21-06-2009, 06:21 PM
W stronę słońca
Tekst i zdjęcia: Magdalena Prask
Jeśli wysokość Chimborazo mierzyć od środka Ziemi jest ona większa niż w przypadku Mount Everest czy K2. Stojąc na szczycie jest się naprawdę blisko słońca - ponad 2.200 m bliżej niż będąc na najwyższym szczycie Himalajów. Zresztą do 1820r. Chimborazo był uważany za najwyższy szczyt świata........
Trudna decyzja
Z Quito autobusem w ciągu 1,5 godziny docieramy do Machachi. Stąd prowadzi jedna z dróg jaką można dojechać do Refugio Jose F. Ribas pod Cotopaxi. Wchodzi się wtedy do Parku Narodowego tzw. Wejściem Północnym (mało popularnym).
Z Machachi do Refugio jest ok. 25-30 km. Droga, na którą się zdecydowaliśmy mocno ogranicza możliwości dotarcia pod wulkan - można iść pieszo lub próbować łapać "stopa". My łączymy jedno z drugim.
Niestety zaraz na początku naszej drogi zdarza się wypadek. Wsiadając na tył pick-up'a, z dużym plecakiem na plecach nachyliłam się a plecak zsuwa mi się na kark. Był na tyle ciężki, że omal nie złamał mi kręgosłupa. Straszny ból. Nie mogę ruszać głową i czuję, że jeden z kręgów szyjnych nienaturalnie wystaje.....
- I co teraz? - pyta zmartwiony Jacek - Może trzeba wrócić do Quito, jakiś lekarz powinien to zobaczyć.
Wiem że Jacek ma rację. Jednak..... decyduję się iść dalej. Chciałam zdobyć szczyt i myślałam też o Jacku, który tylko po to przyjechał na trzy tygodnie do Ekwadoru. Nie chcę poddać się tak od razu. Liczę też na to, że to tylko lekkie nadwyrężenie i jutro rano ból kręgosłupa minie bezpowrotnie.
Na przekór rozsądkowi
Budzimy się o północy.
Szyję mam obolałą i spuchniętą. Początkowo wcale nie mogę się podnieść (w końcu udało mi się to w dość dziwaczny sposób obracając się na brzuch i potem do góry...). Dodatkowo boli mnie gardło i mam zapchany nos (przewiało mnie wczoraj podczas podróży pick-up'ami).
Mamy godzinę by się zebrać i ruszyć za grupami komercyjnymi ("przewodnickimi" jak ja ich nazywam, bo w przeciwieństwie do nas idą z przewodnikiem). Wiemy, że z Refugio grupy te ruszają o 1.00.
Niestety zanim ugotowaliśmy coś do zjedzenia, wrzątek do termosu, zanim się ubraliśmy to wszystkie grupy przeszły już koło naszego namiotu. My startujemy o 2.00. Następnym razem Trzeba wstać o godzinę wcześniej.
Musimy więc radzić sobie sami z szukaniem drogi. Idziemy związani liną . Ja prowadzę. Pada śnieg, a właściwie coś co można by scharakteryzować jako deszcz, który zamarza pokrywając nas i nasz sprzęt lodowa skorupą.
Opady bardzo utrudniają mi wyszukiwanie śladów grup, które przechodziły tędy godzinę przed nami. Widzę światła czołówek wysoko ponad nami. Momentami mam jednak problem z odnalezieniem drogi by do nich dojść. Wtedy do akcji wkracza Jacek. Wyznacza kierunek i znów widząc resztki śladów mogę prowadzić.
Pierwszą część drogi idzie się rewelacyjnie. Idziemy dość szybko dzięki czemu jesteśmy rozgrzani. Jednak im wyżej tym bardziej wieje i tym bardziej sypie "lodowy deszcz". Pomijając to, że jest ciemno widoczność jest zerowa. Wspinamy się w morzu chmur.
Wspinamy się po stromym, gładkim i oblodzonym zboczu. Nasz marsz staje się coraz wolniejszy, a temperatura powietrza coraz niższa. Ja ubieram na siebie wszystko co mam. Zjadamy na rozgrzewkę czekoladę.
Mniej więcej w połowie drogi mijamy schodzące na dół dwie grupy "przewodnickie".
- Byliście na szczycie? - pyta Jacek. Wystarczyło na nich spojrzeć by poznać odpowiedź. Byli totalnie wykończeni. Poddali się. Pokonały ich ciężkie warunki pogodowe, a może po prostu zabrakło prawidłowej aklimatyzacji.....
Jest mi coraz zimniej. Mam skostniałe, zmarznięte ręce. Nie mogąc poruszać głową na boki czy do góry idę jak koń z klapkami na oczach... Byle do góry.
Godzinę przed szczytem mijamy kolejnych wycofujących się wspinaczy. Ja też już mam dość. Chcę już zejść na dół.... ale po zdobyciu szczytu.
Gdy zaczyna świtać natrafiamy na ogromną szczelinę lodową. Schodzimy na jej dno (a tam płasko i zupełnie bezwietrznie - można nawet powiedzieć przytulnie) a następnie wspinamy się z powrotem do góry. I tu zaczyna się najtrudniejszy odcinek na trasie. Jakieś 3-5 metrów prawie pionowego zbocza pokrytego puszystym lekkim śniegiem, który osypywał się pod nami. Ten krótki odcinek jest bardzo niebezpieczny - nie ma na czym wbić raków czy czekana. Tutaj gdyby któreś z nas zaczęło spadać (osuwać się), to polecielibyśmy oboje. Miałam świadomość, że choć zabezpieczaliśmy się liną na skuteczną asekurację w tym terenie nie ma szans. Tutaj dogoniliśmy wszystkich pozostałych "w grze" wspinaczy. Wszyscy ostro walczymy. Na szczęście byliśmy już blisko szczytu.
Ok. 8.00 jesteśmy na szczycie. Jestem wykończona, przemarznięta, cała oblepiona lodem i ....... wcale nie jestem szczęśliwa (satysfakcja ze zdobycia szczytu Cotopaxi w tak trudnych okolicznościach przychodzi znacznie później już na dole). Wyglądamy jak dwa lodowe bałwany. Jestem w takim stanie, że nawet zdjęć nie chce mi się robić (co do mnie absolutnie niepodobne). Zresztą i tak nic nie widać. Robimy pamiątkowe zdjęcie i po około 5 minutach pobytu na szczycie zaczynamy zejście. Dwie godziny marszu w całkowitej mgle i jesteśmy przy namiocie - cali przemoczeni. Im niżej tym śnieg bardziej staje się deszczem, a warstwa lodu, którą mieliśmy na sobie pięknie stopniała na nas.
Nazajutrz wracamy do Quito. Idę do szpitala. Mój kręgosłup zostaje zbadany i prześwietlony. Diagnoza: kręgosłup nie jest uszkodzony. Nie mogę go jednak nadwyrężać. Zakładają mi kołnierz ortopedyczny (w którym zdobędę dwa kolejne wulkany) i przez trzy kolejne dni dostaję w szpitalu serię przeciwbólowych zastrzyków.
Tekst i zdjęcia: Magdalena Prask
Jeśli wysokość Chimborazo mierzyć od środka Ziemi jest ona większa niż w przypadku Mount Everest czy K2. Stojąc na szczycie jest się naprawdę blisko słońca - ponad 2.200 m bliżej niż będąc na najwyższym szczycie Himalajów. Zresztą do 1820r. Chimborazo był uważany za najwyższy szczyt świata........
Cotopaxi
Trudna decyzja
Z Quito autobusem w ciągu 1,5 godziny docieramy do Machachi. Stąd prowadzi jedna z dróg jaką można dojechać do Refugio Jose F. Ribas pod Cotopaxi. Wchodzi się wtedy do Parku Narodowego tzw. Wejściem Północnym (mało popularnym).
Z Machachi do Refugio jest ok. 25-30 km. Droga, na którą się zdecydowaliśmy mocno ogranicza możliwości dotarcia pod wulkan - można iść pieszo lub próbować łapać "stopa". My łączymy jedno z drugim.
Niestety zaraz na początku naszej drogi zdarza się wypadek. Wsiadając na tył pick-up'a, z dużym plecakiem na plecach nachyliłam się a plecak zsuwa mi się na kark. Był na tyle ciężki, że omal nie złamał mi kręgosłupa. Straszny ból. Nie mogę ruszać głową i czuję, że jeden z kręgów szyjnych nienaturalnie wystaje.....
- I co teraz? - pyta zmartwiony Jacek - Może trzeba wrócić do Quito, jakiś lekarz powinien to zobaczyć.
Wiem że Jacek ma rację. Jednak..... decyduję się iść dalej. Chciałam zdobyć szczyt i myślałam też o Jacku, który tylko po to przyjechał na trzy tygodnie do Ekwadoru. Nie chcę poddać się tak od razu. Liczę też na to, że to tylko lekkie nadwyrężenie i jutro rano ból kręgosłupa minie bezpowrotnie.
Na przekór rozsądkowi
Budzimy się o północy.
Szyję mam obolałą i spuchniętą. Początkowo wcale nie mogę się podnieść (w końcu udało mi się to w dość dziwaczny sposób obracając się na brzuch i potem do góry...). Dodatkowo boli mnie gardło i mam zapchany nos (przewiało mnie wczoraj podczas podróży pick-up'ami).
Mamy godzinę by się zebrać i ruszyć za grupami komercyjnymi ("przewodnickimi" jak ja ich nazywam, bo w przeciwieństwie do nas idą z przewodnikiem). Wiemy, że z Refugio grupy te ruszają o 1.00.
Niestety zanim ugotowaliśmy coś do zjedzenia, wrzątek do termosu, zanim się ubraliśmy to wszystkie grupy przeszły już koło naszego namiotu. My startujemy o 2.00. Następnym razem Trzeba wstać o godzinę wcześniej.
Musimy więc radzić sobie sami z szukaniem drogi. Idziemy związani liną . Ja prowadzę. Pada śnieg, a właściwie coś co można by scharakteryzować jako deszcz, który zamarza pokrywając nas i nasz sprzęt lodowa skorupą.
Opady bardzo utrudniają mi wyszukiwanie śladów grup, które przechodziły tędy godzinę przed nami. Widzę światła czołówek wysoko ponad nami. Momentami mam jednak problem z odnalezieniem drogi by do nich dojść. Wtedy do akcji wkracza Jacek. Wyznacza kierunek i znów widząc resztki śladów mogę prowadzić.
Pierwszą część drogi idzie się rewelacyjnie. Idziemy dość szybko dzięki czemu jesteśmy rozgrzani. Jednak im wyżej tym bardziej wieje i tym bardziej sypie "lodowy deszcz". Pomijając to, że jest ciemno widoczność jest zerowa. Wspinamy się w morzu chmur.
Wspinamy się po stromym, gładkim i oblodzonym zboczu. Nasz marsz staje się coraz wolniejszy, a temperatura powietrza coraz niższa. Ja ubieram na siebie wszystko co mam. Zjadamy na rozgrzewkę czekoladę.
Mniej więcej w połowie drogi mijamy schodzące na dół dwie grupy "przewodnickie".
- Byliście na szczycie? - pyta Jacek. Wystarczyło na nich spojrzeć by poznać odpowiedź. Byli totalnie wykończeni. Poddali się. Pokonały ich ciężkie warunki pogodowe, a może po prostu zabrakło prawidłowej aklimatyzacji.....
Jest mi coraz zimniej. Mam skostniałe, zmarznięte ręce. Nie mogąc poruszać głową na boki czy do góry idę jak koń z klapkami na oczach... Byle do góry.
Godzinę przed szczytem mijamy kolejnych wycofujących się wspinaczy. Ja też już mam dość. Chcę już zejść na dół.... ale po zdobyciu szczytu.
Gdy zaczyna świtać natrafiamy na ogromną szczelinę lodową. Schodzimy na jej dno (a tam płasko i zupełnie bezwietrznie - można nawet powiedzieć przytulnie) a następnie wspinamy się z powrotem do góry. I tu zaczyna się najtrudniejszy odcinek na trasie. Jakieś 3-5 metrów prawie pionowego zbocza pokrytego puszystym lekkim śniegiem, który osypywał się pod nami. Ten krótki odcinek jest bardzo niebezpieczny - nie ma na czym wbić raków czy czekana. Tutaj gdyby któreś z nas zaczęło spadać (osuwać się), to polecielibyśmy oboje. Miałam świadomość, że choć zabezpieczaliśmy się liną na skuteczną asekurację w tym terenie nie ma szans. Tutaj dogoniliśmy wszystkich pozostałych "w grze" wspinaczy. Wszyscy ostro walczymy. Na szczęście byliśmy już blisko szczytu.
Ok. 8.00 jesteśmy na szczycie. Jestem wykończona, przemarznięta, cała oblepiona lodem i ....... wcale nie jestem szczęśliwa (satysfakcja ze zdobycia szczytu Cotopaxi w tak trudnych okolicznościach przychodzi znacznie później już na dole). Wyglądamy jak dwa lodowe bałwany. Jestem w takim stanie, że nawet zdjęć nie chce mi się robić (co do mnie absolutnie niepodobne). Zresztą i tak nic nie widać. Robimy pamiątkowe zdjęcie i po około 5 minutach pobytu na szczycie zaczynamy zejście. Dwie godziny marszu w całkowitej mgle i jesteśmy przy namiocie - cali przemoczeni. Im niżej tym śnieg bardziej staje się deszczem, a warstwa lodu, którą mieliśmy na sobie pięknie stopniała na nas.
Nazajutrz wracamy do Quito. Idę do szpitala. Mój kręgosłup zostaje zbadany i prześwietlony. Diagnoza: kręgosłup nie jest uszkodzony. Nie mogę go jednak nadwyrężać. Zakładają mi kołnierz ortopedyczny (w którym zdobędę dwa kolejne wulkany) i przez trzy kolejne dni dostaję w szpitalu serię przeciwbólowych zastrzyków.
... i przygoda - pięć miesięcy w Ameryce Poł.
, trzeci wulkan nie puścił bo nie zaczynał się na "C"
Wielkie gratulacje 

