Piątek, 8. 11. 2019
Rano nie trzeba się śpieszyć. Autobus nam jedzie 10:56 z Nawsia i do niego mamy 4 km z buta.
Najpierw musimy rozpatrzyć problem z płaczliwym Fazikiem. Nie wiem co mu się stało? Czy ktoś mu powiedział, że z nami nie pójdzie na Trójstyk i będzie pilnował chałupy? Nawet bym podejrzewał kto. Jednak i dla niego znalazło się miejsce w autobusie.
Pogoda nam sprzyja i możemy wyruszyć. Pierwotnie mieliśmy kimać na Łysą. Jednak wierzę, że pogoda wytrzyma do następnego dnia.
Nie wiem, czy dawałem kiedyś zdjęcie tej kupy kamieni, która jest na grani pod Filipką. Jest jasne, że to dzieło jest stworzone ludzką ręką. W tej kupie jest zachowana cała ta mozolna praca ludzi, którzy obrabiali tutejsze pola. Nasuwa się pytanie, jak długo trwało usypanie czegoś takiego. Czy dzisiejszy turysta, który tutaj kroczy po szlaku, zastanawia się, że kiedyś góry nie służyły dla wypoczynku i relaksu. Po drodze mijamy jeszcze eko-farmę, gdzie Tomtur pozyskał nowych przyjaciół (patrz film) w postaci pieska rasy borderkolja i stadka kur rasy czeskiej kropenatki. Nie wiem, jak długo ta przyjaźń będzie trwała. Tomtur zachował się po macoszemu. Dla pieska nie miał żadnej zakąski (kiełbaskę zżarł sam) i nawet dla kurek nie zabrał chociaż kawałek suchego chleba.
Lubię z Filipki schodzić do Nawsia. Przed końcem odkrywają ładne panoramaty już Beskidu Morawsko-Śląskiego z dominantą Kozubowej. Kolejny etap podróży, to przemieszczenie się komunikacją publiczną do wiochy Herczawa, która dla Republiki Czeskiej jest faktycznym "końcem świata". Do wiochy (kiedyś była częścią Jaworzynki), której mieszkańcy po IWW zadecydowali, że chcą być częścią Czechosłowacji, prowadzi długa droga.
Przyjeżdżamy do Herczawy i od razu drałujemy na Trójstyk. Od teraz do kolejnego, powrotnego autobusu w Bukowcu, mamy ściśle ustalony czas.
Z Herczawy trzeba na ustalone miejsce zejść w dół. Na zdjęciu już widać słowacką wiochę Czerne. Dominantą tego miejsca, już na stałe, stał się jednak most z drogą prowadzącą z Czadcy do Zwardonia. No nic, trzeba się pogodzić z taką rzeczywistością. Może nas chociaż cieszyć, że patrzymy na najwyższy na Słowacji. Pierwotnie miałem w planie uczestników poprowadzić kawałek szlakiem po każdym z trzech państw. Jednak czasowy harmonogram był nieuprośny (czekała nas jeszcze gospódka na Kolibiskach) i dlatego jedno państwo musiało być odprawione z kwitkiem. Czarny Piotruś pozostał na Słowacji.
Jakieś dwa kilometry od Herczawy i powoli zbliżamy się do Trójstyku. Poprzedzająca łąka z wiatą, to Republika Czeska, lasek jest na Słowacji i ścieżka za wiatą to już w Polsce. Symbolem każdego państwa są wystawione granitowe obeliski. Jednak, żeby dostać się do właściwego oka (punktu) styku trzech granic, trzeba zejść do potoka, gdzie jest mały trójgraniasty słupek. Teraz potok wygląda raczej jako błotnisty padół i nie bardzo się poniektórym chciało tam schodzić. Zwłaszcza Tomasz. Ten jednak wnet sobie uświadomił historyczne znaczenie tego zdjęcia dla następnych generacji i zaryzykował zejście tyłkozjazdem.
Szkoda, że nie było więcej czasu na urządzenie pikniku po wzorze Szewczyka (nie wolno tam rozpalać ognisko) i musieliśmy drałować dalej.
Jeszcze jedno zdjęcie z tego miejsca. Chodnik jest po polskiej stronie, po prawej jest strona czeska i za padołem jest, jakby osamocona, strona słowacka. Niedawno tam był mostek, ale teraz go nie ma. Na myśl mi się nasuwa parafraza dowcipu: "Jeden dzień trzymali mostek Czesi, drugi dzień Polacy, trzeci dzień Słowacy a na czwarty dzień mostek wszystkim zebrała woda". Jednak budowa mostka jest na dobrej drodze. Ponoć w następnym roku już będzie. Teraz nadszedł czas, żeby chwilkę podreptać po Polsce. Nasza ustalona droga wiedzie przez Jaworzynkę.
Zbytnio się nie zatrzymujemy (wiadomo harmonogram), ale są widoki i to jest parkiet do popisu wiedzy Tomtura o tutejszych kopcach dla filipkowiczów, którzy nie są "tu stela". Przechodzimy Jaworzynkę i znów przekraczamy granicę. Powracamy do Republiki Czeskiej. Ostateczne miejsce docelowe dzisiejszej wyprawy jest na przystanku w Bukowcu. Szlak nas teraz prowadzi w stronę Girowej. Chyba ostatniej góry w pobliżu jeszcze nieodwiedzonej przez filipkowiczów.
Była całkiem blisko. Szkoda, że nie było czasu tam zajść. My musimy obok tych domów zejść w prawo do Bukowca.
Tomtur nam chyba nie zdradzi, nad czym tak dumał zapatrzony w siną dal. Jest blisko 14:00 i my po dwu godzinach (ech) lądujemy na przystanku "Obok szkoły".
To nie są przerośnięci uczniowie czekający po lekcjach na autobus, ale my. Kolejna autobusowa anabaza nas zanosi aż do Wędryni, żeby nas autobus dowiózł aż pod samą gospódkę w Kolibiskach.
Dzisiaj się jakoś nad każdym zdjęciem zastanawiam. I tutaj rozmyślam dlaczego filipkowicze mają takie smętne miny? Trasy nie było wiele, piwko akuratne, na chałupie nas czekają kolejni towarzysze i kulinarne i kulturowe wrażenia. Prawdziwa uczta dla ciała i duszy. To by człowiek miał mieć buzię uśmiechniętą. Dobrze, nie będę dalej rozumował. Opuszczamy królestwo pana Edka (dopiero jutro mamy tutaj główne dojście) i gramolimy się do chałupy. Ta już po naszym dojściu zaczyna praskać w szwach. Dojechali kolejni nocleżnicy. Rozpoczynamy też bogaty program wieczorowy. Na pierwszy plan idzie nieczęsto spotykane w dzisiejszych gospodarstwach domowych - pieczenie placków ziemniaczanych. Dzięki tomturowej pamięci możemy nawet wypróbować, jak się ręcznie tarło do tego celu ziemniaki.
Z procedury wyrobu placków ziemniaczanych nie mam żadnego zdjęcia. Mam tylko ujęcie sytych biesiadników nad pustymi talerzami. Kolejny punkt wieczornego programu - muzyka i śpiew.
Kiedy Mallaidh i Tratina wezmą się za gitary, to śpiew po chałupie rozlega się długo do nocy. Śpiewniki mają grube. W końcówce był jeszcze jeden punkt programu. Nocne odwiedzanie wierzchołka Filipki. Mnie, jako starszyźnie, nie robi dobrze późne chodzenie do łóżka i dlatego nie wiem jak ta nocna akcja przebiegała. Ode mnie to za ten dzień wszystko. Jutro nas czeka Łysa. Dobranoc.
Cdn...