Babia - -> Pilsko na łykend. 18-19.07
Kilka tygodni temu napisałem do Snieshki z zapytaniem czy chciałaby wybrać się na wspólną wędrówkę. Konkretnie na trasę granią z Babiej Góry na Pilsko. Zgodziła się. Więc jedziemy...
W przeddzień wyjazdu do Krakowa mam małą przygodę. Rozcinam sobie nieprzeciętnie dłoń
. Następnego dnia zwalniam się na 3 godz. z pracy i idę na parę godzin do szpitala. W końcu o 15. wychodzę podekscytowany z pracy udając się na dworzec. Do odjazdu mam jeszcze 35 min. Siedzę na peronie z nudów wlepiając wzrok w mapę okolic Babiej. Nagle nachodzi mnie ta myśli.... zaraz, zaraz...
Na nogach mam sandały, a gdzie są moje buty trekingowe?? Wiem!
Zostały w pracy przy wyjściu! Podrywam się i jak szalony lecę na przystanek tramwajowy. Dobrze że to nie daleko, obracam w dwie strony w 20 min. No niezłe emocje, ciekawe co jeszcze ciekawego spotka mnie podczas dzisiejszej drogi
.
Na szczęście kilka minut przed 23 w Krakowie wita mnie promienny uśmiech Snieshki.
Następnego dnia wstajemy równo o 5.00. Już nawet bez śniadania udajemy się na busa do Zawoji, którego dopadamy dosłownie na minutę przed odjazdem. Nie ma się chyba z czego cieszyć bo w małym busiku i duszno i gorąco, ludzie poutykani na ścisk
. Po dwóch godzinach drogi wysiadamy w Zawoji - Policzne. Widok na bezchmurny szczyt Babiej od razu rekompensuje ból głowy powstały podczas jazdy.
Wyruszamy niebieskim szlakiem, cel: Markowe Szczawiny. Chcąc skrócić sobie drogę
przechodzimy przez potok....bo niby szlak jest zaraz zanim. I pewnie był....
Tak też następne 1,30 godz. wędrujemy bez szlaku, przez błota, paprocie i stada! much. W końcu wychodzimy na szlaku aż za schroniskiem. Trzeba przyznać - to była nietypowa droga do góry. Ale przez to jeszcze fajniejsza. Wracamy się do schronu by uzupełnić płyny. Teraz już na sam szczyt Percią Akademików. Zarówno dla mnie jak i Snieshki to pierwsze przejście tego szlaku. Na szczycie spędzamy równo godzinę... wylegując się na słońcu i popijając tym razem wytrawny 'winny'napój turystyczny. Widoków na Tatry niestety znów brak ? dostrzegalne jedynie kontury Zachodnich.
Czyli znów niedługo będzie trzeba tu wrócić. Może w końcu uda się zobaczyć te Tatry. Po tym całym lenistwie i serii zdjęć schodzimy na Bronę. i dalej na Cyl. O ile Babia jak zwykle bywa ruchliwym miejscem, o tyle ta ?Mała? gości oprócz nas jeszcze tylko trzy osoby. Dalszy, usłany jagodami szlak na Mędralową jest już 'bezludzki'. Pogoda stopniowo zaczyna się p***rzyć. Już przed przełęczą Głuchaczki da się usłyszeć pierwsze oznaki burzy. Naszym celem do spania jest na dziś bacówka Victoria K. Gdy zaczyna już nieźle padać lecimy prawie że biegiem, z myślą że już na pewno za następnym drzewem ujrzymy dom. Z tego też powodu nie zakładamy kurtek i do naszego obiektu dochodzimy nieźle przemoczeni. Gospodarzem okazuje się pedantyczny dziadek, który swoim zachowaniem potrafi czasem irytować. Wszystko można by wybaczyć, nawet ten prysznic który kosztuje tam 2,80zł./5 min,
ale braku piwa to już nie wybaczę!
Bezczelnie odebrano nam możliwość uświęcenia dzisiejszej drogi chociaż łyczkiem jakiegoś alkoholu. Po kolacji, rozmowach znaczących i mniej znaczących, zmęczeni całym dniem dość wcześnie kładziemy się w wyrkach.
Dzień Drugi - pada nadal, choć już nie tak jak wczoraj. Co z tego skoro cała ta rosa sprawia że po kilkunastu minutach i tak mamy mokre nogi. Dochodzimy z powrotem na Jaworzyne, na czerwono niebieski szlak biegnący na granicy. Dalsza droga to już tylko ten sam beskidzki widok - błoto itd. do samej przełęczy Glinne - nazwa adekwatna do szlakowych warunków
. Kierujemy się na Pilsko. Po drodze widać nawet błękit nieba ? co robi nadzieję na widoki ze szczytu. Niestety, czym bliżej wierzchołka, tym nadzieje coraz mniejsze. Pilsko w chmurach. Wieje i znów zaczyna lać. Dlatego na szczycie jesteśmy tylko kilka minut. Do schronu na Hali Miziowej docieramy znów mokrzy i upaprani w błocie. Po ogarnięciu się i wylaniu wody z butów
zasiadamy do stołu i /w końcu/ do piwa. Snieshka zaczyna czynić telefony do znajomych, by zasięgnąć info o wytransportowaniu się z tego górskiego pustkowia. I szybko okazuje się że łatwe to nie będzie. Sytuacja jest wręcz marna. Oboje musimy jakoś dojechać do domów. Ja pociąg z Krk. do Wawy mam o 22:44 i szanse są małe by na niego zdążyć. Co najwyżej znajdzie się jakiś spożywczy po drodze, a przystankowa wiata uchroni nas przed potencjalnym deszczem podczas spożywania trunków wszelkiej maści.
Tak się jednak nie stało, bo pogoda słoneczna, a i po dojściu do Korbielowskiego przystanku w przeciągu pięciu minut mamy busa do Żywca - tutaj tylko kilka minut by dobiec na pksa i... wystarczyłoby dosłownie 15 sekund, byśmy zdążyli na niego. Pozostaje sprawdzić tylko kolej. I tu niespodzianka ? za 20 min. mamy pociąg do Katowic, skąd Ania odjeżdża do Kraka, a ja mam za 2 godz. pociąg do Wawki.
Tak jak teraz patrzę na przebieg tej całej wyprawy, to chyba wisiała nad nami jakaś Logistyczna Opatrzność. Jakimś cudem udało nam się wrócić.
Dzięki Aniu za wspólną wędrówkę i za wszystkie razy kiedy bandażowałaś mi ręke.