No i nadarzyła się w końcu okazja na kopce. Na trzy dni nawet - to pierwszy raz od majowej biby w NT. Przynajmniej dla mnie.
Cel? Beskid Śląski oraz Beskid Śląsko-Morawski w Czechach. A także trójstyk granic polskiej, słowackiej i czeskiej.
Dlaczego tam? Po pierwsze primo - bo nas tam nie było, czy to zły powód? 
Drugie primo, to zbieranie pieczątek do zabawy w MOT - Międzynarodową Odznakę Turystyczną przyznawaną za zdobycie wybranych punktów w trzech sąsiednich krajach. (dla zainteresowanych info: http://www.pttk.wisla.pl/MOT.html )
W czteroosobowym składzie: gosia3ek, miecur, ja oraz nowa Forumowiczka JustynaR
- wyruszyliśmy w sobotni poranek. Znaną trasą: Nowy Sącz - Przełęcz Knurowska - Nowy Targ - Czarny Dunajec - Namestowo - Przełęcz Glinka - Rajcza wpadamy w Beskidy.
(Takie widoczki cieszyły oko z Knurowskej)
Cel pierwszy - polski punkt w trójstyku - Jaworzynka. Szybko załatwiamy sprawę i kierujemy Poldka ku Wiśle, a dokładniej do przysiółka Łabajów, skąd wyruszymy na Wielki Stożek. Po uiszczeniu opłaty za parking u podchmielonego gospodarza placu wyruszamy szlakiem zielonym. Oj stromy ten kopiec, stromy. Siódme, a może ósme poty wylaliśmy nań w południowym słońcu. Tęsknym wzrokiem spoglądałem na wolno poruszające się krzesełka kolejki na Stożek. Niestety, nie dla psa kiełbasa
. Honor wziął górę i na szczyt wleźliśmy o własnych kończynach
.
W schronisku meldunek, bo tu mamy nocleg, coś na ząb z własnego prowiantu (oni chyba ogłupieli z tymi cenami!!! 27 zł za schabowy to ja mogę dać w Chacie pod Rysami!!!
) , zostawiamy bagaże i ruszamy na drugą stronę pasma. Ot, lekkie 10 km do Czantorii - to kolejny punkt do zdobycia. No ale potem trzeba będzie tu wrócić. 
Schodząc ze Stożka Wielkiego na Stożek Mały już mi się nie podobał ten Śląski. Co to za cholerne podejście! Przecież ja tu padnę na pysk w drodze powrotnej, bynajmniej nie po to, by podeprzeć się zębami. No ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, idziemy.
Jest około 14.00, więc upał zelżał i idzie się całkiem przyjemnie. Mijamy Soszów, schronisko,
(ładny pisuar, ale nie dosięgłem
)
górną stację kolejki, kilkadziesiąt osób, kilkaset much i znów wytracamy wysokość do marnych 684 m na Przełęczy Beskidek
. A ta górka z wieżą na głowie szczerzy się do nas z uśmiechem
.
995 metrów, ponad 300 przewyższenia. Cholera, znowu mi się zagrzało w mózgu. To nie zdrowe.
Charczeliśmy, skuczeliśmy, ale wyszliśmy! A tam co? Wylęgarnia stonki!
To ja tu lecę z wywalonym ozorem 10 kilosów a te laski w laczkach wywożą d*** (czemu tu są te kropki!!!) kolejką?! Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tu na każdą górę można tyłek wywieźć, tylko lezę samemu jak w średniowieczu jakimś.
Na znak protestu głosujemy nogami na schronisko po stronie czeskiej. Przyjemne również dla żołądków jak i portfeli. Oraz wątroby. Pycha.
Włazimy jeszcze na wieżę (a czemu tu nie ma windy jak w cywilizowanych krajach?
), focimy to tu to tam
i pora wiązać sznurówki do drogi. Kolejna dyszka przed nami, tym razem dla urozmaicenia, w przeciwnym kierunku. Znów ta przełęcz, znów ten Szoszów, znów ta mucha mi do oka wpadła i znów miałem stan przedzawałowy pod Stożkiem. Żyć nie umierać. Zjeść coś, umyć się i paść na ryj. W końcu weekend wypoczynkowy w pełni. Trzeba mieć siły na jutro.
A jutro będzie gorzej.
C.D.N.