Sobotnie popołudnie zastaje nas w polonezie pędzącym na Rabkę przez jakby wymarłe wioski i miasteczka (ludzie zapewne przed telewizorem).
Pogoda wreszcie da się nazwać wiosenną, słoneczko daje po oczach wpędzając resztki porannych przymrozków w zacienione miejsca. Jedziemy na koniec wsi Olszówka, gdzie przy wyjściu zielonego szlaku ma już czekać autko Oli i Masklina. I czeka. Przełęcz w wysokości 770m zaskoczyła nas swoją wysokością. Poldek też poczuł się zaskoczony - dostał piany i zażądał postoju tuż przed szczytem
.
Wydrapawszy się nań, parkujemy, uprzednio robiąc autku miejsce wśród hałdy śmieci i butelek - jak wszystko wskazuje pozostawionych przez schodzących z gór "turystuff"
. Nawiązujemy łączność z Masklinem & Family - oni już grzeją się pod bacówką. Nawiązujemy łączność z Pedrem - on już czeka na nas...po drugiej stronie pasma
. Ot, jak to admin z modem umawiali się na spotkanie - każde po swojemu
. Czekamy na Pedra, co by sam nie musiał iść. W końcu parę kilo do wyniesienia na górę było
.
Wreszcie po 17.00 ruszamy na szlak do Bacówki na Maciejowej. Długa przed nami, trzydziesto-pięcio minutowa droga
.
Strudzona karawana dociera do celu szczęśliwie nie gubiąc po drodze szlaku. . Jest pięknie - słoneczko zachodzi, wieczór się rodzi. Taterki drapią Babią po stopach. Słońce spada pod stół widnokręgu. Siedzimy, gadamy, nic się nie dzieje.