Odpowiedz  Napisz temat 
Via ferratą del Porton i del Velo za poznaniem Dolomitów Pala
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #1
Via ferratą del Porton i del Velo za poznaniem Dolomitów Pala

Już długo chciałem odwiedzić ten zakątek Dolomitów. Tak jak Dolomity na północy zaczynają się przepięknym masywem Sexteńskich Dolomitów, tak na południu kończą się fantastycznym obszarem Dolomitów Pala. Tutaj jeszcze ostatni raz góry przedstawiają się w całej swej okazałości jako labirynt skalnych ścian, wieży czy blanki, zanim się rozpłyną w weneckich dolinach. Ten dzień samotnego wędrowca postanowiłem maksymalnie wykorzystać. Odwiedziłem trzy schroniska i przeszedłem dwie ferraty. Trasę rozdzieliłem na następujące części:
1. Wyjazd kolejką z S. Martino (1470 m) na La Rosetta (2743 m)
2. Przejście na trasie Rif. Pedrotti - Rif. Pradidali
3. Zaliczenie Via ferraty del Porton
4. Zaliczenie Via ferraty del Velo
5. Powrót na trasie z Rif. Velo do S. Martino

Długość całej trasy jest obliczana na 7,5 - 8 godzin. Ja całą trasę i z przerwami na robienie zdjęć i popas pokonałem za 8,5 godziny. Przewyższenie jest na całej trasie bez znaczenia. Tylko Via ferratą del Porton trzeby się wspinać 400 m i potem ze schroniska Velo trzeba zejść 900 m. Obie ferraty mają stopień trudności 3,5 z 5 stopniowej skali.

Pozytywa:
+ widowiskowo bardzo ładna wycieczka, zwłaszcza widok na skalne wieże Sass Maor i Cima della Madonna,
+ na trasie, niezbyt zatłoczone, trzy schroniska, możliwość noclegu i dobre zaplecze w razie załamania pogody,
+ obie ferraty są dobre na rozgrzewkę, bo nie są takie ciężkie jak Bolver-Lugli albo Stella Alpina,
+ bez owadów i innych stręczycieli Toungue

Negatywa:
- uciążliwa i mało atrakcyjna droga powrotna z Rif. Velo do S. Martino (wszyscy znają co to jest schodzić 2,5 godziny),
- w czasie mgły łatwo można zmylić drogę i wtedy zaczyna być niebezpiecznie.

Rano o 7:00 wyjeżdżam ze znajomymi z campingu Palafavera. Czeka nas 2 godzinna jazda przez skalne góry. Po drodze mijamy miasteczko Falcade. Tutaj gdzieś ma bazę wypadową grupa operacyjna Forumowiczów. Na zatrzymanie się nie mamy czasu i pędzimy dalej. O 9:00 jesteśmy w S. Martino, takim niepisanym centrum Dolomitów Pala. Od teraz będę samotnym wędrowcem. Po załadunku wora, idę na kolejkę bez kolejki. W oddali jeszcze zerkam na Sass Maor i Cima della Madonna.
   
Tam gdzieś będę się dzisiaj wspinał po ferratach. Po wywiezieniu d...ska dwiema kolejkami linowymi (gondolową i kabinkową) i zyskaniu 1200 m przewyższenia, wychodzę z górnej stacji na skraj cudnej planiny Altipiano delle Pale. Całych 25 km2 kamiennej pustyni w górach.
   
Znów jestem w euforii. Znam to uczucie. Zawsze mnie dopada, kiedy jestem w takich miejscach. Na zapoznanie się z tym cudem natury nie mam jednak czas. Może kiedy indziej, jak już będę stary i żelazo na skałach zerdzewieje Wink. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie
   
i mogę wyruszyć zdany już tylko na siebie. Najpierw trzeba osiągnąć Rif. Pradidali tj. przejść 2 godziny kamienną ścieżką. Trasa serpentynami prowadzi w dół. Schodzę 300 m. To mi jednak nie robi żadnych trudności. Serpentynkami idzie się jak na promenadzie, żadne ujeżdżające kamienie.
   
Jak się zejdzie, to trzeba też i wyjść. Takim punktem jest przełęcz di Ball (2443 m).
   
Pod koniec zaczyna się już swojsko, jak na Dolomity przystało. Jeszcze nie tak drastycznie, ale trochę poręczówki dla lepszego poczucia bezpieczeństwa i pomacania sobie żelaza.
   
Bez problemów dochodzę do przełęczy di Ball z kąd widać schronisko Pradidali - bazę wypadową na ferraty.
           
Przyznam, że w tym miejscu miałem ślinkę na inną ferratę - Nico Gusella, która wychodziła z przełęczy, bo mi się nie chciało znowu schodzić. Pokonałem jednak lenistwo, ponieważ ferrata del Porton jest ponoć najlepsza w tej okolicy.
Schodzę do schroniska, ale nie zatrzymuję się. Od tąd mnie czeka 3 godziny górskiej zabawy z dreszczykiem. Niecierpliwie wyszukuję na okolicznych skałach charakterystyczne znaki drogi żelaznej - stalową linę. Jednak jeszcze muszę trochę zejść do ciemnej rokliny (jak ja nie lubię te górskie huśtawki), zostać pokropiony przez mały wodospad i dopiero wtedy na drodze postawiła mi się ogromna ściana. To było to.
   
Stalowa lina z obok powbijanymi stalowymi kramlami. Chwila na wytchnienie, zamyślenie i ubranie ferratowego setu. Wyruszam. Prawie pionowo i ciężko. Wiadomo, urzędowy stołek nie rozwija kondycji. Bardzo duża ekspozycja. Jak zawsze mówię - powietrze pod Vibramem. Klamry dosyć dobrze ułatwiają postęp do przodu. Nie trzeba siłowo się podciągać, jak na innych podobnych ferratach. Ale ta przestrzeń pode mną. Uff, nic dla górali lubiących pewnie stąpać po ziemi. Pionowe wspinanie zamienia się na wąską półkę na ścianie góry Cima di Ball.
   
Tutaj widzię jak człowieczek jest nikim w porownaniu z kamiennym olbrzymem. Bez uszczerbku na zdrowiu wchodzę do ciemnej rokliny. Kończy się najcięższa partia. Roklina jest wypełniona jednak piarżyskiem. Takie coś, co jest dwiema krokami w przód i jednym krokiem w tył. Na dodatek trzeba uważać, żeby nie oberwać kamyczkiem, który sobie postanowi wylądować akurat na moim łbie. Jeszcze, że mam identyczny ładny melonik jaki miała Małgosia pod M. Blanc (patrz relację "Cholerne góry", post 3). Zażarcie prę naprzód. Czuję, że dochodzę do końca pierwszej ferraty. I mam prawdę. Roklina kończy się tym razem małą skałką, która postanowiła mnie postraszyć drabinką.
   
Takie przeszkody pokonuję lewą tylną. Po 1,5 godzinie od chaty Pradidali osiągam przełęcz del Porton (2480 m), gdzie kończy się ferrata o tej samej nazwie. Dalszy szok... Z jednej strony akurat pokonana ferrata, z drugiej strony pasące się spokojnie owce.
   
Z przełęczy widzę też w pełnej krasie wieże Sass Maor i Cima della Madonna. Pod nimi w prawo widnieje mały punkcik - chata Vello della Madonna.
   
Żeby dotrzeć do chaty, trzeba jeszcze zaliczyć dalszą ferratę del Velo. Droga z początku prowadzi łatwym skalistym terenem. Trochę luzu. Znienacka ścieżka się kończy, wyrasta przepaścista skała i tylko stalowa lina z klamrami pokazuje gdzie trzeba iść dalej. I znów to samo - powietrze pod Vibramem. Tutaj chciaż nie jest ciemna roklina, ale nasłoneczniona ściana. Jak zlecieć, to w pełnym odblasku.
               
Po pokonaniu tych niebiańskich stalowych schodów, wszystko to nagle się kończy, jak wszystko to nagle powstało. Ostatnie schronisko mnie wita w pełni szczęśliwego. Pełne 3 godziny chodzenia niemal w powietrzu (z przerwami) mam za sobą. Czeka mnie ostatni etap. Powrót do S. Martino, które się na mnie śmieje w oddali jakieś 2,5 godziny chodu.
   
Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Wszyscy znamy te niekończące powroty. Powolne schodzenie z kopczyka i długa dolina. Nie ma co opisywać. Każdy wie jak to jest. Jednak, jak mówi Mieciur, do celu dochodzę już na autopilocie. Na parkingu, przy samochodzie, zamieniam się z górołaza na klapkowicza (co za ulga dla moich nóżek) i decyduję trochę pozwiedzać S. Martino. W międzyczasie powinne spożycie włoskiego picolo espresso. Ostatnie zdjęcie drogi powrotnej z wieżą kościoła
   
i pora ruszać do campingu. Dalej już normalka - jazda samochodem 2 godziny, namiocik, oczysta ciała, dopełnienie utraconej energii i podsumowanie dnia przy napoju turystycznym. Można powiedzieć - była to udana wycieczka.



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
04-09-2009 06:55 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
Via ferratą del Porton i del Velo za poznaniem Dolomitów Pala - Stasiu - 04-09-2009 06:55 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: