo podejście......
Jest już jasno, ale szczytu nie widać. Uzgadniamy, że wejdziemy na grań wznoszącą się przed nami i stamtąd zobaczymy jaki jest widok powyżej (gdzie ten szczyt?, jak jest tam daleko?). Teraz dopiero przekonaliśmy się jak ciężko jest samemu przecierać szlak. Trzy kroki i odpoczynek na oddech. Jacek walczy dzielnie zapadając się głęboko w śnieg. Marzę by się wycofać i ....by zdobyć szczyt (dla mnie był tylko jeden sposób by te dwie sprzeczne ze sobą kwestie połączyć....). Strasznie marznę. Mam skostniałe ręce i nogi. Idziemy w milczeniu. Z trudem posuwamy się do góry. Nachylenie stoku jest bardzo duże więc trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie weszliśmy na pole dużych spękanych płyt śnieżnych. Wiemy, że taka płyta może nas razem z lawiną ściągnąć w dół. Mówię tylko:
- To pod lawinę - Jacek nic nie odpowiada, ale wiem, ze wie o zagrożeniu.
Przechodzimy przez niebezpieczne pole i wspinamy się na domniemany szczyt. Tu okazuje się, że trzeba iść jeszcze wyżej (jak to często w górach bywa - wymarzony, widziany z dołu szczyt nie jest ostatecznym wierzchołkiem). Mimo dużego zachmurzenia (przez grubą warstwę chmur) słońce grzeje mocno - w końcu jesteśmy w miejscu Kuli Ziemskiej gdzie do Słońca jest najbliżej. Czujemy to na własnej skórze (twarzach). I właśnie teraz zdaję sobie sprawę, że zapomniałam zabrać okularów przeciwsłonecznych, a oboje z Jackiem nie wysmarowaliśmy się żadnym kremem z filtrem UV. To wszystko przez to wczorajsze zamieszanie z wyjściem, nie wyjściem, wyjściem na szczyt. Za ten błąd przyjdzie mi drogo zapłacić....
Na rozległej śnieżnej kopule szczytowej stajemy w końcu ok 10.00. Huuura Chimborazo zdobyte!!!! Pomimo wszystko.... Robimy zdjęcia, jemy czekoladę i pijemy herbatę. Jesteśmy pod presją upływającego czasu. Słońce dosłownie pali. Idę z przymkniętymi oczami - światło odbite od śniegu oślepia mnie.
Schodzimy po naszych śladach. Poniżej wierzchołka cały czas pada śnieg, wieje wiatr i nasze niedawno zrobione głębokie ślady są już miejscami zasypane. Są takie momenty, że widoczność sięga max 5 metrów, nie ma śladów i nie wiemy gdzie iść. Zejście okazuje się bardzo trudne. Posuwamy się w dół bardzo wolno, ciągle szukając drogi. W tej kwestii zdałam się całkowicie na Jacka - ja bez okularów nie jestem w stanie w ogóle patrzeć na śnieg.
W ten sposób dochodzimy do kuluaru gdzie pojawiło się wiele śladów. Poniżej znajdują się cztery dolinki i gdzieś tam nasze Refugio. Niewiele widać (niskie chmury i snieżyca). Przez trzy godziny szukamy bezskutecznie dojścia do schroniska. Poza pierwszą dolinką każda następna była częściowo "niewidoczna". Nie widzimy tez żadnych punktów orientacyjnych - wszystko przesłania mgła.
Robi się późno. Niedługo zrobi się ciemno, a wtedy czeka nas przymusowy biwak w otwartym terenie i śnieżycy. Nie mam nic do picia. Mamy 3 czekolady ale jesteśmy zmęczeni, przemarznięci i przemoknięci.
- Wracamy do kuluaru ze śladami - podejmuję decyzję - Może coś tam przeoczyliśmy.
Ruszam pierwsza. Jacek pomału daleko za mną. Gdy oglądam się do tyłu wypatrując Jacka i czekam na niego, na chwilę w morzu chmur otwiera się okienko. Patrzę. Jednak opatrzność nad nami czuwa. Daleko w oddali widzę czerwony dach "niższego" schroniska. Jesteśmy w domu!!! Tę noc spędzimy w łóżku.!!!
Do schroniska dochodzimy tuż przed zmrokiem (co na równiku oznacza godz. 18.00). W obu schroniskach wszyscy już wiedzą o dwóch samotnych Polakach, którzy poszli na szczyt. I martwili się o nas, że tak długo nie wracamy. Odbieramy gratulacje i wyrazy sympatii. Ja jednak krótko mogę się cieszyć zwycięstwem. W ciągu dwóch godzin tracę wzrok - potwornie bolą mnie oczy. Cała noc skręcam się z bólu. Nazajutrz Jacek sprowadza mnie na dół (z zawiązanymi oczami, trzymając się od tyłu plecaka Jacka doszliśmy do parkingu). Tu samochodem jedziemy prosto do szpitala do Riobamby. Mam poparzone oczy i twarz, na trzy dni trace wzrok. Po wyjściu ze szpitala mogłabym służyć jako przestroga dla tych, którzy chcą spróbować wysokich gór: kołnierz ortopedyczny na szyi, opatrunek na oczach i poparzona twarz.