W poniedziałek wybrałem się na Babia Górę. Długo czekałem na odpowiednią pogodę i trafiłem w 100%. Noc i poranek miały być piękne i były. Silny wiatr tylko dodał smaku wyprawie. Ale od początku? W ostatniej chwili do wyprawy dołączył znajomy, młody góral spod Babiej Góry. Wyjechałem 10 minut przed pierwszą z Częstochowy, kilka minut po czwartej wyruszamy z Zawoi Markowej. Niewiele śniegu, trasa dobra. Próbujemy iść szybko, by zdążyć przed świtem na Diablak. Jest ciepło, miły wiosenny wietrzyk nie zapowiada atrakcji na szczycie. Po prawie dwumiesięcznej przerwie w trekkingu i bieganiu wychodzą braki. Podejście na Bronę wykańcza. Potem już lepiej, ale co jakiś czas zapadamy się po kolana w śniegu, czasami głębiej. Nawiało śniegu i nie widać szlaku. Na Diablaku jesteśmy o siódmej. Dwadzieścia minut po świcie, niestety. Ale w końcu planowałem świt na Babiej (Diablak to Diablak, a Babia Góra to Babia Góra). Kolega był na szczycie pierwszy, ale trzeba uczciwie stwierdzić, że też pierwszy z niego zszedł. Widoki były piękne, ale zimno i wiatr nie do wytrzymania. Nie ma mowy odpoczynku, popijaniu herbaty i robieniu zdjęć. Strzelam aparatem na oślep i uciekam na dół. Może to i lepiej, że nie przyszliśmy przed świtem. Nie byłoby łatwo doczekać. Potem Mała Babia Góra i powrót tą samą drogą. Gdzieś w lesie spotykamy pierwszych turystów ? na górze byliśmy sami. W eleganckim schronisku kawa ? niestety podła. Nie ma mowy o szarlotce. Kilka minut po jedenastej jesteśmy na parkingu. Ciepło i wiosennie. A na górze poczuliśmy się jak polarnicy?
Fotorelacja:
http://picasaweb.google.pl/zbigniew523/S...j22022010#