To teraz moja kolej
Po długim wyczekiwaniu nareszcie udało mi się wyskoczyć w Tatry. Wcześniej zawsze coś było na drodze. A to nie było z kim, a to pogoda nie taka jak trzeba, a to się komuś nie chciało i tak wymówki za wymówkami powodowały, że dopiero wczoraj udało mi się zobaczyć Tatry po około 1,5 miesięcznej rozłące.
Zaczęło się marudnie od rana. Pobudka o 5, szybkie pakowanko i telefon: "a bo chmury, a bo deszcz, a bo coś, nie jedziemy". Reakcja z mojej strony była dość agresywna, ale skuteczna (nie w 100% - jedna osoba się wymigała; muszę nad tym następnym razem popracować).
Wyjechaliśmy lekko przed 6 i już koło 8 byliśmy w Zako i tu nastał marudzenia ciąg dalszy, również stłumiony. Żadnych buntów nie uznaję. Nie ma demokracji
Ruszyliśmy z Palenicy. Cel D5SP. Ja, tłumnie otoczona rodzinną dzieciarnią, czułam się niczym prawdziwy przewodnik Ku ogólnej radości zaczęło świecić cudowne słońce, zrobiło się ciepło i już nikt nie żałował, że nie został w domu.
A tu kilka zdjęciów* z trasy:
Zmęczeni, ale z uśmiechem na twarzy dotarliśmy do Doliny. Dzieciaki oszalały Wszystko im się podobało. Milion pytań o każdą górę. Myślę, że skutecznie zostały zarażone górami
Ale pora była jeszcze wczesna.. więc idziemy do Moka Przez Świstówkę. Piękne widoki nas otaczały.
Zejście do Moka było troszkę trudniejsze. Moja mama, chodzące ucieleśnienie lęku wysokości, kilka razy wywołała u nas wielkie ataki śmiechu i duszności W jednym miejscu zatrzymała się i powiedziała, że się nie ruszy i mamy wracać (wydaje mi się, że tam był, albo będzie łańcuch - była zamocowana klamra, chyba do tego) a następnie nakrzyczała na mnie, że chodzę za blisko lewej krawędzi
Ogólnie trasa bardzo przyjemna. Łatwa, a piękna widokowo, zdjęcia niestety tego nie pokazują
I jestem z siebie dumna. To pierwsza mini relacyjka, którą popełniłam
*bardzo przepraszam za jakość zdjęć , ale robione telefonem, więc sami rozumiecie
Standardowo w stałym składzie czyli gosia3ek i ja w niedziele postanowilismy zaatakowac Rysy. Wstaliśmy o 4 rano wyjazd 4:30, na Palenicy Białczańskiej byliśmy o 6. Tam dobrowolna opłata za parking (36 zł :/ ) i w droge. Do Moka docieramy o przed 8 rano, krótkie śniadanie i 8 wyruszamy w drogę. Idziemy z pojedynczymi osobami jeszcze tłumów nie było. Dopiero na łańcuchach zdarzył się nam korek bo grupa Włochów schodziła z Rysów i troche mieli mało wprawy w poruszaniu się w takim terenie. Co ciekawe część z nich miała uprzęże i wpinali się karabinkami do łańcuchów co dodatkowo wydłużało czas przejścia. Wkońcu musieliśmy ich minąc bokiem bez asekuracji łańcuchów. Na szczycie byliśmy o 11 czyli po 3 godzinach od wyścia z schroniska. Na szczycie parę fotek i moje ulubione zajęcie - oglądanie przez lornetkę jak cepry zdobywają schronisko i Czarny Staw Przed 12 idziemy dalej - do schroniska Chata po Rysami na Słowackiej Stronie. Po czym powrót i o 14 jesteśmy ponownie na Rysach i rozpoczynamy schodzenie w stronę Moka. Na zejści standard - cepry korki na łańcuchach, jakaś panienka chyciła mi się łańcucha podczas gdy ja jeszcze schodząc trzymałem się go. Jednym słowem nic nowego, kretnynizm ludzi którzy na tym szlaku nie powinni się znaleść. Ale nieważne to już nieraz przerabialiśmy. Przed 17 jestesmy znowu na Moku, którki odpoczynek, ucieczka przed ceprami i idzielmy dalej do 5tki tym razem niebieskim szlakiem przez Świstową Czubę. Przed 19 jesteśmy w piątce. Pół godziny postoju, ceprów brak jest wkońcu normalnie, i powoli wracamy. Zejście do auta zajęło nam 1,5 h. O 21 docieramy na parking i powoli trzeba wracać do domu.
Podsumowując bardzo fajna wycieczka, trochę męcząca ale myślę że warto. Szkoda tylko, że już jesteśmy skazani na tłumy na Tatrzańskich szlakach.
Zazdroszczę, ja jakoś nie mam szczęścia do tego szczytu w tym roku załamanie pogody wyprzedziło mnie o jeden dzień
mieciur napisał(a):
dobrowolna opłata za parking (36 zł :/ )
to mi się podoba a Tatrach z drugiej strony może trochę wpływa na zmniejszenie ruchu drogowego
mieciur napisał(a):
grupa Włochów schodziła z Rysów i troche mieli mało wprawy w poruszaniu się w takim terenie. Co ciekawe część z nich miała uprzęże i wpinali się karabinkami do łańcuchów co dodatkowo wydłużało czas przejścia. Wkońcu musieliśmy ich minąc bokiem bez asekuracji łańcuchów.
Z tymi Włochami to teraz tak jest. Ja spotykałem Włochów kilka razy na różnych szlakach i zawsze jakieś zamieszanie
No pogoda była rzeczywiście super - szczególnie jeśli dzień wcześniej w sobote padało cały dzień. Fotki postaram się załatwić. A w chacie pod Rysami pilismy piwo ale zwykłe - zimne i też było dobre
Pod koniec lipca wybrałam się w Beskid Żywiecki ...
...aby zdobyć Babią Górę, niestety nie była dla nas łaskawa i ze swojego wierzchołka nie pokazała żadnych pięknych widoków...
Na szczycie spotkaliśmy rudzielca
A następnego dnia Babia Góra z Zawoi wyglądała tak...
Tylko milczenie jest właściwym językiem w obcowaniu z nimi... Tylko w wielkiej ciszy słyszy się ich głos...Czasami...
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-08-2008 08:45 PM przez Halska.
Nadszedł piątek, wyczekiwany przez wszystkich koniec tygodnia. Dla Snieshki i dla mnie nie był to tylko początek weekendu i leniwego wypoczywania, ale oznaczał długą podróż na wschód Polski, do Krosna, gdzie już czekał Pedro.
Miasto to było dla nas początkiem od dawna planowanej bieszczadzkiej przygody. Podekscytowanie było tym większe iż był to dla nas pierwszy kontakt z tymi górami więc ciekawość nie dawała nam spokoju.
Piątkowy wieczór minął nam bardzo miło na zwiedzaniu krośnieńskiego rynku i skałek w okolicy tego miasta. Robią wielkie wrażenie swoją wyniosłością nad miejscem, w którym się znajdują.
Oczywiście nie mogło zabraknąć małego toastu za jutrzejszą wyprawę
Następnego dnia godzina 4:30,dzwoni budzik. Patrzę za okno, niebo jest jeszcze szare, słońce dopiero wstaje ale na szczęście pogoda zapowiada się piękna. Szybkie przepakowanie i plecaki znajdują się w bagażniku samochodu. Czas wyruszyć w drogę.
Podróż uprzyjemniają nam piękne, z każdym kilometrem coraz szersze widoki oraz świadomość oddalającej się cywilizacji i całego zgiełku z nią związanego.
W końcu docieramy do Ustrzyk Górnych, gdzie zostawiamy samochód i przesiadamy się do busa, który zawozi nas do Widełek, skąd wyruszamy na niebieski szlak.
Zaczęła się więc ta właściwa część wyprawy. Humory nam dopisują, pogoda również, czeka nas długi, dla większości jeszcze nie poznany szlak, cóż więcej do szczęścia potrzeba...
Wchodzimy więc pełni radości w dziki las przez, który prowadzi tylko wąska ścieżka. Czyste powietrze i promienie słońca przedzierające się przez koronę drzew potęgują to uczucie. Powoli zdobywamy wysokość. Z biegiem czasu drzewa stają się coraz niższe i przechodzą powoli w bujną i wysoką trawę, okazuje się również, że las osłaniał nas od wiatru, który teraz przyjemnie chłodzi łagodząc upał.
Osiągamy Bukowe Berdo skąd widać nasz najwyższy cel, Tarnicę, a także rozległą Przełęcz Goprowców. Widoki nie dają się porównać z żadnymi innymi w polskich górach, brak kosodrzewiny, wysokie trawy, a pod nami tylko lasy, brak jakichkolwiek oznak cywilizacji, żadnych osad ludzkich, to sprawia, że można poczuć się tutaj swobodnie.
Idziemy więc dalej podziwiając widoki i często zatrzymując się ?na fotkę?.
Co chwile napotykamy skałki, które bez wątpienia dodają temu miejscu uroku.
Dochodzimy do Krzemienia, kolejnego i jednego z najwyższych punktów naszej wędrówki. Roztacza się stąd rozległy widok na przełęcz. W oddali już dość dokładnie widzimy krzyż na Tarnicy, a wokół niego...tłumy turystów i wciąż dochodzących w jej kierunku ludzi od strony Szerokiego Wierchu.
Schodzimy na Przełęcz Goprowców wąską, prawie nie widoczną wśród traw ścieżką. Tutaj niestety już spokój jaki towarzyszył nam na szlaku od samego początku dobiega końca, czym bliżej szczytu, tym więcej ludzi nam towarzyszy w wędrówce. Nie ma się co dziwić, sobota, piękna pogoda, praktycznie środek sezonu.
Po krótkim podejściu znajdujemy się na szczycie. Podziwiamy widoki, w dole wyłoniło się Wołosate; zaledwie kilka budynków, a dookoła same lasy. Po krótkiej przerwie stwierdzamy, że zejście na dół niebieskim szlakiem, nie wchodzi w rachubę. Jest wczesna godzina, my wciąż jesteśmy rządni wędrówki. Rozkładamy mapę i po nie wymagającym zbyt dużo czasu namyśle, obieramy kierunek na Halicz.
Jak najszybciej oddalamy się od szczytu, a tym samym od tłumów, które nie wchodziły w plan naszej wycieczki.
Po kilku minutach stajemy powtórnie na przełęczy. Znajduje się tam bardzo charakterystyczny szlakowskaz, który wskazuje drogę do sezonowej stacji GOPR i kieruje na przełaj, przez trawy, a jedynym punktem orientacyjnym jest niebieski namiot, w którym ta stacja się znajduje.
Podchodzimy trochę ponad przełęcz gdzie zatrzymujemy się aby podziwiać nasz zdobyty i ten drugi będący wciąż naszym dzisiejszym celem szczyt. Słońce bardzo przyjemnie nas ogrzewa, a wiatr, który u góry nam towarzyszył, tutaj ucichł, powstrzymany przez otaczające nas wzniesienia.
Tłumy pozostawiamy za sobą, na szlaku mijamy się już niewielką ilością ludzi, która zmniejsza się z każdą chwilą.
Oglądając się do tyłu widzimy jakie odległości pokonujemy. Przecież niedawno byliśmy na Tarnicy, a obecnie ten szczyt wydaje się tak odległy.
Dochodzimy na Halicz. Kolejny bieszczadzki szczyt na, którym stoi krzyż ale już nie tak doniosły jak na Tarnicy. Pogoda jest dla nas cały czas łaskawa, chmury wędrujące po niebie dodają mu jedynie uroku, a nie są oznaką nadchodzącej burzy.
Idziemy dalej. Z każdym krokiem jesteśmy bliżej naszych wschodnich sąsiadów. Mijamy Rozsypaniec, ostatni szczyt jaki zdobyliśmy w tym dniu. Rozciąga się z niego szeroki widok na ukraińską część Bieszczad, które obecnie są dla nas nie osiągalne, choć kusi... Po pewnym czasie znajdujemy się przy Przełęczy Bukowskiej, w najdalej wysuniętym na wschód polskim fragmencie szlaku. Po przerwie zaczynamy już schodzić w dół, poprzez las, utwardzaną drogą.
Jest to dość długi i monotonny fragment naszej dzisiejszej wędrówki. Po około 1,5h dochodzimy do Wołosatego gdzie kończy się pierwszy dzień naszej bieszczadzkiej przygody.
Niedziela budzi nas promieniami słońca wpadającymi do pokoju. Radość wynikająca z przychylności aury trwa bardzo krótko, a dokładnie do momentu wychylenia się przez okno i popatrzenia na północną część nieba, która zasnuta była ciemnymi chmurami zwiastującymi deszcz.
Pokrzyżowało nam to nasze plany. Stwierdziliśmy iż poczekamy na rozwój sytuacji.
Zaczyna dość intensywnie ale na szczęście krótko padać.
Nie możemy się zdecydować, w które miejsce się udać: iść na Połoninę Wetlińską do Chatki Puchatka czy może na Małą i Wielką Rawkę.
Mamy ograniczony czas ponieważ musimy jeszcze tego samego dnia wrócić do Krakowa.
Pogoda wciąż nie jest pewna, co prawda miejscami widać błękit nieba ale po jego większej części płyną dość ciemne chmury.
Decydujemy się jednak na wariant drugi, czyli na zdobycie Rawki.
Na szlak wychodzimy z Przełęczy Wyżniańskiej. Mijamy Bacówkę PTTK, w której 25 lat temu hodowano lamy, w celu wprowadzenia ich w tamtejsze lasy.
W oddali słyszymy odgłosy burzy. Jest to dla nas dość niepokojące, ponieważ pochodzą one z rejonu, w który my właśnie się udajemy.
Szlak przez las jest mokry i śliski, a niebo szare. Jednak marsz w takiej scenerii ma również swoje wyjątkowe uroki. W miarę zdobywania wysokości coraz wyraźniej słyszymy grzmoty. Dochodzimy na szczyt Małej Rawki, która całkowicie zasnuta jest mgłą. Zaczyna padać. Schodzimy do granicy lasu aby ukryć się przed burzą, która przechodzi w niedalekiej nam okolicy. Czekamy z nadzieją, że może jest to tylko chwilowe zjawisko i pogoda zaraz się poprawi. Zależy nam na tym aby wejść na Wielką Rawkę, jesteśmy tak blisko.
Niestety dzisiaj już aura nam tak nie sprzyja, w oddali nadchodzi kolejna burza, może łagodniejsza ale jednak podejmujemy decyzje o zejściu w dół. W drodze towarzyszy nam deszcz. Schodząc mijamy niedzielnych turystów, którzy ze spokojem podchodzą do góry trzymając parasole w ręku. Oczywiście nie uniknęliśmy z ich strony żartu z cyklu: gdzie macie narty do tych kijków...?
Wchodzimy do Bacówki. Ma ona specyficzny charakter małego, przytulnego schroniska, w którym panuje cisza i spokój. Wciąż pada rzęsisty deszcz, a okolica jest pokryta mgłą.
Przerwa dobiega końca.
Teraz zostało nam jeszcze tylko dojść na parking gdzie stoi nasz samochód i pożegnać się z bieszczadzkim szlakiem...szkoda, było pięknie. Myślę jednak, że to nie była ostatnia nasza przygoda związana z tymi wyjątkowymi górami. W głowie już snują się kolejne plany...
"Góry są wyzwaniem, prowokują istotę ludzką do wysiłku, do przezwyciężania samych siebie." J.P.II