Na weekend zaplanowany został wyjazd w Sudety, jednak pewna część osób zrezygnowała z tego ponieważ zajęło by to nam dwa dni i postanowiliśmy wybrać się na rekreacyjny tatrzański spacer.
Tak więc w sobotę nieco leniwie późną poranną porą wyruszyliśmy w kierunku gór. Patrząc na nie z oddali stwierdziliśmy, że zostawimy czekany w aucie bo nawet szczytowe partie są miejscami bezśnieżne i szkoda sił na noszenie niepotrzebnego ciężaru.
Kolejką wjechaliśmy na Kasprowy skąd dalej w kierunku Świnicy.
Przy samej kolejce kilkadziesiąt osób i niewielka ilość narciarzy na stoku. Widać że wiosna w górach już w pełni bo dało się zauważyć pewną ilość osób w tenisówkach oraz jednego starszego pana w sandałach...
Do Świnickiej Przełęczy minęliśmy jeszcze grupę panów na tourach a następnymi spotkanymi turystami były dwie miłe dziewczyny na podejściu pod szczyt z jakiegoś kursu z Betlejemki z których jedna spontanicznie przećwiczyła hamowanie czekanem 
Na pierwszym wierzchołku siedziało kilku panów jak się domyśliliśmy również z jakiegoś kursu gdyż delikwenci ci wkręcali śruby lodowe w ciapowatą szreń (tam gdzie jeszcze się ostała) i przechodzili krótki odcinek grani prezentując sposoby zakładania punktów na owych śrubach.
Chcąc nie chcąc dało się usłyszeć, że szli gdzieś granią 2,5 godziny z czego wywnioskowaliśmy że przyszli z Zawratu robiąc sobie przerwę na obiad i sieste w połowie drogi. Wchodząc jednak na drugi wierzchołek nie dało się zauważyć śladów na Zawrat i już wiedzieliśmy że te 2,5 godziny to był czas przejścia tej ekipy łojantów kilkudziesięciometrowego odcinka grani.
Dlaczego tak się rozpisuje na temat napotkanych osób? Dlatego, że w górach spotykamy różnych ludzi...
Od zadowolonego dziadzia w sandałach na Kasprowym, który pewnie niewiele później zjechał kolejką nie czyniąc nikomu i niczemu szkody, poprzez miłe dziewczyny, aż do pozerów-śmieciarzy ze sprzętem walającym się na połowie wierzchołka - zakopujących niedopałki w śniegu na oczach swojego instruktora-buraka, który dla zarobionej kasy przymyka na pewne istotne rzeczy oko.
Wracając do relacji - zeszliśmy do Gąsienicowej najkrótszym szlakiem z przerwą na piwko i dalej do Kuźnic już dłuższym.
Pogoda słoneczna, chwilami delikatny wiatr a widoczność dobra, rekreacja udana poza incydentem z napotkaniem śmieciarzy.
Ton relacji być może wyda się niektórym obraźliwy ale w moim mniemaniu taki nie jest a i możliwe, że ktoś z tamtej ekipy kiedyś na to forum zajrzy i dowie się jak zostali odebrani przez innych.