Piątek
Szlak na Gąsienicową w miarę przedeptany. Sypie śnieg, po górach nie ma śladu. Mam jeszcze trochę czasu, graty zostawiam w schronisku. Spacerek w stronę Czarnego Stawu, do granicy lasu świetnie działa na mój apetyt. W schronisku smakowita niespodzianka - brakło chleba i panie w kuchni (pozdrawiam serdecznie ) upiekły chleb. Niebo w gębie.
Około 16 docierają dwaj pozostali kursanci Tomek i Olek. Kurs rozpoczynamy wieczornym wykładem. Na wstępie zaprzyjaźniamy się z piepsem, który staje się naszym przyjacielem na następne dni. Niestety wymagają tego warunki.
Poznajemy potrzebne nam węzełki, sprzęt do lodu, zakładamy stanowisko zjazdowe na kaloryferze. Po wykładzie w pokoju mamy co ćwiczyć.
Sobota
Dzisiejszy cel - lody w okolicach Zmarzłego Stawu, jeżeli tylko śnieg pozwoli. Obowiązuje nadal trzeci stopień zagrożenia lawinowego, ale wszyscy wiedzą, że nadchodzi czwórka. Jest mnóstwo śniegu, a do tego cały czas sypie. W Beskidach byłyby to warunki idealne, no ale nie jesteśmy w Beskidach.
Do granicy lasu szlak jest przetarty. Po szlaku zimowym omijającym zbocza Małego Kościelca nie ma najmniejszego śladu. Cóż, torowanie czas zacząć. Brniemy w śniegu po pas, próbując unikać zasypanej kosówy. Wpadnięcie w kosówkę = wpadnięcie po klatę.
Na Czarnym Stawie śniegu jest mniej, ale staw dzielnie nadrabia to ~20cm warstwą śnieżno-wodnej brei schowanej pod śniegiem. W kociołku powyżej Czarnego Stawu zaczyna być coraz weselej, toruję już po klatę. W żlebie wiodącym w kierunku Zmarzłego jest jeszcze ciekawiej, po jakimś czasie śnieg sięga już czubka mojej głowy. Wiemy już, że musimy zadowolić się lodem położonym niżej niż cel naszej wędrówki. Na miejscu szybko ubijamy platformę i odśnieżamy lód. Ćwiczymy zakładanie w lodzie przelotów, stanowisk zjazdowych i asekuracyjnych oraz poruszanie się w rakach. Niestety wcześniej niż byśmy tego chcieli trzeba ruszać w dół, dotarcie tutaj zajęło nam naprawdę dużo czasu. Nad Czarnym Stawem czeka na mnie przykra niespodzianka. Toruję po pas fragment szlaku, z którym zdążył już rozprawić się wiatr; nagle wpadam po ramiona. Waldek pyta "znalazłeś szczelinę?" (między lodem, a brzegiem stawu). Po chwili wiem, że ma rację, prawy but mam zalany wodą. Eh, dobrze, że wpadłem podczas zejścia. W świetle czołówek docieramy do Murowańca. Prysznic, obiad, suszenie buta i wieczorny wykład.
Niedziela
Noo aż się chce wstawać. Wreszcie widzę, że jestem w Tatrach - z okna schroniska ślinimy się oglądając grań. Piękne widoki przeplatane są mgłą zalewającą dolinę. Mgła na szczęście pojawia się tylko na krótko. Wbrew oczekiwaniom mamy nadal trójkę.
Z radością stwierdzamy, że "nasza" ścieżka nad Czarny Staw robi się coraz bardziej betonowa. Szybko docieramy do kociołka nad Czarnym Stawem. Przed żlebem skręcamy w lewo, zostawiamy w plecaki. Szczelnie ubrani ruszamy z czekanami w górę stoku. Cel naszej zabawy w śniegu - hamowanie z czekanem. Ciesząc się jak dzieci wykonujemy kolejne warianty upadków. Schodzimy po plecaki, przechodzimy w inne miejsce. Czas na przećwiczenie poruszania się z lotną asekuracją. Sprawia nam to dużą frajdę. Z wielkimi uśmiechami wracamy po resztę naszych rzeczy i wracamy do Murowańca.
W schronisku zostawiamy graty. Kurtki na grzbiet, łopaty w dłoń - idziemy kopać jamę śnieżną, w której mamy spędzić nadchodzącą noc. Znajdujemy odpowiednią zaspę i zabieramy się do roboty. Niestety gdy mamy już wykopane jakieś 60% jamy, niebo wali się nam na głowę (jak mawiali nieustraszeni Gallowie) - dach naszej jamy wchodzi w bliski kontakt z podłogą. Wracamy do schroniska. Wieczorem kolejny wykład + niespodzianka - zdjęcia z Afryki i film z Madagaskaru.
Zasypiamy szczęśliwi.
Poniedziałek
Pogoda jest jeszcze lepsza niż wczoraj. Bajka. Poniżej Tatr całe Podhale, tak jak i w niedzielę tonie w chmurach.
W pobliżu kociołka oddalonego o 2 minuty od schroniska ćwiczymy asekurację w śniegu. Na pierwszy ogień idzie hamulec nowozelandzki. Potem przychodzi czas na podkowę śnieżną i grzyba śnieżnego. Następnie stanowiska zjazdowe z 2 czekanów, potem z szabli śnieżnej, a na końcu z deadmana.
Gwoździem poniedziałkowego programu jest szczelina lodowcowa w dwóch wariantach. Pierwszy to samodzielne wydostanie się z niej. Drugi - idziemy z lotną asekuracją i partner wpada, musimy wyhamować upadek, zbudować stanowisko i wyciągnąć delikwenta. Wariant z partnerem daje nam w kość. Popołudniu wracamy do schroniska. Niestety czas się pakować i wracać.
W świetle księżyca schodzimy do Zakopanego. Tatry żegnają nas pięknymi widokami. Na zakończenie kursu wspólny obiad w Kolibeczce.
Kurs oceniam bardzo pozytywnie. Wiem, że to dopiero wstęp do zimowej wysokogórskiej zabawy, ale myślę, że dał podstawy pod coś rozsądnego. A dodatkowo Waldek to sympatyczny facet z dużą wiedzą i doświadczeniem.
Szczerze polecam.
Fotki:
Sobota:
1. Przed schroniskiem.
2. Chleb pieczony w schronisku.
3. Kosówkowa zasadzka.
4. Torowanie w żlebie.
5. Prawie na miejscu.
6. Bałagan na platformie.
7. Asekuruję zjeżdżającego Olka.
Niedziela:
8. Mniam.
9. Widok do sobotniej szczeliny.
10. Na Czarnym Gąsienicowym.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-12-2007 12:38 AM przez paaulo.
Ekstra ale śniegu uuuuu szkoda tylko że lodu więcej nie było, prawda? Gratulacje, nie chciało Ci się zostać dłużej?, ale zabawa, na szczęście już nie długo... Tatry
Dzięki za relację i pozdrawiam
ps. Majka co podpytujesz
Dobrej nocki pa
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
Ale niepoważne pytania zadajesz no, tylko chlopa wkurzasz, pewnie że by został, a najlepiej jakby w Murowańcu albo w piątce miał stały meldunek czego Wam wszystkim i sobie życzę.
Super zabawa, śniegu masa, widzę że fotki do przyszłorocznego kalendarza przywiozłeś
Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
Pablo pytasz, a wiesz.
Majka kurs lawinowy jest pierwszy w mojej kolejce, zrobię na pewno.
Sylwek rakiet nie brałem celowo. No i skąd ta liczba pojedyncza przy 3.5 tygodnia?
Ale Wam fajnie z tym kursem... Oj tak, to dobra zabawa. Oczy zamykaliście przy czekanach? Czy Waldi to tylko na kobietach stosuje?
A jak Ci szło wkręcanie rosyjskich śrób lodowych?
"[Tatry]...Przeto stałyście się marzeniem, tęsknotą ludzi spragnionych modlitwy bezsłownej i słońca"
Ciekawa impreza zwłaszcza dla zimomaniakówMożna się wyżyć .Gratuluję Ci paaulo pomysłu na zimę .Zdjęcia świetne .Jak widać wysoko w górach zimą pogoda bardziej słoneczna niż na niższych górkach czy nizinach.
Aby wędrować po górach nie wystarczy mieć tylko dobre nogi ale także dobre oczy aby ich piękno podziwiać oraz dobre serce aby je pokochać.... .
Zarówno danie podstawowe(relacja) jak i deser zdjęciowy-znakomite.Gratuluję aktywności w tak pięknym otoczeniu i wiedzy przy tym nabytej.A że czasem przyszło wpaść w zaśnieżoną kosówkę...Cóż -dłużej się będzie pamiętało.
Pozdrawiam
KasiaA "ruchale" jak sama wiesz nie są takie chętne do współpracy, musiałem go sobie darować (późno dotarliśmy na górę), skorzystałem z już wkręconego. Grivelek z korbką wszedł za to jak w masło.
Zamykanie oczu oczywiście było na koniec. Głęboki śnieg zepsuł jednak efekt upadku z zaskoczenia. Stok na którym ćwiczyliśmy musieliśmy ubić turlając się i zjeżdżając na szlachetnej części pleców.
Po pytaniach domyślam się, że byłaś na kursie u Waldka. Mam rację?