Miały być dwa dni, wyszedł jeden. Miało być z M., wyszło bez... Zatem idę sam.
Ranek, z G. i K. wysiadamy z samochodu koło Kuźnic. Pada, z jednej strony dobrze-nie przyszedł miły pan i nie wyciągał ręki za parkowanie. Z drugiej-pada! Ale wedle wróżb Instytutu Magii i Guseł Wszelakich do 11 ma przestać i trochę się przetrzeć. Zobaczymy. G. i K. idą w stronę Murowańca, ja ruszam przez Kalatówki do schroniska i dalej na Czerwone. Droga do Kalatówek jaka jest, każdy widzi. Albo (tak jak ja) średnio co widzi.
Chmury i chmury. Raz na chwilę wyszło Słońce, zanim wyciągnąłem aparat już do nie było. No trudno-do obiecywanej 11 powinienem być wyżej. Póki co mleko.
Schronisko. Termos i herbata. Śniadanie. Jakaś dziewczyna dopala papierosa. Chyba nie jest w nastroju na choćby chwilę rozmowy. Gasi i idzie w stronę Kuźnic. Chwilę po tym ze schroniska wychodzi grupka turystów płci obojga i w wieku tak zwanym różnym (z medianą ok. 30 wiosen). Chwila rozmowy, wymiana pozdrowień i życzeń udanej wycieczki. Ruszają przez Przełęcz pod Kopą na Kasprowy. Dopijam herbatę. Nie ma się co spieszyć. Leniwie pakuję plecak i nieśpiesznie ruszam tą samą trasą.
W tym miejscu, w ramach odpowiedniego stopniowania tempa narracji powinienem wstawić opisy w stylu "na wysokości (...) zaczął odsłaniać się (...)", "po dojściu do (...) pięknie ukazało się (...)", i tym podobne. Niestety. Mleko i chmura, chmura i mleko. Pejzaż niesamowity!-pasjonujący jak koszenie trawy na pustyni. Panorama zapierająca dech w piersiach-10 metrów szlaku do góry
... i 10 metrów szlaku w dół.
Z racji wrodzonej przekory i nieskrywanej fascynacji górską piosenką turystyczną zaczynam sobie podśpiewywać szantę "It's a long way to Tipperary". Nikogo w pobliżu, więc mogę sobie mruczeć nieczysto szanty ile wlezie. Pocieszam się, że przynajmniej nie płaszczę tyłka przed komputerem i nie wyślepiam oczu patrząc kto i co "lajknął" na gębowolumienie. A jak pomyślę o niektórych z takimi płaskimi tyłkami, co to na nich prasować można, to uśmiecham się pod nosem. Andrzejowi Mleczko trzeba taki pomysł na rysunek podrzucić. Pejzaż... No cóż-nohil novi. Dla zainteresowanych polecam wsadzić głowę do wnętrza puchatej kołdry. Wrażenia wizualne podobne, acz trochę cieplej i mniej wilgotno niż tutaj.
Jak diabeł w pudełka wyskoczył gwizdany marsz z Mostu na Rzece Kwaii. Jak mus to mus. Idę i pogwizduję. W sumie najbardziej fascynującymi rzeczami w tym krajobrazie są czubki moich butów. Czarne. Tup, tup, tup, tup...
Wtem! (Czyli nagle!)
No do stu wrednych kozic na Granatach, kur jeb mać co to jest??? Kto to tutaj postawił? Gdzie byli strażnicy Parku?!? Gdzie byli rodzice?!? Nie... zaraz (taka duża bakteria), czekaj, czekaj... Aaaa! No tak. "Jeżeli wpakujesz się na szlakowskaz to wiedz, że coś się dzieje."
Przełęcz pod Kopą Kondracką. Przeciągam się i wyjmuję aparat. Strzelam dwie fotografie. Kasuję zrobione zdjęcia. Po co mają megabajty zżerać. Po lewo-piękna panorama na Gorczkową i wyłaniający się Kasprowy. Po prawej-Czerwone Wierchy i masyw Giewontu. U dołu piękna panorama Hali Kondratowej. Tjaaa... "Bozia dała wyobraźnię, to sobie wyimaginuj" (aż się sam sobie dziwię, że tak trudne słowa potrafię wymówić). Generalnie to fajnie, tylko po jaką cholerę ja ten aparat ze sobą targam? A miałem jeszcze statyw wziąć. No nic. Wróże od pogody trochę się pomylili. Trudno. I tak się cieszę, że mogę się przetargać przez Tatry. SMS od G.-czy wybieram się dalej czy schodzę na dół, bo jednak brak widoków na lepsze widoki. Odpisuję, że od południa coś się chyba przeciera.
Kopa Kondracka. Omijam z należnym szacunkiem sterczący szkalowskaz. Drugi raz z zaskoczenia nie dam się zaatakować.
Pogoda... Wedle gramatyki języka polskiego jest kobietą, więc zmienną powinna być (i można po niej różniczkować!). Wedle moich przemyśleń to jednak jest facetem, bo wredna i uparta. Więc siedzę, popijam herbatę i dumam o sprawach poważnych a zabawnych. Kręcę się dookoła z aparatem (jak to dobrze, że szczyt taki rozległy jest, można sobie podreptać "kilka metrów w jedna i kilka w druga strona"). W końcu udaje się wypatrzeć pierwszą dziurę w niebie. Zanim wycelowałem aparat, dziura znikła. No jak na kursie fotoreportażu wojennego! 2 sekundy na zrobienie zdjęcia. Ale dobrze jest, coś rzeczywiście się przeciera. Jeszcze kilka minut i...
Jeeeest! Dziury w niebie! Gdzieś nieśmiało nawet Małołączniak wychynął spomiędzy chmur. Jest zastrzyk, jest endorfina, idę dalej. Spakować plecak, czapkę na głowę i dalej. Chwila na rozejrzenie się dookoła. No tak...
Nic to, idę- teraz już nie zamierzam wracać. Po tych kilku sekundach światła słonecznego bateryjki się naładowały.
Więc na Małołączniak. Ogniwa doładowują się jeszcze bardziej. Grań szarpie chmury, będzie dobrze, jeszcze coś ciekawego dziś zobaczę.
Siedzę na Małołączniaku i wypatruję sobie oczy. Znowu jakaś szanta się przyczepiła. "Kapitan w niebo wlepia wzrok, ruszamy lada dzień". Teraz już siedzę jak na wojnie. Tylko kilka sekund, tych kilka sekund przejaśnienia, kilka sekund by widzieć więcej i dalej niż przez tą watę. Siedzę.
Dosiedziałem się! Teraz biegam jak szalony i napatrzeć się nie mogę! Morze chmur od strony polskiej, od słowackiej jakieś poszarpane niewiadomoco. Po kilku godzinach łażenia w mleku w końcu jest to, na co czekałem!
Chmury się rozwiewają, jedne idą w dół, inne są rozrywane na strzępy. Na Krzesanicę! Czapa śniegu!-tak! "Błogosławieni szurnięci, albowiem oni już tu, na Ziemi, są w raju!"
"Tegom chciał" jak powiedział hetman Czarniecki! Ja tutaj a chmury tam, gdzie ich miejsce-poniżej. Widok jak z samolotu. "A gdzie tam"-mruczę pod nosem. Lepiej! W samolocie tyłek się płaszczy a okienko jest nie większe niż w drzwiczkach mikrofalówki. W tutaj-morze chmur po horyzont!
Zaczynam żałować, że jednak nie przytargałem ze sobą statywu. Może jednak uda się jakąś panoramę zrobić z ręki.
Ale jeszcze chmury, jeszcze raz. Ze Słońcem, w stronę Ciemniaka.
Przez chwilę przetacza się jeszcze jedna szarzyzna. Wraca znajomy pejzaż. Ale jednak. O Naturo złośliwa!-zabrałaś mi panoramę to daj coś innego. No i dała. Choć na 15 sekund ale jednak dała. Krzyż na Giewoncie. Dawno mi się tak nie podobał jak dziś.
Dość tego dobrego. Idę na Ciemniak. Później Kiry. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie skał między Krzesanicą a Ciemniakiem i można w czystym sumieniem i zadowolonym sercem pogrążyć się w chmurze.
Od Ciemniaka w dól ta sama śpiewka. Chmury, mgła, i pejzaż czasami iście impresjonistyczny. Przejaśnia się dopiero już u samego dołu. Pal sześć, teraz to już nie chce mi się aparatu wyciągać. Dolina Kościeliska. Pani z oscypkami. "Żurawiny chcecie turysto?" "Poproszę proszę pani." Zdjąć polar. Wejść na asfalt. Metodą pięta-palce w stronę Zakopanego. Wypatrywać samochodu G.
PS: Wycieczka sprawiła mi niesamowitą frajdę. Co z tego, że samemu? Co z tego, że krócej niż miało być. Ważne, że z tych ośmiu godzin na szlaku jedna była taka, dla której opłacało się poświęcić wszystkie inne. I po to się chyba po górach chodzi... Przynajmniej ja