Cd... 
Dzień drugi 5.7.
Pobudka o 7:30. Wystarczy. Jestem zakwaterowany w jadalni a kuchnia otwiera dopiero o 8:00. Nie taszczę ze sobą prowiantu i dlatego muszę czekać na ofertę śniadaniową tutejszej bacówki. Jest spoko. Muzykańci i śpiewacy jeszcze śpią. Zawsze rozmyślałem czy nie zmienić swojej górskiej profesji. Być górskim śpiewakiem, muzykantem albo, nie daj Boże, ceprowiczem
. Ci do nocy w schronisku balangują i potem chrupkają całe dopołudnie. Górołazy balangują często też do nocy, ale jednak muszą wstawać z kurami. Te kilometry nikt za nich nie odchodzi. Śpiewam kiepsko, grać umiem maksymalnie na nerwach a ceprowiczem nie chcę być
i dlatego zaraz po śniadanku o 8:30 (i tak późno) wyruszam w dalszą drogę.
Dzisiaj mnie czeka dalszy ciąg granicznego grzbietu od Rycerzowej po Krawców. Na Rycerzową nie wracam, ale skrótem idę na Przysłop. Dzisiaj mi zostaje do wykorzystania słowacki wariant. Polskiego nie ma. Mało komu się chce przejść ten zapomniany dziewiczy kąt. Z Przysłopu taka sobie malutka rozgrzewka na Świtkową. Maleńki "wyciskacz tchu". Maleńki, bo przypomina mi to podejście na Suchý. Do Stoha to ma daleko. Ze Świtkowej ładny wsteczny widok na Halę Rycerzową.
Po tym krótkim wstępie poznaję, że dzisiaj czeka mnie inny charakter trasy. Częste błotko, na odkrytych łąkach trawka powyżej kolan i większa dziczyzna
. Na Świtkowej kończą się na dłuższy czas ostre podejścia. Niebawem docieram do miejsca zwanego Bukowina. Z polskiej strony mniej znaczące miejsce. Na słowackiej stronie tutaj kończą się Kysuce i zaczyna Orawa.
Cały czas jestem świadom tego, że przechodzę przez tereny, gdzie rzadko stąpa ludzka noga. Dobre dla maksymalnego odosobnienia. Myśli dawno minionych lat przesuwają się jak w filmie. Krótkie wzniesienie i jestem w miejscu "Pański Kamień". Osadzony obelisk z roku 1888 z wyrytym napisem, upamiętniający dokonania profesora Rowlanda oraz leśników Muchy i Roszowaka na odcinku gospodarki leśnej.
Znów krótkie zamyślenie. Idę dalej i dochodzę do 2 km odcinka o znaczącej nazwie - Równy Beskid. Charakter trasy tutaj się mieni. Las ustępuje a chodnik o szerokości zaledwie 50 cm biegnie pomiędzy trawą sięgającej do pasa.
To, co niebawem nastąpiło aż do koniecznego celu, nazwałem "plagą much":boxing:. Już tylko swoją obecnością wywołałem zainteresowanie setkami owadów. Wyrwałem ich z nudnej przdpołudniowej siesty. Nie były do gzy jak na Raczy, ale normalne muchy. O to więcej były natrętne. Kiedy się poruszałem to jeszcze nie było najgorzej. Muchy latały mi koło głowy (negatywa kijków uniemożliwiających skuteczne oganianie się rękoma) i co jakiś czas pojedyncze osobniki siadały mi na głowie a odważniejsze próbowały dostać się do nosa albo ucha. O muszym parkingu w postaci otwartej g... (buzi) łapiącej oddech ani nie wspominam. Gorzej, ba wprost tragicznie, to wyglądało, kiedy się zatrzymywałem w celu zrobienia zdjęcia albo napicia się wody. Wtedy cała chmara postanowiła wylądować na moim łbie. Kiedyś czytałem, że od natrętności owadów zwierzęta mogą zwariować. Teraz wierzę, że i człowiek też. A mnie wszyscy straszyli niedźwiedziami. Śmiechu warte. Misie są takie miłe, kosmate i nieszkodliwe zwierzątka w porównaniu z tymi latającymi natrętami. Od dziś każdego nieboraka będę muchami straszył
. Z takimi mniej czy więcej natarczywymi towarzyszami doszedłem pod kopczyk Oszustem się nazywającym. Po polskiej stronie nawet jest wytworzony rezerwat Oszast z pierwotnym drzewostanem Puszczy Karpackiej (u nas też taki mamy - Mionszy w Dolnej Łomnej). Oszust przygotował dla mnie prawdziwą gehennę. Muchy, prawie pionowe podejście, błotko (jak też ta ścieżka wygląda po deszczu?) i przeddeszczowa pogoda. Takim oto czyśćcem musiałem przejść. Nie trzeba dalej opisywać moje wewnętrzne uczucia. Na wierzchołek Oszusta dotarłem o 11:45. Tutaj całkiem inna atmosfera - ławeczka, krzyż i lekki wiaterek, który na chwilę odegnał gdzieś te latające potwory.
Idealne miejsce dla posilenia ducha i ciała. Nawet w jednym miejscu pokazały mi się Rycerzowe.
Długo na Oszuście nie odpoczywałem. Co to za odpoczynek bez napoju turystycznego? Oszust ma to do siebie, że schodzenie z niego jest takie same jak wychodzenie. Ta sama namydlona równia pochyła. Zejść był nie lada problem. Góra jak by nie chciała mnie wypuścić. Długo musiałem się z nią mocować. Kiedy zobaczyłem tablicę z oznaczeniem rezerwatu, wiedziałem, że najgorsze mam za sobą. Żeby nie było aż tak dobrze, znów pojawiły się nad głową moje współtowarzyszki. Na domiar zaczął padać deszcz. Przyroda sprawdzała moje nerwy. Muchy, deszcz, parno i wysoka trawa. Prawdziwa mieszanka, która może wychylić z równowagi niejednego górołaza. Musiałem nałożyć kurtkę, spodnie przeciwdeszczowe i nawet stułptuty (tak, tak Lapikusie, nawet latem stułptuty się przydadzą). Byłem chroniony przed deszczem i muchami, ale kąpałem się we własnym pocie. W takich warunkach przeszedłem mniej znaczące kopczyki - Kaniowka, Jaworzyna, Magura.
- w oddali chyba Pilsko
Powoli jednak zbliżałem się do cywilizacji. Na byłe przejście graniczne na Przełęczy Glinka docieram o 14:45 za asysty ulewnego deszczu. Idealna okazja do odwiedzin tutejszego sklepu po słowackiej stronie i odpoczynku. 
Kawka i napój turystyczny. Jednak człowiek nie może zbyt długo wytrzymać bez tych produktów cywilizacji. Do Bacówki na Krawcowym Wierchu jest już tylko 50 minut. Dla mnie bułka z masłem, gdyby nie te natrętne owady. W lesie jeszcze pół biedy, tam mnie trochę chronią drzewa. Kiedy na koniec wychodzę na Halę Krawcula, gdzie się znajduje bacówka, muszyska jak by wyczuły, że mogę się im wyśliznąć.
Do grupy, którą dowlokłem, dołączyły jeszcze świeże posiłki z polany. Zdwojona chmara z ogromnym tupetem rzuciła się na mnie do ostatecznego ataku. Wiedziałem, że ten zmasowany atak długo nie wytrzymam. Jedynym ratunkiem była dla mnie ucieczka i mury bacówki. Tych ostanich 300 m musiałem pokonać szusem. Około 16:00 wpadam do Bacówki na Krawcowym cały i zdrowy
. Jaka ulga - nareszcie koniec od natrętnych much. Z tej okazji zamawiam sobie coś dobrego do jedzenia a później oczysta hygieniczna pod prysznicem oddziaływuje na mnie jako istny balsam. Atmosfera w Bacówce na Krawcowym jest całkiem odmienna niż w Bacówce na Rycerzowej. Wieczorem zostaję praktycznie sam, mimo personelu.
W takim układzie pozostaje mi tylko jedno - wcześnie iść spać, co też czynię o 19:30. Zasłużyłem na sen.
Cdn...