Mimo, że pogoda przystroiła w ten dzień niebo wstęgą czarnych chmur, wyjechaliśmy rano na zachód. Cel krystalizował się po drodze, w miarę ubywających kilometrów i przybywających kropel wody na szybie. Ostatecznie wybieramy Luboń Wielki, często omijany w drodze w Gorce czy Beskid Żywiecki. Parking pod ostatnią chałupą na niebieskim szlaku, przepoczwarzenie się w nie przemakalne ciuszki poprzedza wymarsz.
Trasa ma 4 kilometry. Środkowa część dość stroma, teraz mocno ubłocona. Sprzyja to ćwiczeniom do teleturnieju ?Gwiazdy tańczą na błocie?. Raz po raz ścieżka krzyżuje się z nową nartostradą do Rabki. W raz z wysokością deszcz przemieniał się w śnieg, by w okolicach szczytu całkiem rozłożyć dwu-centymetrowy, biały dywan. Widoczność - jak w kawie z mlekiem - na długość łyżeczki.
W jadalni schroniska, która do wybitnie wielkich nie należy, ludź na ludziu. Trafiła się końcówka imprezy jednego z górskich forum. Klimat w powietrzu długo się jeszcze unosił za ostatnimi gośćmi.
My też się ponieśliśmy - w dół szlakiem żółtym do Rabki-Zaryte, Percią Borkowskiego. Ciekawa to trasa, chyba jedyna tak skalista i stroma w beskidach (może poza Percią Akademików na Babiej). Skały, gołoborza i kilka miejsca gdzie trzeba użyć 4 łapek to gratka (choć może nie w tych warunkach). Jakoś jednak w całości docieramy w dolną część góry, gdzie czeka na nas ulewa, poldek i mokra droga do domu.