Dzis miałem ostatnie pedałowanie przed wyjazdem, jutro zakupy i pakowanie itp. nie będzie czasu, a po jutrze odrazu po pracy wyjazd.
Z górki na asfalcie rozpędziłem się do 48,2 ale już nie mogłem pedałować- za szybko , goniłem trolejbus (u nas się mówi pędzidrut ), kilka przystanków, ale na koniec mi uciekł bo pusty jechał i przestał się zatrzymywać na przystankach.Czasami tylko tego kasku brakuje żeby coś szybciej przejechać...trza uważać. Skonczyłem o 22.10 paroma kilometrami przez las, gdybym nie znał drogi nie pojechałbym bo za ciemno (bez światła jechałem), a tak to spotkałem jedną sarnę, przemknęła przez drogę, ale to nic, najlepsze były w jednym miejscu dwa zające i jeż ( chyba jeż) cicho jechałem to w ostatniej chwili uciekły .
Ale cieplutki wieczór, nie ma to jak się wypocić przed snem a potem prysznic z letnią wodą...
Pozdrawiam ciepło
P
Zaprzyjaźnij się z człowiekiem, który chodzi po górach
i był dzisiaj rowerek. w planach była tzw. mała pętla ustrzycka czyli trasa na około Gromadzynia przez Hoszów, Równię i Hoszofczyk. skończyło sie w hoszowie przy cerkwii, bo nie bylibyśmy sobą jakby coś dziwnego nam nie wpadło do łbów. a mianowicie wymyśliliśmy sobię, że po co jechać tą samą drogą po aswalcie już10 000 raz, jak można przejść na skróty zboczem góry. łąka z daleka łągodna okazała siępełna wysokich na 1,5 metra chaszczy wszelkiego rodzaju - od szczawiu po pokszywy. ale nic, przebrnęliśmy to pchając maszyny pod górę. byle do lasu. w lesie czekało na nas bagno. no nic byle do następnej łąki. a tam to jużpełno kolorowych kwiatków, ale co się okazało? kolega ma totalnego flaka w przednim kole. skąd? nikt nie wie. decyzja - trzeba zejść do drogi. oczywiście myśmy zjechali. trawsko po pas, pełno mrowisk, zbocze strome jak diabli. i tak jakimś cudem dotarliśmy na dół. telefon po samochód. taka przygoda 5 km od domu
a i dziś teżbyła pętla. Ta sama tylko w drugą stronę tzn Ustrzyki - Równia - Hoszofczyk - Hoszów - Ustrzyki + gratis
jak już przedtem w codziennych rozmówkach wspomniałem, odważyłem się na ten wyjazd mimo ulewy wiszącej nad głową. chęć wyjścia za powietrzem była tak duża, że byłem gotów podjąć się ryzyka. Do Równi dojechałem szybciutko. Spędziłem tam ze 2 godziny fotografując cerkiew i cmentarz z kilku stron. Niestety w tym roku starej części cmentarza nikt nie skosił. Jest tam kilka przedwojennych chrestów i jeden drewniany z 1945 roku, któy już przegnił i się przewrócił. trzeba będzie zorganizować jakąś akcję "kosiarza". krzyż nie wiem czy da się uratować. Pewnie trzeba będzie zrobić nowy i przybić doń tabliczkę metalową i Chrystusa Zerdzewiałego. Sama cerkiew ( początek XVIII w)natomiast , jak zawsze, pięknie pozowała. czasami nieco słońca jednak brakowało. Turystów masa. jedno auto za drugim.
Potem ruszyłem do Hoszofczyka nad drugą cerkiew znacznie młodszą (1930) i mniej urodziwą. jednak tam swoją uwagę skupiłem głównie na cmentarzu. Był tam jeden turysta, który niby z ukrycia filmował mnie jak ślęczałem nad tymi biednymi chrestami. ciekawe co sobie myślał? to już pozostanie jego słodką tajemnicą. Słońca nie było wcale, ale za to temperatura na rower wyśmienita. Trasa ta jest naznaczona kilkoma wzniesieniami i spadami, gdzie sprawdzić można swoją kondychę.
cóż ... moja pozostawia wiele do życzenia
Następnie postanowiłem zamiast do Hoszowa pojechać trochę dalej w takie miejsce, które od dawna mnie intrygowało. co się okazało? że jedna boczna polna droga zawiodła mnie do miejsca cudownego, pełnego łąk i pastwisk zaklętych górzystym pierścieniem. Po drodze kwiaty wspaniałe, gaj brzózkowy pełen grzybów (cholera mnie bierze, ze się na nich nie znam) gdzie nikt raczej za nimi nie chodzi, bagienko płytkie porośnięte świeżą i dziką miętą - miejsce czarujące. chwilę dalej odkryłem stary, zdziczały staw, o który nikt raczej nie dba. Wydaje mnie się jednak, ze jest to staw naturalny, który ktoś kiedyś zagospodarował (zarośnięta studzienka betonowa). Został on jednak pozostawiony naturze. Ryby w nim są, bo chlupnęło coś parę razy.
Wokół stawu naga cisza. Aż się zachciewa w takim miejscu w rusałki uwierzyć i nimfy, które wabią swym powabem. Kto wie? każda legenda ma ziarnko prawdy, więc może i nimfy są prawdziwe? czułem tam spokój duszy, ukojenie. Na człowieka przestają wtedy działać wszelkie myśli o wojnach, głodzie w Afryce, czy polskim kryzysie politycznym. Rodzi się w środku jedna tylko myśl - będzie dobrze
z takim nastawieniem ruszyłem na Hoszów. Nie stawałem jednak przy cerkwi, bo światło było już nie tego. Pozatym kręcili się tam jacyś turyści, których nie chciałbym zobaczyć w obiektywie. Pojechałem więc długą do domciu i jak zwykle najostatniejszy z ostatnich odcinków dał mi tak w tyłek, że aż padłem oblany w domu potem. Nogi zapiekły i odmówiły posłuszeństwa. To jedyny moment, kiedy żałuję że mieszkam na górce
zdjęcia walnę potem, bo muszę je obrobić najpierw.
po urlopie... przed urlopem ... a tymczasem spalam kalorie jak się tylko da, na zdjęciu poobiednie 30 km po górkach, a przed górkami trochę po mieście, zdjęcie autorstwa mojego syna, który jechał równolegle chodnikiem ... prawie paparazzi
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-07-2007 06:04 PM przez Sylwester.