Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: 4 schroniska w Beskidzie Żywieckim - lato 2009
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Cztery schroniska w Beskidzie Żywieckim - lipiec 2009

Motto (dedykacja dla Helli): "Miał mi pozwolić na uporządkowanie swoich spraw, spojrzenie na nie "z boku", nabranie dystansu, ponowne przejęcie kontroli nad niekontrolowanym...
Potrzebowałam powietrza i przestrzeni. I samotności.? - to wszystko zaznałem przez te trzy dni i jeszcze coś więcej. Z mojego wnętrza wynurzyły się dawno zapomniene przeżycia i myśli, na które było trzeba popatrzeć pod innym kątem"


Aczkolwiek zbytnio nie przepadam za chodzeniem po naszych kopczykach w lipcu (dla mnie za gorąco), musiałem napełnić swoje przedsięwzięcie o każdomiesięcznej wyprawie, poskoczyć do przodu w zdobywaniu odznaki Beskidzkiego Górałaza i szlifować kondycję na Dolomity.
Dane techniczne:
DOBA : 4.7. - 6.7.2009
PRZESTRZEŃ: Beskid Żywiecki, główny graniczny grzbiet Wielka Racza - Hala Rysianka.
OBJEKT (do spania): Bacówka na Rycerzowej, Bacówka na Krawcowym Wierchu.
ODLEGŁOŚĆ (wg mapy): 22 km, 22 km i 15 km
CZAS (wg mapy): 7 godz. 10 min., 6 godz. 15 min. i 4 godz. 35 min.
SUBJEKTY:
- Stasiu i jego Forumowa Brać - chmara much

Dzień pierwszy 4.7.

Dzień zaczana się o 4:45 dopakowaniem wora. Ruszam z buta i ostateczny środek lokomcji wypluwa mnie o po 8-mej w Oszczadnicy-Laliki, Słowacja. Od tej pory jestem zdany tylko na siebie. Chciałem sobie początek trochę uprościć. Jako starszy człowiek-turysta miałem zaplanowane wyjechać kolejką linową na grzbiet Raczy. Jednak kolejka okazała się wyciągiem narciarskim, który funkcjonuje tylko w zimie dla amatorów białego szaleństwa. No cóż, pozostało mi potargać się ze stokiem sam na sam. To, że chciałem wyjechać koleką, miało być za chwilę dodatkowo ukarane. Przede mną ktoś postawił zagrodę w postaci nartostrady o przewyższeniu 300 m. giggle giggle giggle. Nie takie przeszkody pokonywałem. Nie domyśliłem się jednak, że w trawie nartostrady czai się niewidzialny wróg. Z początku klasyka - serce i płuca pracują w normie. Jestem ze siebie zadowolony, jakbym miał skrzydła Sokoła i nogi Pedry. Kiedy wszedłem w większą trawę zostałem znienacka zaatakowany krwiożerczymi bestiami - gzami bydlęcymi. Sad Ponieważ na stoku nie pasło się żadne bydło, te wampiry rzuciły się na mnie. Te jak wiadomo wody nie piją i chciały się dorwać do moich 7 l krwi. Po pierwszym zaskoczeniu, kiedy oberwałem dwa ukąszenia, zacząłem się bronić. Trup padał gęsto. Na szczęśćie tylko na jednej stronie, bo inaczej autor nie napisał by tej relacji. Kiedy doszedłem do Chat na Raczy, chmara samobójczych gzów gdzieś odleciała. Chyba poszukać innej ofiary a dla mnie nareszcie nastała ulga.
[attachment=23704]
Może pierwsza plaga była karą za to, że taki stary wyga górski myślał o wywiezieniu d... (tyłka) kolejką linową? Teraz tutaj było bezludnie, ale zimą jest chyba prawdziwe oblężenie. Nartostrada W. Racza jest znana także za granicą. No, jednak trzeba iść dalej. Czeka mnie pierwszy prawdziwy cel - schronisko na W. Raczy (1230 m). Słaba godzinka i jestem przy nim. Widoki nie są rewelacyjne. Widać tylko okoliczne góry. Nie trzeba było bawić się w Japońskich turystów.
[attachment=23705]
Faterka z Rozsutcem i Stohem ledwo, ledwo. Widać jednak mój dzisiejszy cel - Rycerzowe.
[attachment=23706][attachment=23707]
W schronie klasyka - żurek (tęskno mi za nim, bo u nas większośći nie jest znany) i piwo (tego na odwrót jest pełno). Jeszcze nie jest południe i ja wyruszam granicznym szlakiem na Przegibek. Mogę wybierać - polski wariant jest dłuższy, ale dla nóżek lżejszy, bo omija wzniesienia i słowacki wariant, który jest krótszy, ale praktycznie kopiruje granicę i idzie się jak na huśtawce. Wybieram polski. Będę miał więcej swobody na pozostanie sam na sam ze swymi myślami. Okazja była korzystna, ponieważ po zejściu z Raczy zanurzyłem się w las i widoków było jak na lekartwo. Raz pokazała się Racza ze schroniskiem, to zaś wieś Novoť po Słowackiej stronie.
[attachment=23708][attachment=23709]
Dla kogoś to może być nudna trasa, ale dla tych co potrzebują wyluzować i przebrać swoje myśli jest idealna. Nie będę jednak zanudzał, po 2,5 godzinach od Raczy, pojawiła się już blisko Będoszka Wielka ze swym krzyżem.
[attachment=23710]
To oznaczało, że Przegibek jest tuż, tuż. Chociaż schron jest oddalony o 15 minut od trasy, postanowiłem go odwiedzić. Brakowało mi już trochę cywilizacji, no i napoju turystycznego. Nie małem kompanów, jak pewnego razu Fazik na Błatniej, musiałem sam sobie zajść.
[attachment=23711][attachment=23712]
Po "odświeżeniu" dalsza trasa to już była błahostka. Rycerzowa była na rzut worem.
[attachment=23713]
Na przedwierzchołku jeszcze wsteczne spojrzenie na Raczę
[attachment=23714]
i jestem o 16:00 na Rycerzowej Wielkiej (1226 m). Wg mapy miały być widoki, ale ostatnim razem okoliczne drzewa porosły i nie było nic widać. Dopiero na Hali Rycerzowej pokazały mi się okoliczne kopczyki i nawet Pilsko z Babią
[attachment=23715]
Bacówka na Rycerzowej - moja pierwsza baza noclegowa. Coś mi tu jednak nie gra. Jakoś dużo namiotów i nawet jeden wielki. Po dojściu do bacówki dowiaduję się, że przebiega tutaj tradycyjna akcja kulturowo-muzyczna OSPA 2009 (Otwarta Scena Piosenki Autorskiej) i z tego powodu wszystkie łóżeczka są zajęte. Dla mnie żadna tragedia, potrafię spać na ławie w jadalni. Kuchnia podaje miejscowe danie - łacuchy z sosem borówkowym (czarna jagoda) w cenie 10 zł. Pycha. Nawet talerz chciałem zeżreć. Oblizałem chociaż łapki. Aczkolwiek nie jestem muzykalny, atmosfera wokół bacówki była miła. Podobało mi się. Na swoje by przyszli niektórzy nasi muzykalniejsi Forumowicze. Ja miałem dobrą kulisę do moich dwóch towarzyszy.
[attachment=23716]
Położyłem się około 22:00. Nie było mi dane jednak zasnąć. Interpretowie OSPA skończyli, ale jedna grupka młodzieży była w dobrej formie i śpiewali (ładnie, ale długo) aż do 2 w nocy. Wtedy dostałem się do mocy Orfeusza. Dobrej nocy.

Cdn...laugh

magda.s.77

Stasiu, jak ja bardzo lubię Twoje relacje Smile ...
I znowu będziesz trzymał w napięciu... Ech...
Cieszę się, że w bitwie z latającymi robalami wynik padł 1:0 na Twą korzyść.
Czekam na więcej...
Z tymi robalami to jeszcze nie koniec. Będzie jeszcze druga kurtyna blink
Stasiu, te muchowate to chyba faktycznie Twoi przyjaciele giggle ja tam tyle razy chodziłam i problemu z nimi nie miałam - no chyba że przywlokły się za Tobą i teraz tam ostaną blink - a nie chciałabym bo to dobre miejsce na spacer, gdy ma się tylko ze 3-4 godz Smile

Kolejka linowa to chyba lata z Dedovki - widziałam jeżdżące kabiny w warunkach bezśnieżnych- nie sprawdzałam, bo jakoś nigdy mnie nie interesowała Smile
Stasiu, weź ty się chłopie nie obijaj, tylko do roboty z dalszą częścią tej drogi przez insekty.

Fantastyczna relacja - od serca i z jajami. Wszystkie Twoje sprawozdania mogę czytać bez nabrania tchu w płuca i na wstrzymanym oddechu. Są mi one tym bardziej bliskie, że opisujesz "moje" ukochane kretowninki. Nawet nie chce się daleko wyjeżdżać, kiedy pod nosem ma się takie cuda natury. Choć należę do tej bardziej muzykologicznie nastawionej grupy forumowych ludków, to nie wiem, czy miałbym tyle cierpliwości w oczekiwaniu na spokojny sen. Przy okazji następnej mojej wycieczki, muszę zadbać o wzięcie stoperów do uszu, wcześniej nigdy by mi to nie przyszło do głowy. No, to nawijaj dalej, jak nie chcesz mieć nas na sumieniu. Tak trzymać!
Ewentualnie można rozstrzelać muzykantów.

Pisz dalej Stanisławie. Z racji zamieszkania udalo mi się być tam z dwa razy w życiu Wink
Te, Stasiu, co z Tobą? Byłem święcie przekonany, że jak dzisiaj zajrzę do tego tematu, to czekać mnie będzie następny odcinek literackiej uczty. A tu nic! Nieładnie się tak opieprzać. Zawiodłeś na całej linii, proszę się rychło poprawić...he...he...
Lapikus sluszna uwaga...
Stasiu dawaj część dalszą, bo po wekendzie będziesz miał sporą konkurencję w relacjach Toungue
Cd... unsure

Dzień drugi 5.7.

Pobudka o 7:30. Wystarczy. Jestem zakwaterowany w jadalni a kuchnia otwiera dopiero o 8:00. Nie taszczę ze sobą prowiantu i dlatego muszę czekać na ofertę śniadaniową tutejszej bacówki. Jest spoko. Muzykańci i śpiewacy jeszcze śpią. Zawsze rozmyślałem czy nie zmienić swojej górskiej profesji. Być górskim śpiewakiem, muzykantem albo, nie daj Boże, ceprowiczem Sad . Ci do nocy w schronisku balangują i potem chrupkają całe dopołudnie. Górołazy balangują często też do nocy, ale jednak muszą wstawać z kurami. Te kilometry nikt za nich nie odchodzi. Śpiewam kiepsko, grać umiem maksymalnie na nerwach a ceprowiczem nie chcę być Shy i dlatego zaraz po śniadanku o 8:30 (i tak późno) wyruszam w dalszą drogę.
[attachment=23832]
Dzisiaj mnie czeka dalszy ciąg granicznego grzbietu od Rycerzowej po Krawców. Na Rycerzową nie wracam, ale skrótem idę na Przysłop. Dzisiaj mi zostaje do wykorzystania słowacki wariant. Polskiego nie ma. Mało komu się chce przejść ten zapomniany dziewiczy kąt. Z Przysłopu taka sobie malutka rozgrzewka na Świtkową. Maleńki "wyciskacz tchu". Maleńki, bo przypomina mi to podejście na Suchý. Do Stoha to ma daleko. Ze Świtkowej ładny wsteczny widok na Halę Rycerzową.
[attachment=23833]
Po tym krótkim wstępie poznaję, że dzisiaj czeka mnie inny charakter trasy. Częste błotko, na odkrytych łąkach trawka powyżej kolan i większa dziczyzna fiuuuu. Na Świtkowej kończą się na dłuższy czas ostre podejścia. Niebawem docieram do miejsca zwanego Bukowina. Z polskiej strony mniej znaczące miejsce. Na słowackiej stronie tutaj kończą się Kysuce i zaczyna Orawa.
[attachment=23834]
Cały czas jestem świadom tego, że przechodzę przez tereny, gdzie rzadko stąpa ludzka noga. Dobre dla maksymalnego odosobnienia. Myśli dawno minionych lat przesuwają się jak w filmie. Krótkie wzniesienie i jestem w miejscu "Pański Kamień". Osadzony obelisk z roku 1888 z wyrytym napisem, upamiętniający dokonania profesora Rowlanda oraz leśników Muchy i Roszowaka na odcinku gospodarki leśnej.
[attachment=23835]
Znów krótkie zamyślenie. Idę dalej i dochodzę do 2 km odcinka o znaczącej nazwie - Równy Beskid. Charakter trasy tutaj się mieni. Las ustępuje a chodnik o szerokości zaledwie 50 cm biegnie pomiędzy trawą sięgającej do pasa.
[attachment=23836]
To, co niebawem nastąpiło aż do koniecznego celu, nazwałem "plagą much":boxing:. Już tylko swoją obecnością wywołałem zainteresowanie setkami owadów. Wyrwałem ich z nudnej przdpołudniowej siesty. Nie były do gzy jak na Raczy, ale normalne muchy. O to więcej były natrętne. Kiedy się poruszałem to jeszcze nie było najgorzej. Muchy latały mi koło głowy (negatywa kijków uniemożliwiających skuteczne oganianie się rękoma) i co jakiś czas pojedyncze osobniki siadały mi na głowie a odważniejsze próbowały dostać się do nosa albo ucha. O muszym parkingu w postaci otwartej g... (buzi) łapiącej oddech ani nie wspominam. Gorzej, ba wprost tragicznie, to wyglądało, kiedy się zatrzymywałem w celu zrobienia zdjęcia albo napicia się wody. Wtedy cała chmara postanowiła wylądować na moim łbie. Kiedyś czytałem, że od natrętności owadów zwierzęta mogą zwariować. Teraz wierzę, że i człowiek też. A mnie wszyscy straszyli niedźwiedziami. Śmiechu warte. Misie są takie miłe, kosmate i nieszkodliwe zwierzątka w porównaniu z tymi latającymi natrętami. Od dziś każdego nieboraka będę muchami straszył vampire. Z takimi mniej czy więcej natarczywymi towarzyszami doszedłem pod kopczyk Oszustem się nazywającym. Po polskiej stronie nawet jest wytworzony rezerwat Oszast z pierwotnym drzewostanem Puszczy Karpackiej (u nas też taki mamy - Mionszy w Dolnej Łomnej). Oszust przygotował dla mnie prawdziwą gehennę. Muchy, prawie pionowe podejście, błotko (jak też ta ścieżka wygląda po deszczu?) i przeddeszczowa pogoda. Takim oto czyśćcem musiałem przejść. Nie trzeba dalej opisywać moje wewnętrzne uczucia. Na wierzchołek Oszusta dotarłem o 11:45. Tutaj całkiem inna atmosfera - ławeczka, krzyż i lekki wiaterek, który na chwilę odegnał gdzieś te latające potwory.
[attachment=23837]
Idealne miejsce dla posilenia ducha i ciała. Nawet w jednym miejscu pokazały mi się Rycerzowe.
[attachment=23838]
Długo na Oszuście nie odpoczywałem. Co to za odpoczynek bez napoju turystycznego? Oszust ma to do siebie, że schodzenie z niego jest takie same jak wychodzenie. Ta sama namydlona równia pochyła. Zejść był nie lada problem. Góra jak by nie chciała mnie wypuścić. Długo musiałem się z nią mocować. Kiedy zobaczyłem tablicę z oznaczeniem rezerwatu, wiedziałem, że najgorsze mam za sobą. Żeby nie było aż tak dobrze, znów pojawiły się nad głową moje współtowarzyszki. Na domiar zaczął padać deszcz. Przyroda sprawdzała moje nerwy. Muchy, deszcz, parno i wysoka trawa. Prawdziwa mieszanka, która może wychylić z równowagi niejednego górołaza. Musiałem nałożyć kurtkę, spodnie przeciwdeszczowe i nawet stułptuty (tak, tak Lapikusie, nawet latem stułptuty się przydadzą). Byłem chroniony przed deszczem i muchami, ale kąpałem się we własnym pocie. W takich warunkach przeszedłem mniej znaczące kopczyki - Kaniowka, Jaworzyna, Magura.
[attachment=23839] - w oddali chyba Pilsko
Powoli jednak zbliżałem się do cywilizacji. Na byłe przejście graniczne na Przełęczy Glinka docieram o 14:45 za asysty ulewnego deszczu. Idealna okazja do odwiedzin tutejszego sklepu po słowackiej stronie i odpoczynku. Piwko
[attachment=23840]
Kawka i napój turystyczny. Jednak człowiek nie może zbyt długo wytrzymać bez tych produktów cywilizacji. Do Bacówki na Krawcowym Wierchu jest już tylko 50 minut. Dla mnie bułka z masłem, gdyby nie te natrętne owady. W lesie jeszcze pół biedy, tam mnie trochę chronią drzewa. Kiedy na koniec wychodzę na Halę Krawcula, gdzie się znajduje bacówka, muszyska jak by wyczuły, że mogę się im wyśliznąć.
[attachment=23841]
Do grupy, którą dowlokłem, dołączyły jeszcze świeże posiłki z polany. Zdwojona chmara z ogromnym tupetem rzuciła się na mnie do ostatecznego ataku. Wiedziałem, że ten zmasowany atak długo nie wytrzymam. Jedynym ratunkiem była dla mnie ucieczka i mury bacówki. Tych ostanich 300 m musiałem pokonać szusem. Około 16:00 wpadam do Bacówki na Krawcowym cały i zdrowy Dance. Jaka ulga - nareszcie koniec od natrętnych much. Z tej okazji zamawiam sobie coś dobrego do jedzenia a później oczysta hygieniczna pod prysznicem oddziaływuje na mnie jako istny balsam. Atmosfera w Bacówce na Krawcowym jest całkiem odmienna niż w Bacówce na Rycerzowej. Wieczorem zostaję praktycznie sam, mimo personelu.
[attachment=23842][attachment=23843]
W takim układzie pozostaje mi tylko jedno - wcześnie iść spać, co też czynię o 19:30. Zasłużyłem na sen.laugh

Cdn...Toungue
No, nareszcie horroru muszego część dalsza.

Biedny ty "mój" Stasiulku. Wielce Ci współczuję, bo sam niedawno miałem wątpliwą przyjemność obcowania z tymi natrętami, których w żaden sposób nie można spławić. Jednak skala tego procederu w Twoim wykonaniu, to istne piekło na ziemi. Szlak faktycznie wygląda na nie użytkowany, albo przynajmniej w bardzo skromnym zakresie. Ciekaw jestem, jak w takich warunkach pracuje psychika? Czy ani razu nie miałeś ochoty rzucić to w diabły i zawrócić? Wiem, że jesteś górskim twardzielem, ale przecież każdy może mieć chwile załamania w takich momentach. A czym że Ty się na tym "Oszuscie" posilał, skoro nie taszczysz ze sobą prowiantu? Chyba, że ze śniadania udało Ci się drugie wygospodarować. Uwielbiam tą Twoją łamaną polszczyznę, w której jest pełno wstawek pochodzenia czeskiego. Rewelacyjnie się to czyta, niektóre będę sobie zapisywał ku pamięci potomnych - są jedyne w swoim rodzaju. Proszę tylko, nie próbuj tego zmieniać. Teraz dam Ci już spokój. Naprawdę zasłużyłeś sobie na niczym nie przerywany odpoczynek.

Ps.
Teraz i ja też już wiem, że ochraniacze na buty nie tylko w śniegi głębokie się przydają. Pyrsk!
Hehe, nie zła przygoda, coś jakby "tańczący z muchami", szczególnie na tym jednym zdjęciu, Relacja = ubaw po pachy! Big Grin

Sokół

Piekne jest jedno z ostatnich zdjęć... to portretowe z aureolą much. Relacja jak zwykle inna niż wszystkie...
No, no Stasiu, niezłe przygody opisujeszWink Też kiedyś miałam przygodę z muchami i uciekałam gdzie pieprz rośnie, wyjątkowo działają mi na nerwy te natrętyWink
Masz wyjątkowy dar pisania świetnych relacji, jedynych w swoim rodzajuSmile Czekam na ciąg dalszyWink
Cd...

Dzień trzeci 6.7.

Pierwotnie chciałem dojść w drugim dniu aż na Halę Rysianka. Ale plaga much mnie zmusiła do skrócenia trasy i nocowania na Krawcowym. Z tego powodu wstaję o 5:30 i bez śniadania wyruszam na ostani odcinek odrabić straty. Śniadanie mam zaplanowone dopiero na Rysiance. Żegnam się z Krawcową i wyruszam znów na graniczny grzbiet.
[attachment=23859]
Na razie jest spokój. O tej porze owady jeszcze chyba śpią. Jestem jednak w pełnej gotowości bojowej i przygotowany na odparcie owadziego ataku. Przede mną kolejna samotna trasa. Jednak tutaj dochodzi też polski szlak i ścieżka jest więcej przetarta. Czeka mnie dzisiaj dalsze utrudnienie. Po wczorajszym deszczu jest mokro i ślisko. Trzeba uważać, żeby nie upaprać się w błocie przyjmując pozycję leżącego strzelca. Pierwszy kopczyk - Wielki Groń trochę pokazuje nam okoliczne wzniesienia. Nawet Pilsko jest już blisko, czekając na śmiałków rządnych jego zdobycia.
[attachment=23860]
Muszę sobie tym razem odpuścić ten smaczny kąsek unsure. Rysianka jest moim ostatnim turystycznym celem. Trzeba do niej jeszcze dotrzeć. W Przełęczy Bory Orawskie decyduję się iść na skróty. Nie chce mi się na 3 Kopce i dlatego schodzę do doliny, żeby przejść na czarny szlak, który mnie wyniesie prosto na Rysiankę. Wczorajsze muchy gdzieś się zapodziały. Chyba zgłodniane poleciały w Taterki nękać innych Forumowiczów. Ja też zgłodniany poleciałem w odwrotną stronę do schroniska na śniadanko.
[attachment=23861]
Bardzo lubię to miejsce. Widoki są z tąd urokliwe. Pogoda zbyt nie dopisuje i muszę się cieszyć urokami panoramatu wystawionch zdjęć w schronisku. Dopada mnie smutek Cry. Za chwilę będę musiał opuścić ten przepiękny ziemski zakątek i znow powrócić do cywilizacji. Najbliższym szlakiem schodzę do Żabnicy. Góry żegnają mnie swojsko i jeszcze na sam koniec próbują mnie dostać na kolana. Najpierw na Pawlusiej serwirują mi górską łąkę zarośniętą łopuchami szczawu zwyczajnego.
[attachment=23862]
Liście tej rośliny były ogromne. W pewnej chwili myślałem, że mnie ta łąka żywcem pochłonie i nikt mnie tu nie znajdzie. Długo mocowałem się z tymi roślinami. Kiedy zostałem wyplunięty na drugiej stronie łąki, nie było mi dane długo cieszyć się normalną drogą. Ścieżka zamieniła się w istny poligon wojskowy.
[attachment=23863]
No tego jeszcze brakowało, żebym na sam koniec wywalił się w błotko. Wszystko dobre, co dobrze się kończy i tą ostateczną przeszkodę pokonałem bez uszczerbku na swym kostiumie turystycznym. Jeszcze ostrzegłem na dole turystów w adidasach, że mogą zamazać swoje białe buciki i o 11:00 stałem przed sklepem w Żabnicy pijąc napój turystyczny. I to był KONIEC mojej wędrówki Big Grin. Przemieszczenie się środkami lokomocji do bazy domowej, ze względu na przeżyte chwile, nie są godne już do opisywania.

Zakończenie
Co by tu napisać uhm. Przepiękne chwile samotnie spędzone w dzikiej przyrodzie. Idealne miejsce służące do ucieczki przed ludzkimi problemami. Tutaj, zwłaszcza na odcinku Rycerzowa - Krawców przez Oszust, może dążący do samotności górołaz wyczyścić (ja temu mówię "umyć") głowę. A gzy i muchy Toungue? Też miały swoje uzasadnione zadanie w tej wyprawie, kiedy teraz z dystansu na to myślę.

P.S. Komu się nie będzie moja relacja podobała, tego muchami pogonię. innocent

KONIEC sweatingbullets
Stasiu! Ja należę do tej grupy Forumowiczów, których w żaden sposób nie trzeba muchami straszyć. Mało tego, jestem zagorzałym fanem Twojego pisarstwa, czego niezbite dowody dałem w moich poprzednich postach tej relacji. Z jednej strony bardzo Ci współczuję tego, w jakich warunkach przyszło Ci pokonywać tę trasę, a z drugiej jednak jestem kontent, że dzięki temu mogę cieszyć się z tak zabawnych i różnorodnych historii. Twoje opisy tych sytuacji są tak wiarygodne i sugestywne, że nieraz podczas czytania odganiałem się od natrętnych much, które wydawało mi się, że oblazły mnie wszędzie. Patrzyłem pod nogi, czy nie grzęznę w błocie i wycierałem pot z czoła. Takie reakcje świadczą o najwyższej klasie Twojego literackiego talentu. Teraz się wcale nie dziwię, że to Ciebie zawsze typują do zdawania relacji w forumowych biesiad.
Stasiu! Jeżeli z jakiś powodów znudzi Ci się samotne wędrowanie i będziesz poszukiwał kompana, to w mirę możliwości czasowych służę swoim towarzystwem.
Stron: 1 2 3
Przekierowanie