Moja pierwsza relacja. Ale obiecalam, że to zrobię
.
Dzień 1
Wyjazd z domu jak zwykle po ciemku, czyli nocnym kursem zaraz po pracy o 20-tej w piątek i nocleg u znajomych w Czechowicach-Dziedziach
. Pogoda taka sobie , troszkę po drodze pada ale po trzech godzinach jestem na miejscu, niezły czas
. Idziemy spać, kłoło 1-ej bo o piatej pobudka i wyjazd. Tatry witają nas ulewą i nasze miny są nieszczególne. Czekamy do 10-tej. Odrobinę się przeciera więc my szybiutko pleckai na plecy i do Chochołowskiej z poboznym zyczeniem, zeby padało co raz mniej
. A tu niestety zaczyna się znow ulewa. Decyzja- jedziemy ciuchcią, moze to chwilowy deszcz. Niestety chwila trwała dość długo. idziemy do schroniska cali przemoczeni ale zadowoleni. Moje letnie spodnie były suche tylko przy tyłeczku bo chronił go plecak
co bardzo mnie cieszyło. W schrnisku grzejemy sie grzanym winkiem i oczywiście czekoladą i wypatrujemy przebłysków słońca. Kolo 12-tej są. Pogda się poprawia i zaczyna nas rozpieszczać słoneczkiem. Bez namysłu szybciutko się zbieramy i wędrujemy na Starorobociański przez Trzydniowiański i Kończysty. Milutko sie idzie jak świeci słoneczko. Szkoda, ze na szczycie tak nie było. Tam niestety czekało na nas koło 5 stopni i piękna mgła. A ja miałam wrażenie zamarzania , nie mogłam sie przestać dygotać, choć ubrana byłam we wszystko co miałam
, jedyne czego brakował to czapki zimowej. Jeszcze zyję jednak latem
. Po podziwianiu nie za długim mgły schodzimy czarnym szlakiem w dółdo doliny staroborobiańskiej i znów milutko, sloneczko i nawet całkiem niezłe widoki. Ale papratu już nam się nie chciało wyciągać. Schodziliśmy pomalutku, spacerkiem co nie jest w naszym wylkonaniu dość częstym widokiem
. Wedrujemy do Witowa na nocleg. Jesteśmy tak zmęczeni , że zasypiamy bez kolacji a piwo stoi na środku pokoju i nikogo nie kusi.
Dzień 2
Pobudka o 4.30 i patrzymy w niebo , co będzie się dzisiaj działo bo mieliśmy plan na Orlą. Ale ani księżyca, ani gwiazd. Idziemy dalej spać do 7. Ponowna pobudka, mysie , sniadanko z wczroajszego prowiantu ( bułeczki odgrzane w mikrofali-pychotka). I myślimy co robić, pogada taka sobie. Jednak się pakujemy i idziemy do Murowańca a później się pomyśli w zależności od pogody
:). Podchodzimy doliną jaworzynki, kazdu w swoim wlasnym tempie. Ja oczywiście wolniej ale za to ciekawiej. Miałam czas pogadać z ludźmi
:). Braodz fajnie sie podchodziło ale zaczyna padać więć trzeba przyspieszyć. Murowaniec wita nas siarczystym deszczykiem i ciasnotą. Nie ma gdzie usiąść, nawet podłoga zajęta
:):. Udaje nam się jednak wyptrzyć jedno wolne krzesło i czekoladę pijemy w warunkach luksusowych przy stole. całe szczeście, ze nie jjestem za ciężka to mogłam sobie posiedzieć na kolanach Pawla i mnie nie zepchnął
:). No dobrze, przestaje padać znow koło 12. To my szybciutko błysk myśli- Granaty. A, ze od mysli do czynu u nas niedaleko to idziemy. Spacerkiem na czarny stw gąsienicowy. Chwila zadumy nad Koscielcem, na ktorym bylismy miesiąc temu i zaczynamy marsz w druga stronę na Skrajny Granat. Schodzący ludzie mowią, że złapała ich na górze burza snieżna ale jakos nas to nie zraziło. przecież pogoda nas kocha, bedzie dobrze
:). Powiedzielismy sobie, że jeśli zacznie padac to natychmiast schodzimy, ale jednak pogoda nas polubiła. i dalej po kamiennych schodach w górę (jak ja tego nie lubię
:)). Ale na szczeście zawsze jest w górze jakaś nagroda i tu tez była czyli to co lubię odrobina wspinaczki i możliwość podpierania się czterema kończynami. Buzia już mi się śmieje, zakładam rękawice i w górę. Nawet nie trzeba było mnie poganiać
:). Przejścia na Pośredni to za bardzo nie zauwaliśmy ale za to na Zadni było super. Na jedej szczelince trochę się przykorkowało ale obeszliśmy to dołem
. Troche wąskich półek sklanych,płaskich płyt ale wszystko do przejścia. 20 minut fajnej górskiej zabawy, dla tych co nie maja lęków
:). Ale tu takich na pewni nie ma. No i już zielonym w dół niestety. jeszcz telko fotki szkółki taternickiej, zeby moje dzicko zwiedziało co je czeka w przyszłym roku i do Murowańca , ja na kwaśnicę a paweł na naleśniki. Tak nas to jedzonko rozleniwiło, że schodzić nam się nie chciał i zabralismy sie za to Skupniowym Upłaze chyba cos koło 19. W każym bądź razie musielimy przeprosić nasze latarki bo zrobilo sie bardzo ciemno. I niestety już do domu. Po drodze zaliczyłam jeszcze przygodę z policją za przekroczenie predkości. Ale na szczęście, kobiecie jadącej samotnie z Taterków i to w całym górski ekwipunku, łacznie z butami mandatow się nie daje, to zaoszczędziłam jakieś 400zl na natepny wyjazd
:):. A fotki wrzuce jak mi się to uda a jak nie to dorzuce wieczorkiem.