Dawno, dawno temu, 18 września tegoż roku, dane mi było wspiąć się po raz enty na górę czarownic. Okazją po temu był mały zlot ex-studentów, dziś już na emeryturze. Stacjonowaliśmy z przytulnym pensjonacie w Zawoi Policznem skąd wychodzi niebieski szlak na Markowe, a do Krowiarek raptem pięć minut (samochodem). Toteż bladym świtem (godz.10.00), z dwoma bladymi (z niewyspania) towarzyszami stanęliśmy na przełęczy (podwiezieni pojazdem czterokołowym). Mnóstwo, mnóstwo narodu tam było! Jakby nagle wszyscy umówili się na zloty na Babiej! Pogoda piękna, jesienna, w Tatrach rypło śniegiem, to pewnikiem lud wybrał to miejsce na sobotni spacer ? pomyślałem, i rączo pognałem kolegów ku Sokolicy. Ku naszemu zaskoczeniu, tą zdobyliśmy szybko i bez ofiar. Na Sokolicy postój, łyk wody, powietrza, widoku i jazda do góry, bo tłumek zalegał co lepsze miejscówki.

Ocierając się to o kosówkę, to o innych turystów wchodzimy na Gówniak. A tam widoki gównie na Orawę, a raczej na chmury pasące się na jej łąkach i polach.

Uwagę wielu osób na chwilę przykuł też lis, babiogórski filanc leśny, co wpierdziela ludziom kanapki w przypadku braku biletu, oraz dorabia na czarno pozując do zdjęć (ponoć działają w jednej mafii z miśkiem z Krupówek).

Po chwili stanęliśmy na szczycie, jak kilkaset innych osób tego dnia. Nic wiele się nie działo, zdjęcia okolicznościowe, mmsy do kolegów śpiących jeszcze w Zawoi i wymarsz ku Bronie, bo ktoś włączył babiogórską dmuchawę na wyższe obroty.

Na przełęczy jak zwykle ciepło, sielsko i przyjemnie - nastąpiła debata na temat Cyla, a po głosowaniu (2 głosy przeciw, 1 nie ważny) padło na zejście wprost w czeluście Markowych Szczawin. W jadłodajni narodu jak na festynie. Po odstaniu swojego w kolejce kolejki do kolejki po jadło i stoczeniu zażartej walki o stolik, staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami żurku, dwóch ogórkowych i puszki piwa. Aha, zupy były o smaku wody z solą, piwo o smaku Żywca... Na zejście obraliśmy szlak czarny, następnie niebieski, który miał zaprowadzić nas wprost do noclegu. Ku zaskoczeniu, o ile od Krowiarek szliśmy w tłumie, tak na tym odcinku człowieki nie występowały wcale. Na odbiciu szlaku niebieskiego zaskoczyła nas kartka o srogim napisie "SZLAK ZAMKNIĘTY". Znowu debata: co robić? Jak iść? Czemu zamknęli szlak? Z powodu remontu? niedźwiedzia ludojada? wściekłych wiewiórek rzucających szyszkami? Nic to! We trzech chłopa stawimy czoła tym przeszkodom - stwierdzamy -i udaliśmy się na spotkanie z nieznanym. Przez długi czas nie widać było niczego, co mogłoby być powodem zagrożenia, ot, las, polany, potok szumiący w oddali ? szliśmy wesoło nucąc wędrowne piosenki. W końcu dochodzimy do niego, potoku znaczy i kładki przezeń, która właśnie zażywała kąpieli w wartkiej bystrzynie (pewnie za sprawką powodzi). I wszystko jasne! (czy tak trudno jest dopisać na kartce "uwaga! zerwana kładka na potoku"?) By przejść na drugą stronę żywiołu użyliśmy maszyny teleportującej zbudowanej z czterech kamieni. Udało się, lecz niestety nie bez strat własnych - kolega w drodze zamoczył sznurówkę, a drugi wypluty przez teleport na drugiej stronie zarył w przybrzeżne bajoro. Zebrawszy się do kupy, dzielnie ruszyliśmy ku Zawoi, by po chwili z radością i w pełni zasłużenie zasiąść za karczmianym stołem. Było pięknie, jak zawsze.

Więcej fotomontaży:TUTAJ